Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Wspomnienia o Hannie Chrzanowskiej

Wspomnienia o Hannie Chrzanowskiej

24.06.1973
Czyta się kilka minut
Ze wspomnienia Aliny Rumun: „Kim była ta pielęgniarka, która całe życie oddała na służbę chorym i potrzebującym, która swoim szerokim umysłem obejmowała problemy szkolnictwa zawodowego, zagadnienia społeczne i sprawy Kościoła i na każdym z tych odcinków pozostawiła olbrzymi wkład swojej, często pionierskiej pracy?”
A

ALINA RUMUN

29 kwietnia 1973 roku zmarła w Krakowie Hanna Chrzanowska. Jej pogrzeb zgromadził tłumy, a za trumną – rzecz raczej niezwykła – można było zobaczyć kilkanaście wózków inwalidzkich i ludzi idących z trudem o lasce. Kim była ta pielęgniarka, która całe życie oddała na służbę chorym i potrzebującym, która swoim szerokim umysłem obejmowała problemy szkolnictwa zawodowego, zagadnienia społeczne i sprawy Kościoła i na każdym z tych odcinków pozostawiła olbrzymi wkład swojej, często pionierskiej pracy?

Hanna Chrzanowska urodziła się w 1902 roku; była córką Ignacego Chrzanowskiego, prof. UJ, autora „Historii literatury niepodległej Polski” zmarłego w obozie hitlerowskim w 1940 r. Zaczęła studia na Wydziale Filozoficznym UJ, ale po dwóch latach wstąpiła do Warszawskiej Szkoły Pielęgniarstwa i ukończyła ją w 1924 r. Była przez szereg lat instruktorką pielęgniarstwa otwartego w szkołach warszawskiej i krakowskiej; jako stypendystka fundacji Rockefellera wyjeżdżała do Francji, Belgii, Anglii i Stanów Zjednoczonych; przez dziesięć lat redagowała „Pielęgniarkę Polską”. W czasie II wojny światowej była czynna w Sekcji Pomocy Wysiedlonym Polskiego Komitetu Opiekuńczego w Krakowie. Po wojnie znów pracuje w szkolnictwie – najpierw w Krakowie jako instruktorka, a potem jako dyrektorka Szkoły Pielęgniarstwa Psychiatrycznego w Kobierzynie. Napisała „Podręcznik pielęgniarstwa w otwartej opiece zdrowotnej”, który czeka teraz na swoje czwarte uzupełnione wydanie w PZWL.

Jej praca była zawsze pełna rozmachu, werwy, życzliwości dla współpracowników, uczennic, podwładnych i podopiecznych – i szerokiego spojrzenia na świat i człowieka. Otwierała trudne, nieprzetarte jeszcze szlaki: dla jej bujnej natury praca w warunkach improwizacji i niespodzianek była chyba normalną potrzebą umysłu i serca. Miała nieprzeciętny zmysł humoru i obserwacji, ogromną wrażliwość artystyczną, była wesoła i towarzyska, miała mnóstwo przyjaciół, umiała dawać i brać, cieszyć się i śmiać, ale i „płakać z płaczącymi” i uważnie wysłuchiwać wielu smutnych spraw, starając się im zawsze zaradzić.  Była świetną organizatorką, umiała sobie dobrać i podporządkować współpracowników, a nawet narzucić swoje plany, do których uparcie i wytrwale dążyła. Miała też, nieczęsty chyba dar, jednocześnie osobistego uroku i autorytetu. Bywała nawet apodyktyczna, ale wrodzony takt łagodził zawsze ewentualne napięcia. Pracowało się z nią w atmosferze wzajemnego zaufania, pogodnej, szczerej i prostej; cieszyła konkretność i celowość podejmowanej pracy, nie traciło się czasu na biurokrację, ani nerwów na żadne intrygi i nieporozumienia. Najbliższe, dawne uczennice i młodsi przyjaciele nazywali ją poufale „Cioteczką” i na pewno drugiej takiej Cioteczki nie była na świecie. Jakie bogactwo wspomnień ze wspólnej pracy, wycieczek, rozmów, dyskusji! Cała tkwiła w życiu, jego problemach i potrzebach najprostszych, ludzkich, a jednocześnie wciąż wybiegała nadzieją i pragnieniem do pełni życia w wieczności, w Bogu. Chciała opieką i pomocą otoczyć jak najwięcej ludzi chorych, ale widziała swoje ograniczone możliwości.

