Reklama

Wrocław na rozbiegu

Wrocław na rozbiegu

13.02.2006
Czyta się kilka minut
Aż cztery Paszporty Polityki powędrowały w tym roku do artystów związanych z Wrocławiem. Miasto przyciąga mocne postaci - swój festiwal filmowy będzie tu robił Roman Gutek, kierownictwo artystyczne nad festiwalem Wratislavia Cantans obejmuje światowej sławy dyrygent Paul McCreesh. Mówi się o panującym tu zachęcającym klimacie dla sztuki. Genius loci? Możliwe. Miejsce prawdopodobnie daje siłę ludziom, ale przede wszystkim to ludzie dają siłę miejscu.
W

Wspomnienie sprzed kilku lat: późny wieczór, opustoszała ulica, z oddali słychać tylko wyraźny, miarowy dźwięk stukających o bruk obcasów. Szybko rozpoznaję sylwetki. To znani warszawscy aktorzy i reżyser, którzy zaraz spotkają się na rozmowach ze swoją publicznością, na poddaszu Teatru Współczesnego, gdzie trwa festiwal teatralny Dialog. Przyspieszam kroku. Docierają do mnie strzępy rozmów: "świetna publiczność, dobry klimat, ale jest w tym Wrocławiu jakaś obcość...", "wyraźnie się czuje, że to nie jest polskie miejsce, widać to w pejzażu miasta."

Mają rację, to mało polskie miasto - to nie my budowaliśmy stary Wrocław, nie my stawialiśmy reprodukowane dziś na widokówkach kamienice, kościoły, uniwersytet. Początki były piastowskie, ale potem gród przechodził w ręce Czechów, Habsburgów, stanowił część Prus, III Rzeszy, by w końcu na powrót znaleźć się na mapie Polski. Kulturę tworzyli tu Niemcy, Czesi, Walonowie, Żydzi, Węgrzy, Austriacy i "przyprowadzeni" po wojnie mieszkańcy kresów wschodnich. Poczucie obcości mogło zatem towarzyszyć wszystkim przyjezdnym (jako że przeważnie stanowili przypadek "innego"), a zwłaszcza tym, którzy znaleźli się tu w wyniku politycznych decyzji. Fakt, iż ducha miasta tworzyło wiele narodowości, jest niepodważalny i ma wartość historyczną; nie zawsze jednak, co warto odnotować, wymiana kulturowa dokonywała się z pełną życzliwością. Czasem wpływy bardziej wypierały się niż dopełniały (co też owocowało, bo przecież negacja bywa inspirująca). Dlatego też sztandarowe hasło "miasto wielokulturowe", lansowane jako wizytówka dzisiejszego Wrocławia, musi być rozumiane wielowymiarowo. I to zarówno przez wzgląd na złożoną przeszłość, jak i z uwagi na czas teraźniejszy - dzisiejszego międzynarodowego wymiaru Wrocławia nie tworzą bowiem żadne większe, współistniejące mniejszości narodowe czy grupy imigranckie, lecz (nie inaczej niż w Krakowie, Warszawie, Gdańsku czy Poznaniu) zagraniczni turyści, studenci, naukowcy i biznesmeni.

Przy drzwiach otwartych

"Tutaj każdy jest skądś" - mówią często wrocławianie, przypominając, że ludność miasta została po wojnie w pełni wymieniona. Kresowianie, którzy przyjechali po 1945 r., to jednak starsze pokolenie; obok (trudno tego nie zauważyć) zdążyły wyrosnąć co najmniej dwie kolejne generacje - już ludzi "stąd", którzy tworzą własne "tutaj". Aktualna wielokulturowość Wrocławia jest zatem w pewnym sensie mitem, ale mitem żywym, bo podsycanym zarówno przez mieszkańców (którzy niejednokrotnie czynią to odruchowo), jak i przez władze miasta (te czynią to zupełnie świadomie). "Wrocław, zamiast rozdrapywać rany historii, wykorzystuje ją do budowy swego wizerunku jako miasta współczesnej, wielokulturowej przeszłości. W przeciwieństwie do Warszawy" - pisze korespondent prasy niemieckiej i austriackiej Klaus Bachmann (Polityka, nr 24 z 18 czerwca 2005), który przeciwstawia patrzący w przyszłość Wrocław kreującej się na miasto bojowników, ofiar i martyrologii stolicy. Pominę to zestawienie, ale pozwolę sobie myśl Bachmanna uzupełnić: dzisiejszy Wrocław, szczególnie dbający o wsparty na faktach historycznych wizerunek, jest nie tyle miastem wielokulturowym, co na wielokulturowość otwartym.

