W obronie tego, co wiemy

Lektura wielu artykułów i publicznych wypowiedzi (także polityków) oraz większości internetowych postów na temat homoseksualistów i homoseksualizmu wskazuje na żenującą niewiedzę autorów. Większość Polaków uważających homoseksualizm za odstępstwo od normy nie odróżnia normalności w sensie patologicznym od normalności w sensie statystycznym.

17.07.2005

Czyta się kilka minut

---ramka 355295|prawo|1---Punktem wyjścia każdej dyskusji o homoseksualizmie winno być proste, a jakże trafne stwierdzenie ks. Adama Bonieckiego: “Bo są". Byli i będą, trzeba dodać. Jest ich niemało, w Polsce szacuje się ich liczbę (Krzysztof Boczkowski, “Homoseksualizm", Kraków 2003, Inter Esse, ss. 43--44) na około dwa miliony. Nawet gdyby przesadzono o połowę, to i tak pozostaje milion ludzi. Problem ich praw stał się publiczny i nic już tego nie jest w stanie odwrócić, w szczególności stosownych działań legislacyjnych, i to w kierunku bliskim rozwiązaniu hiszpańskiemu, aczkolwiek zapewne nie zawsze tak radykalnych. Wszelako zmiany prawne muszą być osadzone w szerszym kontekście. Ks. Jacek Prusak (“Inni inaczej", “TP" nr 27/05) zauważył, że trzeba odwołać się do filozofii moralności. Wolałbym powiedzieć: “do moralności", ale nie będę kruszył kopii o słowa.

Nie ma wątpliwości, że stosunek do każdego kontrowersyjnego problemu społecznego wymaga odpowiedniej optyki moralnej, akceptującej lub odrzucającej takie lub inne rozwiązanie, ale to nie wszystko. Należy np. pamiętać, że społeczna stygmatyzacja osób homoseksualnych przyczyniła się do tego, że mają one nierówny dostęp do opieki medycznej, a bolesne konsekwencje takiej sytuacji można obserwować w przemilczaniu faktu, że są one często ofiarami przemocy ze względu na orientację seksualną. Badania (za: R. Serra, “The Continuing Struggle for Civil Rights in the Gay Community", “Journal of Psychology and Christianity" 2001, Vol. 20, No. 2, 168-175) pokazują, że te przestępstwa rzadko są rozpatrywane w sądach w kategoriach czynów na tle orientacji seksualnej i upychane w “inne" niejasne i problematyczne kategorie, co prowadzi do wzmocnienia stygmatyzacji osób homoseksualnych, marginalizacji ich problemów, spychania tego środowiska poza obręb uprawnionego dyskursu społecznego oraz wzmacniania przekonania, że w społeczeństwie demokratycznym nikt nie może być ofiarą przemocy ze względu na orientację seksualną. I chociaż są to badania z USA, warto się zastanowić, czy podobnej, a nawet gorszej sytuacji nie mamy w naszym kraju? Raport opracowany przez Stowarzyszenie Lambda mówi o 21 proc. homoseksualistów jako przedmiocie przemocy fizycznej, a o 50 proc. jako poddanych agresji psychicznej. To koresponduje z treścią postów w internecie.

W takim klimacie rodzą się hasła “Pedały do gazu", rady, by naśladować Hitlera, czy wyznania typu: “Mój długoletni przyjaciel powiedział, że jest gejem. Splunąłem mu w twarz i odszedłem bez słowa". Są to sprawy o wymiarze moralnym, ale również jak najbardziej praktyczne. Sama refleksja moralna ich nie rozwiąże.

Społeczne implikacje

Nie jest moją rzeczą wykładnia katolickiej nauki o homoseksualizmie, a więc nie będę dociekał, co znaczy, że nie potępia się grzeszącego, ale grzech, lub dlaczego w katechizmie zmieniono słowa “znaczna liczba kobiet i mężczyzn przejawia głęboko osadzone skłonności homoseksualne" na: “pewna liczba..." czy “osoby takie nie wybierają swej kondycji seksualnej" na “skłonność taka, obiektywnie nieuporządkowana". Jest to problem katolików i ich Kościoła instytucjonalnego. Niemniej jednak podkreślam, że nauczanie katolickie i jego interpretacja (może nawet bardziej to drugie) ma swoje społeczne implikacje i trzeba o nich pamiętać.