Kochała góry i muzykę – nade wszystko Beethovena – obrazy Tintoretta i El Greca. W czasie każdych wakacji wracała do „Boskiej komedii” i „Fausta”. Radowała się życiem, ale z utęsknieniem czekała na śmierć – przejście do prawdziwego, pełniejszego Życia. Nie bała się śmierci, była gotowa. W ostatnich dniach powtarzała często: „oto ja służebnica Pańska”, czasem cicho szeptała: „już, już – Dlaczego tak długo trzeba czekać?”, „Boże, jacy ludzie są dla mnie dobrzy”.

Dobrze było znać Cioteczkę, pracować z nią i uczyć się od niej wielu dobrych rzeczy.

MARIA JEŁOWICKA

Przed kilku laty przebywała w Trzebini na rekolekcjach jako chora. Przyjechałam zmaltretowana psychicznie, u granic wytrzymałości nerwowej; nie pamiętająca co to śmiech i radość. Mieszkałam w pokoju razem z Hanną Chrzanowską. Dzięki sprzyjającej atmosferze i poczuciu humoru Pani Hanny, wieczorem leżąc już w łóżkach zaśmiewałyśmy się do łez. Powoli wracał mi uśmiech i radość życia.

Od razu uderzyła mnie atmosfera Trzebini, pełna niesłychanej życzliwości i miłości. Duszą wszystkiego była „Cioteczka” – jak my, dawne uczennice zżyte z nią mówiłyśmy do niej. Jej życzliwość, oddanie i troska o wszystkich udzielała się: pielęgniarkom świeckim i zakonnym, studentom i nam, chorym. Tą atmosferą zarażał i księży z Domu Rekolekcyjnego, dzieci, które przychodziły do chorych z kwiatami i chyba również ludność miejscową stykająca się z chorymi.

Największym przeżyciem dla nas była procesja Bożego Ciała. Z inicjatywy Cioteczki po wyjściu z kościoła włączali się do niej chorzy. Wierni zatrzymywali się robiąc miejsce chorym tuż za Najświętszym Sakramentem. Najpierw szły wózki z chorymi niemogącymi chodzić o własnych siłach, prowadzone przez studentów, potem chorzy o kulach i reszta mogąca utrzymać się na nogach. Dopiero po nas szli pozostali wierni. Jeden z ołtarzy był „nasz”, to znaczy był ubrany przez personel w imieniu chorych. Po dojściu do ostatniego ołtarza przy Grocie, gdzie byli zgromadzeni ciężko chorzy na łóżkach, ustawiliśmy się w szeregu i celebrans błogosławił Najświętszym Sakramentem każdego chorego osobno – jak w Lourdes. To był moment niesłychanie wzruszający.

W czasie rekolekcji Cioteczka dbała nie tylko o stronę czysto duchową i fizyczną chorych. Ponieważ większość z nas nie miała możliwości kontaktów ze światem i ludźmi, pragnęła nas też trochę rozweselić. Były wyświetlane przeźrocza z misji księży salwatorianów, filmy z podróży Ojca Św. do Jerozolimy, zdjęcia z rozmaitych wycieczek zagranicznych. Przyjeżdżały zespoły piosenkarskie, a nawet siostry urządzały wesołe skecze na tematy aktualne.

Pani Hanna była wszędzie obecna, dla każdego z nas zawsze miała czas, jednych wysłuchała, drugich rozweseliła.