Otwartość to jedna z głównych wartości, które podkreśla w obrazie miasta ekipa speców od jego promocji. Mówi się o otwartości człowieka na człowieka, ale i o otwieraniu drzwi, przestrzeni. Wyrosłe z inspiracji słowami Jana Pawła II promocyjne hasło: "Wrocław - the meeting place" (Wrocław - miasto spotkań) ma w sobie z jednej strony nutę przeszłości (motyw przyjazdu), z drugiej strony brzmi przyszłościowo (zapraszamy tych, których jeszcze tu nie było). Paweł Romaszkan, szef Biura Promocji Miasta przy Urzędzie Miejskim Wrocławia: - Odeszliśmy od standardu polegającego na reklamowaniu miasta jedynie jako atrakcji turystycznej. Zależy nam na pokazaniu, że to nie tylko miejsce pełne pięknych zabytków, ale że to odpowiednia przestrzeń do życia.

Dlatego też, prócz szeroko zakrojonej akcji promocyjnej opartej na haśle "Wrocław - the meeting place", w listopadzie ub. roku ruszyła kampania billboardowa "Wrocław - twoje klimaty", mająca na celu ściągnięcie do Wrocławia studentów. Pretekst był iście meteorologiczny: - We Wrocławiu jesień zaczyna się dwa tygodnie później, a wiosna budzi się szybciej niż w innych częściach kraju - przekonuje Paweł Romaszkan. - Wiadomo jednak, że nie chodzi jedynie o średnie temperatury w mieście. Chcemy przekonać młodych, że panuje tu dobry klimat do nauki i mieszkania, że po studiach znajdą pracę, że będą mieli co robić w wolnym czasie.

Obecnie we Wrocławiu studiuje aż 130 tys. studentów, ale jest o kogo walczyć, bo na wyższe uczelnie już zagląda niż demograficzny. Miasto obiecuje stworzenie około 70 tys. miejsc pracy w ciągu 5 lat. To będzie cud nad Odrą - grzmiały głosy krytyczne. Założenia władz nie wydają się jednak być wyssane z palca; akcję ściągania studentów wspierają firmy, które inwestują we Wrocławiu: Hewlett Packard, Volvo i Siemens. Inny inwestor, gigant LG, zapowiada, że przyjmie na swoje stanowiska 15 tysięcy ludzi. O władzach Wrocławia mówi się, że nie szukają inwestorów, lecz na nich polują. Nie działają jednak według praw dżungli: bierzemy wszystko, co da się ustrzelić. Czynniki ekonomiczne są oczywiście znaczące, ale miasto nie zabiega o wszystkich tak samo; najbardziej pożądane są firmy, które potrzebują wykwalifikowanych pracowników. - Stawiając na studentów, odpowiadamy na potrzeby inwestorów. Mamy przy tym świadomość, że wykształcenie i praca to nie wszystko. Odpowiednia musi być też oferta kulturalna miasta - podkreśla Jarosław Broda, dyrektor wydziału kultury Urzędu Miejskiego Wrocławia.

