Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Warstwy tożsamości

Warstwy tożsamości

05.11.2012
Czyta się kilka minut
Pamięć o Lwowie jest jak kocie łby na ulicach tego miasta: od zawsze taka sama, schodzona i wyślizgana.
J

Jest listopad, już po sezonie turystycznym, ale w sobotni wieczór nawet najdalsze zakamarki lwowskiego Rynku są wypełnione ludźmi. Słychać ukraiński i rosyjski; ostatnio, na dłuższe weekendy przyjeżdżają tu bowiem mieszkańcy Doniecka i Moskwy, gdzie powstała już moda na Lwów. Po Euro 2012 w mieście pozostały nie tylko stadion i odnowione lotnisko, ale i nowe kawiarnie i kluby, w których barmani nie nadążają z obsługą gości. Po imprezowym wieczorze trzeba uważać na tramwaj, który po cichu, niebezpiecznie szybko zjeżdża z Rynku, by, mijając katedrę katolicką, przecisnąć się wąską ulicą Beryndy w stronę Prospektu Swobody.

Po raz któryś w historii rodzi się nowy Lwów. Tym razem – na szczęście – nie w wyniku wojny, deportacji ani totalitarnej polityki. Przez lata różne narodowości, które tu mieszkały – Polacy, Ukraińcy, Żydzi, Rosjanie, Ormianie, Węgrzy, Czesi – prowadziły z miastem swój własny dialog. Dziś, ponad 20 lat po ogłoszeniu niepodległości przez Ukrainę, przyszedł dla Lwowa czas przełomu. Choć ci, którzy się w nim urodzili, mówią zwykle, że narodziny nowej tożsamości mogą trwać latami.

– Miasto jest teraz w dziwnym momencie – słyszę od Beaty Kost, Polki i lwowianki z urodzenia. – W jakimś sensie ciągle dusi się we własnym sosie, a z zewnątrz nikt nie przywozi nowych przypraw. Chyba jeszcze nie powstało szerokie środowisko, które potrafiłoby zaakceptować, że na Lwów składają się różne elementy, różne tożsamości.

Beata od pięciu lat prowadzi po mieście wycieczki z Polski. Okazuje się, że, wbrew stereotypowym opiniom, Polacy o Lwowie wiedzą bardzo mało: – Mówi się, że mają sentyment do tego miasta. Ale tak naprawdę ich wiedza o Lwowie jest niewielka. Ci, którzy tu przyjeżdżają, wiedzą, że przed wojną było to polskie miasto, niektórzy pamiętają o Uniwersytecie Jana Kazimierza. Często słyszę: uczył mnie profesor ze Lwowa. Ale to wszystko. Dopiero tutaj, na miejscu, ludzie orientują się na przykład, jak duże jest to miasto.

Pamięć

Trudno odpowiedzieć na pytanie o współczesną tożsamość Lwowa – głównie dlatego, że w mieście o wielonarodowej historii jest ona utkana z tożsamości minionych, które często następowały w dramatycznych okolicznościach jedna po drugiej. A historii nie da się zaakceptować bez uznania jej ciągłości.

Wśród Polaków we Lwowie Zofia Iwanowa jest jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci. Pracuje w filharmonii, organizuje i prowadzi koncerty, przez kilka lat była także m.in. dziennikarką polskiego Radia Lwów. Ma żal do tych rodaków z Polski, którzy uważają, że prawdziwy Lwów skończył się wraz z początkiem ostatniej wojny. Jej zdaniem takie przekonanie krzywdzi ostatnie pokolenia lwowiaków.

– Oburza mnie to. Ja tu zostałam. Inni – z różnych powodów, często do tego zmuszeni – wyjechali. A teraz tworzą sobie w wyobraźni inny, lwowski świat. Mają do tego prawo. Ale niech przynajmniej mają w pamięci, że Lwów wcale nie skończył się w 1939 r. Po prostu stał się inny. Dlaczego i w jaki sposób, to już inna sprawa – mówi Iwanowa, która podczas pracy w Polskim Teatrze Ludowym przez wiele lat przyjeżdżała z przedstawieniami do Polski.