Wracaliśmy do domów jak odrodzeni – ta atmosfera życzliwości, pogody i radości nawet sprawiała, że wyjeżdżaliśmy z żalem i nadzieją, że w następnym roku tu się znów spotkamy.

Ks. WITOLD KACZ

W latach 1956 Hanna Chrzanowska rozpoczyna pionierską pracę – odszukiwania opuszczonych chorych po domach i otacza ich opieką. Można śmiało powiedzieć, że „wydreptywała” ulice Krakowa, schody w nędznych domkach i luksusowych kamienicach w poszukiwaniu tych chorych – i znajdowała ich bardzo wielu. Sama nie była w stanie zadośćuczynić wszystkim ich potrzebom – tak fizycznym jak również moralnym i duchowym. Obejmowała bowiem wszystkie. Rozpoczęła wtedy współpracę z ks. inf. Ferdynandem Machayem i ks. drem Karolem Wojtyłą – obecnym metropolitą krakowskim. Mając takie oparcie i poparcie z niezłomną energią zabiegała u wszystkich o pomoc dla opuszczonych chorych, pracując równocześnie w ramach rodzinnej jedności Kościoła. Stukała do serc wszystkich – księży, sióstr zakonnych, świeckich, do wierzących i niewierzących, do instytucji państwowych, aby tylko opuszczeni chorzy mieli należytą opiekę. Chętnych do tej opieki douczała w zakresie higieny i elementarnej pielęgnacji obłożnie chorych. Na tym nie poprzestawała.

Można mnożyć litanię jej pionierskich inicjatyw, aby tylko zaspokoić potrzeby obłożnie chorych i chroników. Troska o ciało chorego, o jego potrzeby socjalno-bytowe i właściwą mu rozrywkę kulturalną, o jego pełny rozwój osobowości, o jego potrzeby religijno-duchowe – była źródłem tych inicjatyw, nie wyłączając nawet rekolekcji dla chorych w Domu Rekolekcyjnych w Trzebini (od 1964 r.) oraz procesjo Bożego Ciała z udziałem chronicznie chorych na wózkach.

W pracy swojej zawsze miała żywą świadomość wspólnoty Ludu Bożego w Kościele. Była równocześnie prawdziwą chrześcijańską humanistką. Te dwie cechy sprawiły, że tak szeroko ujętą pomoc chorym po domach widziała i traktowała jako wyraz prawdziwie katolickiej miłości bliźniego, realizowanej we wspólnocie parafialnej. Tej idei oddała wszystkie swoje siły i pozyskiwała dla niej siostry zakonne. Ta współpraca dała jej możność realizacji swoich planów, inicjatyw – aż do szukania możliwości bodaj dwutygodniowych wczasów dla chronicznie chorych, leżących latami w swoich mieszkaniach.

Jak bardzo jej praca była w duchu Kościoła, świadczy fakt, że kiedy w ramach posoborowej odnowy Kościoła w 1964 r. został powołany archidiecezjalny duszpasterz chorych, miał już przetarte szlaki dla swojej pracy. Główne idee duszpasterstwa chorych były już stosowane przez Hannę Chrzanowską: objecie troską chorego jako jedności psychofizycznej, a więc ze wszystkimi potrzebami tak fizycznymi jak duchowymi; wykorzystywanie do zadośćuczynienia tym potrzebom wszystkich dostępnych środków; duch chrześcijańskiego braterstwa nie wykluczający absolutnie nikogo niezależnie od jego stanu majątkowego, religii, poglądów, rasy itd.; szeroka współpraca wielu, a tym samym jednoczenie wielu w obliczu choroby i śmierci bliźnich wokół najwyższych wartości: tym samym praktyczne podejście do prawdy o Mistycznym Ciele Chrystusa, którym jest Kościół: a przede wszystkim głęboko i prawdziwie przeżywana tajemnica paschalna i eschatologiczne powołanie Kościoła oraz płynący stąd optymizm wiary. Wszystkie te sprawy były jej sprawami – żyła mini i stale je uzupełniała nowymi myślami oraz doświadczeniami.