Ruch na scenie, ruch na ekranie

Wrocław ma szczęście do włodarzy. Nie najważniejsze (choć bardzo istotne) jest to, że władza jest politycznie stabilna - miastem od 15 lat rządzi centro-prawica. Decydująca jest świadomość roli, jaką w rozwoju miasta pełni kultura. Świadomość tę miał już pierwszy po PRL-u prezydent Bogdan Zdrojewski, tak samo myśli jego następca Rafał Dutkiewicz wraz ze swoją ekipą. - Kultury nie można używać, czy to do celów politycznych czy jakichkolwiek innych - uważa Jarosław Broda. - Jeśli wspierani przez nas artyści i ich sztuka promują miasto, to dobrze, to pozytywny efekt uboczny. Promocja miasta nie może być celem, a kultura nie może być narzędziem.

W ramach umacniania Wrocławia jako znaczącego ośrodka kultury prezydent Bogdan Zdrojewski zaczął zatrzymywać w mieście (i powstrzymywać przed ucieczką do stolicy) artystów. Uznani za najbardziej zasłużonych malarze, aktorzy, muzycy, pisarze dostali wyremontowane mieszkania komunalne. Także Zdrojewski namówił Normana Davisa, by napisał historię miasta. "Mikrokosmos" ukazał się w 2002 roku. Trzy lata wcześniej prezydent udał się do warszawskiego mieszkania Krystyny Meissner, by zaproponować jej fotel dyrektora Teatru Współczesnego i prosić o "podjęcie próby odnowienia życia teatralnego we Wrocławiu". - Kraków, gdzie pracowałam, wydawał mi się miastem ugiętym pod ciężarem przeszłości. We Wrocławiu natomiast, prócz dziedzictwa, ważna jest perspektywa przyszłości. Tutaj ludzie, w tym władze miejskie, są otwarci, przyjmują moje pomysły - twierdzi Krystyna Meissner.

Krystyna Meissner nie tylko zajęła się wrocławskim Teatrem Współczesnym, stworzyła też Dialog - jeden z ważniejszych festiwali teatralnych w Europie. W ramach prezentacji festiwalowych, co dwa lata, pokazywane są spektakle z całego świata. Wśród nich były najnowsze dokonania wybitnych reżyserów (Christoph Marthaler, Luk Perceval, Krystian Lupa czy Jerzy Grzegorzewski) oraz przedstawienia młodych twórców (Arpad Schilling, Alvis Hermanis, Grzegorz Jarzyna, Jan Klata). Nazwa festiwalu nie jest przypadkowa; jak wiele przedsięwzięć w tym mieście, impreza nawiązuje do zapisanego w tysiącletniej historii dialogu ponad podziałami. I stanowi przez to kolejny udany przykład świadomego wykorzystania opartej na wielokulturowości etykiety miasta, którą się posługuje - co ważne - bez gołosłowności. Codziennie w programie festiwalu jest bowiem jeden spektakl zagraniczny i jeden polski ("tak, by ze sobą gadały", jak czytam w opisie III edycji). Repertuar jest efektem wcześniej sformułowanego tematu i odpowiedniego doboru spektakli, które stwarzają pole do dyskusji. Pokazom na scenie towarzyszą spotkania z twórcami i zaproszonymi gośćmi. Festiwal promuje przy tym teatr polski, promuje Wrocław, ale znów dzieje się to przy okazji, bo naczelnym zadaniem Dialogu jest wymiana dokonań artystycznych i próba udzielenia w teatrze i poprzez teatr odpowiedzi na ważne pytania (na przykład, jak w przypadku ostatniej edycji, na pytanie o kondycję współczesnego Europejczyka).

Ciąży ku Wrocławowi także środowisko filmowe. Finansowe, infrastrukturalne i promocyjne wsparcie festiwalu Era Nowe Horyzonty zaproponował ostatnio Romanowi Gutkowi Rafał Dutkiewicz. Szef festiwalu zdecydował - największą międzynarodową imprezę filmową w Polsce przenosi z Cieszyna do Wrocławia. - W Cieszynie wciąż borykaliśmy się z trudnościami, dlatego nie wahałem się z decyzją. Festiwal we Wrocławiu oznacza dla nas dużo większe możliwości rozwoju, widzowie mogą oczekiwać bogatszego programu, lepszych warunków projekcyjnych, do dyspozycji będą sale kinowe, Opera, Teatr Lalek, no i większa baza noclegowa - cieszy się Roman Gutek.