Na spektakle przychodzili członkowie rozsianych po kraju towarzystw miłośników Lwowa. Byli to przede wszystkim ludzie starsi.

– Na widowni nie widziałam młodzieży. Najwyraźniej większość z dawnych lwowiaków nie potrafiła przekazać swoim dzieciom miłości do miasta, w którym się urodzili. Zatrzymali się w pewnym punkcie, nie wiem dlaczego. Może chcieli utożsamić się z mieszkańcami Krakowa, Wrocławia czy Gdańska, do których wyjechali po wojnie?

O tym, że można inaczej, świadczy przykład Mieczysława Hampla, nieżyjącego od dwóch lat działacza polonijnego rodem ze Lwowa, który w czasach komunizmu zamieszkał w Anglii.

– Po pięćdziesięciu latach nieobecności odważył się kiedyś przyjechać do Lwowa, oprowadzałam go wtedy po mieście – wspomina Iwanowa. – Chciałam zaprowadzić go do miejsc, gdzie się urodził i gdzie mieszkali jego rodzice. W pewnym momencie zauważyłam, że to nie ja prowadzę – to on szedł pół kroku przede mną. Na pytanie „dlaczego?”, wyjaśnił, że codziennie po pracy w Londynie przychodził do domu, rozkładał mapę, brał do ręki ołówek i „spacerował” tak po całym Lwowie.

Jakiś czas po pierwszej wizycie po latach Hampel przywiózł na Ukrainę swojego syna. Lwów szybko chłopaka zauroczył. Przed wyjazdem kupił album ze zdjęciami miasta. „Teraz, gdy ktoś mnie w Anglii zapyta, skąd jestem, pokażę mu te zdjęcia”, oświadczył z dumą.

Taki tu właśnie działa mechanizm: to miasto kształtuje człowieka, nie na odwrót. Wystarczy się tylko temu poddać. Bo bunt, każda próba podporządkowania Lwowa – czy to „pod Polaków”, czy „pod Ukraińców” – zwykle prowadzi do porażki. Nie da się przecież zrozumieć tego miasta bez uwzględnienia każdej, choćby najmniejszej grupy etnicznej i religijnej, która mieszkała tu w przeszłości. We Lwowie wszyscy pozostawili swoje ślady.

– Na szczęście w środowisku, w którym żyję, właśnie tak wszyscy odbierają Lwów. Choć wiem, że na pewno są też inni ludzie, tworzący bardziej zamknięte środowiska. Myślę o nich: to nieszczęśliwi ludzie, po prostu nie znają historii – mówi Zofia Iwanowa.

Dziedzictwo

„Kurier Galicyjski”, dwutygodnik od pięciu lat wydawany przez polskich dziennikarzy ze Lwowa i innych miast regionu, to ewenement wśród polonijnych mediów na Wschodzie. Między innymi dlatego, że czytają go oraz publikują na jego łamach również Ukraińcy. Pismo prezentuje postawę otwartą, pełną nadziei na zbliżenie Ukrainy do Polski i Europy. „Prezentujemy również teksty autorów, z którymi się nie zgadzamy” – ogłasza redakcja w stopce „Kuriera”.

W ostatnim numerze ukazała się m.in. notka o studencie architektury ze Lwowa, który w ramach pracy dyplomowej zaprojektował Centrum Kultury Polsko-Ukraińskiej. „Chcielibyśmy uzupełnić starą dzielnicę miasta takim ważnym domem, który służyłby rozwojowi stosunków między naszymi państwami. Podobne centra kultury są w różnych krajach – dlaczego nie ma tak być też i we Lwowie?” – pyta, cytowany przez „Kuriera” Włodzimierz Terlecki, autor projektu.