Towarzysząc chorym w ich przechodzeniu do domu Ojca, szła z nimi w tym samym kierunku. Cała jej praca była zarazem przygotowywaniem się na śmierć. Od stycznia 1973 r. w rozmowach z nią dominowały prawdy wieczne. 25 III 1973 r. – leżąc już w łóżku – pisze w jednym z listów: „Czuję się gorzej. Chciałabym jeszcze trochę pożyć, bo jestem jeszcze potrzebna. Ale jeśli inna jest Wola Boża, to dopiero będzie radość.” – 14 IV 1973 r. po przyjęciu Sakramentu Chorych i zrobieniu testamentu, kiedy z trudem już mówiła, zapytana, co przekazać od niej współpracowniczkom, powiedziała: „Wszystko jest mało ważne. Najważniejsza jest miłość Boga!” W ostatnich dniach życia nie było widać u niej żadnych objawów leku przed śmiercią. Zawsze traktowała ją jako przejście do prawdziwego i pełnego życia. I na to przejście była gotowa.

SIOSTRA ŁUCJA DZIAK, służebniczka NMPN

Dotykaliśmy wszyscy dzieła, które rosło w naszych oczach. Jego Twórczyni odeszła, lecz dzieło mówi o niej.

Hanna Chrzanowska dla nas, sióstr zakonnych, które z nią współpracowały, była oparciem, przyjacielem i autorytetem. Autorytet ten nie pochodził z nominacji – ona posiadała go dzięki pełnemu zaangażowaniu w sprawy ludzkie. Wiedziało się na pewno, że z każdą sprawą można do niej się zwrócić.

Jej ostatnia choroba była dla nas zaskoczeniem – dla niej nie. Żyła miłością, tęskniła do pełnej miłości. Jej pochylenie się nad chorymi, jej kontakty z ludźmi miały swe źródło w miłości. Obecność Chrystusa w drugim człowieku była dla niej czymś oczywistym. Utkwiło mi w pamięci pewne zdanie, które w potocznej mowie rzuciła: „Wie siostra, to takie dziwne, że X nie może zrozumieć tego, że Chrystus w nas żyje”.

Poznałam Hannę Chrzanowską w okresie Wielkiej Nowenny w Częstochowie, gdzie dla grupy sióstr pielęgniarek zakonnych wygłosiła referat na temat pielęgniarstwa parafialnego. Sama idea opieki nad chorymi w parafii nie była dla nas czymś nowym, chociaż wtedy większość sióstr pracowała w szpitalach, lecz referat Hanny Chrzanowskiej wywarł kolosalne wrażenie – otwarł oczy na problemy, wobec których trzeba koniecznie zająć odpowiednia postawę. Jeśli wierzymy, że Chrystus cierpi w braciach naszych i w nas, to jaka jest nasza miłość do Chrystusa, skoro możemy spokojnie spać, podczas gdy On nie ma człowieka, który mógłby Mu pomóc, który by Go odwiedził, nakarmił, napoił, prześcielił łóżko, zadbał o higienę, o ludzkie warunki bytowania.

Hanna Chrzanowska w sposób bardzo realny otworzyła nam oczy na tragiczny stan opuszczenia chorych chroników, wobec których nawet rodzina zajmuje postawę obojętności. Równocześnie ci chorzy, wytrąceni z normalnego życia, pozbawieni często klimatu miłości, opuszczeni w ich mniemaniu nie tylko przez ludzi, ale i przez Boga – załamują się, dziwaczeją, skurczeni wewnętrznie. Chrystus żyje i w nich i w nas, zdrowych – w nich nadal chce zbawiać świat – w nas pochylać się nad chorymi i z całą miłością pomagać im patrzeć z ufnością w niebo i poruszać się po ziemi, choćby o kulach, choćby na kółkach inwalidzkiego wózka. Trzeba ogromnie dużo miłości, by „odchuchać” takie skurczone stworzenia. Dla nich zainicjowała Pani Hanna rekolekcje zamknięte. Dla sprawy chorych pozyskała wielu przyjaciół: byli to studenci, siostry zakonne, pielęgniarki, właściciele samochodów-kierowcy, a przede wszystkim gościnne otwarcie Domu Rekolekcyjnego w Trzebini na coroczne kilku turnusowe rekolekcje. Dzieło rekolekcji dla chorych ma już swoja tradycję, właśnie dzięki wkładowi śp. Hanny Chrzanowskiej.