Po świeże oblicze

Pod względem wydatków na kulturę Wrocław plasuje się na trzecim miejscu po Warszawie i Krakowie. W tym roku na imprezy kulturalne i utrzymanie 24 miejskich placówek kultury przewidziano 42,1 mln złotych. Budżet nieznacznie rośnie, trzy lata temu wynosił prawie 36 mln, w 2004 roku - prawie 37 mln, w ubiegłym roku 38,5 mln. Pieniędzy jest zatem niemało, ważna jest jednak strategia przyjęta przy ich wydawaniu. Najwięcej pochłania (i tu zaskoczenie) biblioteka miejska i jej oddziały. Czy to dobry kierunek? Okazuje się, że tak, bo jak pokazuje statystyka, wrocławianie są rekordzistami w dziedzinie czytelnictwa. Rocznie we Wrocławiu notuje się 4 mln wypożyczeń (przy 637 tys. mieszkańców); w Mediatece - nowoczesnej wypożyczalni książek i materiałów audiowizualnych (z siedzibą w starej warzelni piwa) wciąż widać tłok. Biblioteka otrzymuje zresztą dodatkowe zadania (wydaje "Notatnik Teatralny", finansuje spotkania poetów Port Literacki Wrocław, przeniesiony nota bene z Legnicy - kolejny udany transfer kulturalny!).

Wrocław wkłada co prawda pieniądze w wielkie wydarzenia ludyczne na rynku (np. transmitowaną przez TVP zabawę sylwestrową), ale nie szczędzi też środków na kulturę niszową, na eksperyment. Przykładem teatr Pieśń Kozła - laureat trzech nagród na festiwalu w Edynburgu z 2004 r. (obecnie na występach w Australii), który otrzymuje dotację na własną działalność i na drugą edycję festiwalu ginących kultur etnicznych. Zdarzają się jednak i wpadki. Zespół Skalpel, tegoroczny laureat Paszportów Polityki, skarży się na zupełną ignorancję ze strony miasta. To fakt, do niedawna Skalpel znany był bardziej w Londynie (gdzie nagrywa płyty) niż w rodzinnym Wrocławiu. Nie jest też tak, że na dotację miejską mogą liczyć wszyscy, którzy po nią wyciągną rękę. Lista tych, którym odmówiono, jest długa.

Przestrzenią działań kompromisowych (pomiędzy rozrywką a sztuką), utrzymywanych z miejskiej kasy, jest wrocławski Teatr Muzyczny Capitol, który w ciągu ostatnich trzech lat, za sprawą sprowadzonego na powrót do Wrocławia Wojciecha Kościelniaka, przeżył istną metamorfozę. Odmłodzony zespół pod kierunkiem nowego dyrektora tworzy odważny repertuar, w którym jest miejsce na rzeczy lekkie i na projekty ambitniejsze. Za wizją Kościelniaka przyjechał do Wrocławia Leszek Możdżer, który regularnie tu pracuje (nie mieszka, choć władze miasta już proponowały mu lokum) czy nowa ekipa Wrocławskiego Przeglądu Piosenki Aktorskiej (Kościelniak jest nowym dyrektorem artystycznym imprezy). Wśród organizatorów PPA rzutki producent Michał Juzoń, który mierzy wysoko - na tegorocznym przeglądzie wystąpią kultowi artyści, m.in. amerykańska performerka Laurie Anderson czy jedna z najbardziej oryginalnych postaci francuskiej sceny muzycznej Arthur H. Obok polskich gwiazd, które tradycyjnie występują na przeglądzie, zaproszeni zostali świetni polscy artyści spoza mainstreamu - wśród nich Pogodno i Maria Peszek z nowym projektem "Miasto Mania". Jurorzy nie będą już oceniać wyłącznie wykonań songów Jacquesa Brela, Gilberta Bécaud czy Ewy Demarczyk, bo prócz konkursu na aktorską interpretację, będą konkursy na produkcję offową i happening. - Nie chcemy wyrywać tej imprezy z korzeniami, ale potrzebne jej było odświeżenie. Będą zatem, jak co roku, gwiazdy takie jak Agnieszka Dygant, Zbigniew Zamachowski, Zbigniew Wodecki, ale wystąpią też młodzi, w tym amatorzy, którzy przekonali nas swoimi scenicznymi projektami - wymienia Michał Juzoń.