Badania prowadzone wśród chrześcijan w USA pokazują, że znaczna ich większość jest przekonana, iż orientacja homoseksualna jest kwestią indywidualnego wyboru, co z kolei prowadzi ich do przekonania, że mają prawo dyskryminować w przestrzeni publicznej tego typu zachowania. Na podstawie badań widać wysoką korelację pomiędzy uprzedzeniami czy wprost niechęcią do postulatów środowisk homoseksualnych a przekonaniem, że homoseksualizm jest kwestią wyboru. 78 proc. badanych osób, które potępiały wszelkie zachowania homoseksualne jako grzeszne i niemoralne, wierzyło, że orientacja seksualna to kwestia wyboru stylu życia. 66 proc. tych, którzy byli przekonani, że orientacja seksualna jest sprawą wolnego wyboru, uważało również, iż związki homoseksualne powinny być prawnie zakazane. Podobnie 66 proc. osób, które wierzyły, że orientacja seksualna nie podlega świadomemu wyborowi, popierało legalizację związków homoseksualnych. Niemniej jednak większość Amerykanów jest przekonana, że nie można odmawiać gejom i lesbijkom pewnych świadczeń socjalnych tylko w oparciu o ich orientację seksualną (Serra, j. w.). Notujemy więc pewien dysonans poznawczo-moralny wśród amerykańskich chrześcijan.

A jak jest w Polsce? 88 proc. Polaków uważa homoseksualizm za odstępstwo od normy, ale prawie 50 proc. badanych opowiada się za tolerowaniem związków homoseksualnych, a więc potępianych z oficjalnego katolickiego punktu widzenia. Wygląda na to, że i w społeczeństwie polskim, dość homofobicznym, katolicka nauka o homoseksualizmie ma coraz mniejsze znaczenie. Od tolerancji do akceptacji praw, np. pozostawania w legalnych związkach, droga niedaleka, a jej przebycie jest już tylko kwestią czasu, także w Polsce. Moja aksjologia w tej materii postuluje nie tylko tolerancję, ale i prawne uregulowanie sytuacji homoseksualistów respektujące ich uprawnienia cywilne, przynajmniej niektóre. Wszystko to jednak musi być dyskutowane i projektowane w kontekście wiedzy o homoseksualizmie, takiej np. jak zawarta w wyżej przywołanej książce Boczkowskiego, bo stanowi ona kontekst ocen moralnych i działań praktycznych.

Lektura wielu artykułów i publicznych wypowiedzi oraz większości internetowych postów na temat homoseksualistów i homoseksualizmu wskazuje na żenującą niewiedzę autorów. Dotyczy to także polityków, np. Jarosław Kaczyński wyjaśnił (wywiad publikowany w Onecie 7 lipca), że na paradzie równości w Warszawie dlatego nie było elementów obscenicznych, ponieważ uczestnicy nie chcieli dostarczyć uzasadnienia dla zarzutów jego brata Lecha Kaczyńskiego, czyli prezydenta Warszawy. Bardzo przewrotni, nieprawdaż? Większość Polaków uważających homoseksualizm za odstępstwo od normy nie odróżnia normalności w sensie patologicznym od normalności w sensie statystycznym. To skutkuje dość powszechnym kategoryzowaniem homoseksualizmu jako zboczenia lub choroby oraz niezrozumieniem udziału czynników biologicznych, społecznych i psychologicznych, a więc roli zdeterminowania naturalnego, warunków życia i osobistego wyboru. W konsekwencji, zmianę orientacji seksualnej przyrównuje się do pozbycia się grypy lub alkoholizmu. Często przywoływane badania Spitzera nad powrotem do heteroseksualności są, wbrew ich autorowi, opacznie traktowane jako decydujący argument za możnością wyleczenia z homoseksualizmu. Błąd polega na tym, że Spitzer badał wolontariuszy, a nie reprezentatywną próbkę. Opinie w kwestii skuteczności terapii są podzielone, ale nie od rzeczy jest zauważyć, że (a) wedle jednych z wielu badań (por. Boczkowski, j. w., s. 290) większość ankietowanych uznała psychoterapię za pomocną w zrozumieniu samych siebie, a tylko 17 proc. za środek do zmiany orientacji seksualnej, (b) wśród tych, którzy zmienili swą orientację, jest sporo biseksualistów. Jedyny wniosek jest taki, że leczyć się powinni ci, którzy chcą (Boczkowski, s. 300), a nie wszyscy czy nawet większość. Nieświadomość tego, czym jest statystyczny margines, powoduje absurdalne oskarżanie gejów i lesbijek o naruszanie równowagi demograficznej.