Od Konstantego Czawagi, jednego z dziennikarzy „Kuriera”, słyszę, że wielonarodowa historia Lwowa jest dla miasta szansą. – Miasto w obecnym kształcie powstało w czasie monarchii habsburskiej – mówi redaktor. – I mimo że wtedy tlił się spór polsko-ukraiński, doświadczenia z tamtych lat i powoływanie się na wspólną historię pomogły nam w latach 80., kiedy radziecka bezpieka usiłowała doprowadzić do powstania szerokiego frontu różnych sił politycznych, który sprzeciwiłby się niepodległości Ukrainy. U nas – w przeciwieństwie do Litwy, gdzie taki front rzeczywiście powstał – udało się tego uniknąć.

Dziś niektórzy Polacy i Ukraińcy myślą nawet o stworzeniu Klubu Galicyjskiego – środowiska, które promowałoby pokojowe współistnienie wielu narodów w jednym państwie. – Mamy już sympatyków w całej byłej monarchii: od Chorwacji po Ukrainę – śmieje się Czawaga i dodaje, że nawet trudna historia nie musi dzielić.

Przyszłość

Pamięć o Lwowie jest jak kocie łby na ulicach tego miasta: od zawsze taka sama, schodzona i wyślizgana. I jak bumerang wciąż wracają te same pytania. Zostawić ją? Spowolni przecież ruch. Wymienić? Ale co to byłby za Lwów – bez kostki brukowej? Nawet tej starej, rozsypującej się, ukazującej szerokie jak dłoń szczeliny... – Dziś nie ma już nawet rzemieślników, którzy potrafiliby ją naprawić – ubolewa Beata Kost, gdy jedziemy ulicami miasta starym, czechosłowackim tramwajem.

Podobnie jak kostka, dziurawe i pełne stereotypów są czasem wyobrażenia o mieście. Zachodnią Ukrainę zwykło się na przykład w Polsce uważać za proeuropejską – ale z perspektywy Kijowa czy Doniecka jest to ta część kraju, którą postrzega się przez pryzmat jeszcze nierozwiązanych sporów historycznych. – Z perspektywy wschodniej czy środkowej Ukrainy wybuchające od jakiegoś czasu we Lwowie polsko-ukraińskie spory o historię to przykład pewnego konserwatyzmu czy zastania tych terenów. Niestety, nasza sympatia do zachodniej Ukrainy wynika w dużej mierze z jej antyrosyjskości – tłumaczy Kost. – To są wciąż dwa światy: to, co odczuwamy my, żyjący we Lwowie Polacy, i to, jak się to widzi z drugiej strony granicy. Upłynie jeszcze trochę lat, zanim te dwa światy się spotkają.

Wystarczy jednak na chwilę odbić się od historii i wrócić na lwowski Rynek. Mimo trudności w rozmowach o wspólnej ukraińsko-polskiej historii i teraźniejszości ulice miasta tchną optymizmem. – Ukraińcy różnią się od Polaków podejściem do życia – są z niego generalnie zadowoleni. Było to widoczne jeszcze przed tegorocznym Euro. Kiedy z Polski przyjeżdżały wycieczki, wielu ludzi narzekało, że nad Wisłą nie zdąży się z przygotowaniami do zawodów. A tutaj wręcz przeciwnie: z kimkolwiek człowiek by rozmawiał, zawsze słyszał: zdążymy, wybudujemy! – uśmiecha się moja lwowska przewodniczka.

– W lecie, w czasie mistrzostw, było tu tak kolorowo – przypomina sobie Zofia Iwanowa. – Przed Euro wielu z nas żartowało, że na czas zawodów trzeba uciekać z miasta. Sama, kiedy zobaczyłam, jak zlewają się ze sobą kibice różnych drużyn, zastanawiałam się, co się stanie. Ale oni tylko się uśmiechali.

– Myślę, że nostalgia bardzo zżera człowieka – mówi pani Zofia po chwili zamyślenia. – Męczy. Wszystko przecież zależy od nastawienia. Można tu przyjechać, pokazać: tu się coś sypie, tam się coś rozpada. Ale przecież można też inaczej – przyjechać i powiedzieć: spójrzcie, to wszystko jeszcze się sypie – ale jakież to piękne!

O lwowski uśmiech, mimo wielu codziennych trudności, coraz łatwiej na ulicach miasta.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]