Odnowę zapowiada Andrzej Kosendiak, nowy dyrektor połączonych we wspólnie zarządzaną instytucję Filharmonii Wrocławskiej oraz festiwalu Wratislavia Cantans. Na 2009 r. planowane jest otwarcie nowoczesnego centrum koncertowego (największa inwestycja miejska; szacowany koszt 220 mln zł), które będzie siedzibą filharmonii. - Do tego czasu poziom artystyczny zespołu zostanie podniesiony tak, by odpowiadał świetności tego miejsca - zapowiada Kosendiak. Maksymalizm w planowaniu i radykalizm myślenia nowego dyrektora filharmonii ("…sztuka nie znosi kompromisów, kompromisy w sztuce natychmiast się mszczą...") przynosi pierwszy efekt: oto dyrygent o światowej renomie Paul McCreesh godzi się objąć stanowisko dyrektora artystycznego festiwalu Wratislavia Cantans. O tym, czy nowemu szefowi filharmonii uda się zrealizować plany, przekonamy się w przyszłości; tymczasem wiadomo na pewno, że Paul McCreesh chce powrócić do korzeni festiwalu - jego oratoryjno-kantatowego kształtu. Na początek zespół Gabrieli Consort & Players wykona pod kierunkiem McCreesha Wielką Mszę c-moll Mozarta oraz oratorium "Stworzenie świata" Haydna. Trudno o lepsze otwarcie.

Klimat na nowe

W latach 60. i 70. o Wrocławiu było głośno, bo tu wykluwały się nurty awangardowe. Za sprawą Jerzego Grotowskiego i Henryka Tomaszewskiego przewartościowało się myślenie o teatrze, tu na organizowany przez Bogusława Litwińca Festiwal Teatru Otwartego przyjeżdżały grupy z całego świata, tu odbyło się Sympozjum Wrocław 70 - zdarzenie o wielkiej wadze dla rozwoju polskiej sztuki współczesnej. Wrocław był miejscem, w którym szybciej i bardziej zdecydowanie niż gdzie indziej przełamywano standardy, gdzie nie obawiano się nowości. Nawet system polityczny obalany był, już w latach 80., nie tylko wchodzeniem na barykady, ale poprzez te same formy, które wykorzystywała sztuka (happeningi Pomarańczowej Alternatywy). Może dlatego doskonale w miasto wpisuje się prezentujące sztukę najnowszą Międzynarodowe Biennale Sztuki Mediów WRO - organizowane od 1989 roku, rozwijające się wraz z każdą edycją (ostatnio rekordowa ilość prac, nadesłanych z 46 krajów). Piotr Krajewski, dyrektor artystyczny przedsięwzięcia, przywiązuje wielką wagę do tego, by festiwal nie był wyłącznie popisem możliwości wykorzystania nowych technologii w sztuce: - Nie chodzi o to, by pokazywać, z jakich nowinek technicznych korzystają artyści. Wybieramy prace wartościowe, tworzone świadomie, często zawierające wątek samoodniesienia. Festiwal ma być swego rodzaju forum, gdzie poruszamy kwestie stawiane z jednej strony w samym układzie medialnym, z drugiej strony w sferze dyskursu o sztukach pięknych - tłumaczy Piotr Krajewski. Dla Centrum Sztuki Mediów WRO moment obecny jest przełomowy - po latach działalności centrum otrzymuje do dyspozycji przestronne poddasze (w budynku Mediateki), gdzie będzie mogło prezentować sztukę regularnie, nie tylko przy okazji Biennale. Choć przez lata centrum nie miało siedziby z prawdziwego zdarzenia, Piotr Krajewski nie myślał o przeniesieniu festiwalu do innego miasta. - Zanim w Polsce zaczęło się mówić o gatunku performance, tu, we Wrocławiu, wystąpił legendarny The Performance Group, przy tłumnym i żywym przyjęciu wrocławskiej publiczności. Na Festiwal Teatru Otwartego przyjeżdżały najbardziej awangardowe grupy, tu pojawiła się Pina Bausch i wielu innych twórców, których potem dopiero odkrywał świat. To ma dla mnie ogromne znaczenie - dodaje szef WRO.