Fakty przeciw faktom

Zgodnie z tym, co zaznaczyłem wyżej, nie będę dociekał, czy ks. Dariusz Oko należycie interpretuje katolicką doktrynę na temat homoseksualizmu. Jakby nie było, homoseksualizm jest dla niego wyborem zła, schorzeniem i zboczeniem, przyrównanym (w głośnym artykule “Dziesięć argumentów przeciw", “Gazeta Wyborcza" z 3.06.2005.) m.in. do erotomanii, prostytucji, pedofilii i zoofilii. Cały spór o homoseksualizm sprowadza do walki pomiędzy słusznym stanowiskiem, tj. swoim, oraz światową polityczną ofensywą gejów i lesbijek, poszukujących argumentów za homoseksualizmem. W tym tkwi fundamentalne nieporozumienie. Jeśli traktować na serio opinię większości specjalistów, homoseksualizm rozumiany jako orientacja seksualna można wyjaśniać w kategoriach jednego z trzech wariantów determinizmu: twardego, miękkiego lub nieokreślonego. W obecnej debacie na temat orientacji seksualnej twardy i miękki determinizm liczą się najbardziej i ze sobą konkurują. W skrócie można powiedzieć, że twardymi deterministami są zarówno zwolennicy poglądu, że orientacja seksualna jest całkowicie zdeterminowana biologicznie, jak i ci, którzy twierdzą, że jest wyłącznie efektem wczesnych doświadczeń życiowych i wychowania. Przedstawiciele miękkiego determinizmu podkreślają natomiast złożoność i wielorakość czynników epigenetycznych w powstawaniu i kształtowaniu się ludzkich zachowań, w tym orientacji seksualnej, uwzględniając zarówno czynniki zdeterminowania, jak i wyboru. Jest to tzw. hipoteza interakcyjna. Na gruncie badań empirycznych nad homoseksualizmem argumentacja “za" lub “przeciw" nie jest rozstrzygająca, bo nie istnieje żadne absolutne kryterium osądzania “normalności" czy “nienormalności" zdrowia psychicznego czy choroby. Warto pamiętać, że cztery powszechnie przyjmowane empiryczne kryteria określania zachowania “nienormalnego" dotyczą: (a) statystycznej częstotliwości; (b) osobistego samopoczucia; (c) przystosowania społecznego; (d) odchylenia od norm społecznych.

Inaczej jest w przypadku argumentacji “za" lub “przeciw" w kwestii praw dla homoseksualistów. Im chodzi wyraźnie o prawa, a nie o samą ich orientację jako zjawisko, które jest zrozumiałe pod względem statystycznym i biologicznym. Bywa, że dążą do realizacji swych postulatów w sposób naganny, rażący dla innych, bywa, że niektóre grupy domagają się rzeczy absolutnie niewłaściwych, np. legalizacji pedofilii, ale to są inne kwestie niż problem główny: co trzeba (nie tylko: można) zrobić dla milionów homoseksualistów na świecie, by przestali być marginesem społecznym? Każdy jednak musi sobie jasno na to odpowiedzieć, także negatywnie, jeśli jest tak przekonany. