Wielka popularność Wima Hofa – którego „legenda”, jak czytam w polskich i światowych mediach, na naszych oczach „upada”, wiele bowiem wskazuje, że to damski bokser, awanturnik i tyran – to oczywiście tylko jeden (choć spektakularny) składnik zjawiska o znacznie szerszej skali. Ów pochodzący z Holandii „człowiek z lodu”, lubujący się w temperaturach tak niskich, że wręcz urągających zdrowym zmysłom, w ostatnich latach zyskał status międzynarodowej gwiazdy. Znam co najmniej kilka osób, które dały się uwieść jego nieodpartej charyzmie i również próbowały (niekiedy z sukcesem) wykonywać na mrozie rozmaite akrobacje, biegać maratony albo ekstatycznie tarzać się w śniegu. Po co? Oczywiście po to, żeby się wzmocnić, zahartować, uodpornić. Słowem: uzbroić przeciwko siłom rozpadu, dybiącym zewsząd na ludzkie życie i zdrowie.
Moda na takie rzeczy nie zaczęła się wprawdzie od pandemii (pamięta ktoś jeszcze ten osobliwy czas?), niemniej właśnie wtedy uległa niebywałej intensyfikacji. Widoczne to było zwłaszcza w mediach społecznościowych, gdzie nagle zaroiło się od fotografii przedstawiających (często na co dzień poważnych i spokojnych) obywateli, którzy w samych tylko slipkach bądź kostiumach kąpielowych zanurzają się w przeręblach, rzekach lub morzach. Z obowiązkowym uśmiechem (nierzadko noszącym wszakże, gdy się mu przyjrzeć, delikatne znamiona przymusu). W towarzyszących komentarzach ogłaszano – mniej lub bardziej wprost – że takie radykalne chłodzenie w sposób bezprecedensowy aktywizuje obronne rezerwy organizmu. I dzięki temu nie mają doń przystępu żadne bakterie czy wirusy – ze wskazaniem na tego, ma się rozumieć, który zbierał wówczas ponure żniwo.
Nie trwało to, owszem, zbyt długo. Stopniowo, wraz z rozpraszaniem się epidemiologicznego zagrożenia, rozpraszać zaczęła się również owa moda. Ale tylko do pewnego stopnia. Równolegle rosła bowiem – i to skokowo – liczba poradników i podkastów propagujących inne cudowne techniki wzmocnienia organizmu, poprawy zdrowia czy też w ogóle zwiększenia wydolności tam, gdzie to tylko możliwe. Sztandarowym przykładem jest kariera innego internetowego celebryty, który – zdaje się – również ma obecnie wizerunkowe kłopoty. Chodzi naturalnie o Andrew Hubermana, neuronaukowca, którego kanał na YouTubie bije rekordy klikalności, a poświęcony jest – mówiąc najkrócej – temu, jak nieustannie, z pomocą suplementów, diet, ćwiczeń oraz innych praktyk poprawiać parametry efektywności.
We wrześniowym numerze miesięcznika „ZNAK” Krzysztof Kornas dokonał dość gruntownego przeglądu zarzutów stawianych Hubermanowi, na czele z tym, że w swoim programie coraz częściej reklamuje metody, których status naukowy jest, mówiąc delikatnie, problematyczny. Nawiasem mówiąc, nic w tym dziwnego. Popularny youtuber uwięziony w trybach algorytmicznej machiny musi przecież – jeśli pragnie zachować status i dochody (to znaczy: liczbę odsłon) – regularnie publikować kolejne treści. Przy czym każda następna powinna być co najmniej tak samo rewolucyjna i nadzwyczajna jak poprzednie. Nie ma wyjścia: w pewnym momencie po prostu trzeba sięgnąć po pseudonaukę, bo inaczej dość szybko wyczerpią się zasoby tych wszystkich substancji i ćwiczeń. Nauka i medycyna nie znają ich tak znowu wiele, a do tego są one zazwyczaj mało spektakularne: wysypiaj się, nie przejadaj, ogranicz używki, stosuj umiarkowany wysiłek fizyczny itp.
Ale nie o tych dwóch dżentelmenach chciałem tak naprawdę pisać, a w każdym razie nie wyłącznie o nich. Zarówno Hof, jak i Huberman zdają mi się, jak wspomniałem na początku, symptomem pewnego głębszego procesu. Jakiego? Dodajmy do tych mód na poprawę kondycji – choć to się może niektórym wydać zaskakujące – krążące od pewnego czasu po świecie widmo wojny. Czy nie jest tak, że każda poważniejsza rozmowa o sprawach globalnej – i nie tylko – polityki zaczyna dziś ciążyć w stronę wielkiego konfliktu? Światowego lub lokalnego, nuklearnego albo konwencjonalnego? Skoro nawet szef Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, gen. Wiesław Kukuła, mówi publicznie (4 października, podczas inauguracji nowego roku w Akademii Wojsk Lądowych), że „jesteśmy tym pokoleniem, które stanie z bronią w ręku w obronie naszego państwa”, znaczy to bez wątpienia, że temat jest w ścisłym centrum debaty publicznej. Nie tylko w Polsce.
Jak to się ma jednak do rosnącej popularności suplementów, diet i ćwiczeń? Łącznikiem jest tu pojęcie immunologii, aktywizacji sił, które mają nas chronić przed zniszczeniem. Niemiecki filozof Peter Sloterdijk postawił jakiś czas temu tezę, że cała ludzka kultura, włączając w to sztukę, sport, naukę, medycynę i wojskowość, jest jednym wielkim wysiłkiem budowania odporności, zbrojeniem się, mobilizacją. I kiedy wspólnota jest mocna, wówczas wytwarza, zbiorowym staraniem, struktury odpornościowe, na których jednostki mogą polegać, bo mogą polegać na sobie nawzajem. Kiedy jednak wspólnota i więzi są słabe, wówczas każdy musi sobie radzić tak, jak umie. Morsując, suplementując i w ogóle wzmacniając się – ale wyłącznie na własną rękę. W czym oczywiście chętnie pomaga zawsze czujny rynek. Właśnie dlatego widzę w opisywanych w tym felietonie modach swoiste odbicie (nie najlepszego) stanu naszych współczesnych społeczeństw czy może raczej: naszych współczesnych wspólnot.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