Jak już wspomniałam praca dla chorych w parafii nie była dla sióstr czymś zupełnie nowym, lecz nowość tej pracy, którą zaproponowała Pani Hanna polega na pełnym dostrzeżeniu potrzeb człowieka chorego w warunkach domowych. Często mówiła: „Jak można mówić choremu o Sakramentach świętych, gdy dokuczają mu odleżyny, gdy leży w zaniedbanej bieliźnie, często na resztkach zgniłego materaca lub siennika, nierzadko pełnego robactwa”. Mówiła też: „Gdy ciało jest pielęgnowane, to i dusza w nim zmięknie, otworzy się na Boże sprawy”. I jeszcze jeden aspekt – dla wszystkich jedna płaszczyzna, której terenem jest wspólnota parafialna – zaś w hierarchii potrzeb nie ma żadnej selekcji, jak ciężej lub lżej chorzy, bez względu na ich przynależność społeczną, religijną. Może ktoś lepiej tę myśl wyrazi – dla mnie takie ujęcie służby człowiekowi ma w sobie wszystkie cechy ekumenizmu – Pan Bóg nie rezygnuje z nikogo, wszystkich zaprasza do swego Domu. W tym szczególnie jest novum, które urzekało wielu.

Po raz drugi spotkałam Hannę Chrzanowską w Jędrzejowie w szpitalu – byłam oczarowana jej osobą – Pani Hanna przyjechała wtedy jako przedstawicielka Polskiego Towarzystwa Pielęgniarskiego, by nawiązać kontakty z siostrami pielęgniarkami zakonnymi. W potocznej rozmowie jej koleżanka zażartowała, że Pani Hanna ma jednego konika, a jest nim pielęgniarstwo domowe – wówczas Pani Hanna powiedziała, że rozwój tego pielęgniarstwa widzi w ścisłej współpracy z siostrami zakonnymi. Wkrótce po tej wizycie zaprosiłyśmy Panią Hannę do Kielc z referatem na nasze spotkanie między zakonne. Wiele sióstr zapaliło się wtedy do pielęgnowania chorych chroników na terenie swej parafii. Często jednak brakowało siostrom odpowiedniego przygotowania praktycznego do tego rodzaju pracy pielęgniarskiej. Pani Hanna opracowała metody tego typu pielęgniarstwa i ramowe wytyczne dla sióstr opiekunek chorych. Zajęła się również praktycznym przygotowaniem sióstr do tej pracy. W tym celu rokrocznie w miesiącach jesiennych i zimowych przy współpracy z Wydziałem Zakonnym odbywały się dla sióstr pogadanki i prelekcje oraz praktyczne ćwiczenia z pielęgniarstwa domowego. Jej wielką troska i pragnieniem było, aby każda parafia miała odpowiednią ilość sióstr przygotowanych do opieki nad chorymi. Zabiegała u księży proboszczów i przełożonych zakonnych, by opieka nad chorymi nie była dla sióstr zajęciem marginesowym, ale głównym, bo tylko wtedy będą mogły naprawdę świadczyć o miłości Kościoła dla chorych. Miałam okazję przekonać się o tym współpracując z nią w pielęgniarstwie parafialnym przez ostatnie lata w Krakowie.

Stąd nasza wdzięczność a równocześnie obowiązek czuwania i pracy, by jej dzieło rozwijało się i owocowało dalej.


WSPOMNIENIA ZOSTAŁY OPUBLIKOWANE W TP 15/1973

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]