Na tym gruncie powstawała też w Muzeum Narodowym we Wrocławiu jedna z największych i najbardziej reprezentatywnych kolekcji sztuki współczesnej w Polsce, której twórcą jest Mariusz Hermansdorfer, dyrektor placówki. Zbiory wciąż są wzbogacane. W ciągu ostatnich lat wrocławskie muzeum pozyskało obiekty nie tylko najbardziej znanych twórców polskich związanych z Wrocławiem (Stanisława Dróżdża, Alojzego Gryta, Natalii Lach-Lachowicz), ale także dzieła artystów cieszących się światową renomą: Magdaleny Abakanowicz, Romana Opałki, Mirosława Bałki, Pawła Althamera. Kolekcja tworzona jest konsekwentnie, z uwzględnieniem najważniejszych nurtów i tendencji, które kolejno dochodziły do głosu w historii sztuki polskiej. - To reprezentatywność, dążenie, by dać obraz tego, co rzeczywiście dzieje się w polskiej sztuce, z pewnym zaakcentowaniem sztuki lokalnej, jest głównym czynnikiem decydującym przy zakupach nowych prac i tworzeniu kolekcji - wyjaśnia Mariusz Hermansdorfer.

Sztuka współczesna nie ma się jednak we Wrocławiu idyllicznie. Galeria sztuki współczesnej w Muzeum Narodowym we Wrocławiu pęka w szwach, przestrzeni na ekspozycję swojej młodej kolekcji nie ma też Dolnośląskie Stowarzyszenie Zachęty Sztuk Pięknych. - We Wrocławiu bezwzględnie potrzebne jest muzeum sztuki współczesnej. To skandal, że nie ma żadnej realnej perspektywy stworzenia tego rodzaju miejsca. Władze miasta co jakiś czas wspominają o możliwości adaptacji różnych obiektów, nie wierzę jednak, by cokolwiek zmieniło się w ciągu najbliższych lat - narzeka Mariusz Hermansdorfer. Dużo bardziej optymistycznie do sprawy podchodzi Jarosław Broda: - Muzeum sztuki współczesnej będzie z całą pewnością następną wielką inwestycją miasta, po realizacji sali koncertowej. W tej chwili bierzemy pod uwagę adaptację starych hal elektrociepłowniczych albo budowę nowego obiektu. Sztuka współczesna będzie miała we Wrocławiu godne miejsce.

Czy rzeczywiście uda się zapewnić kolekcjom odpowiednie lokum? Czy festiwal Era Nowe Horyzonty powiedzie się w nowym miejscu i czy wprowadzi się do Wrocławia na dobre? Czy Wratislavia Cantans, filharmonia, PPA nie poprzestaną na aspiracjach i zrealizują plany? Czy dobra passa WRO, Dialogu, Pieśni Kozła, laureatów Paszportów Polityki trwać będzie dalej? Na odpowiedzi jest za wcześnie. Wrocław - choć już jest jasnym punktem na polskiej i europejskiej mapie kulturalnej - wciąż wypracowuje swoją pozycję, jest w rozbiegu. W promieniu kilkuset kilometrów ma Warszawę, Kraków, Wiedeń, Pragę i Berlin. Jest zatem kogo dystansować.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]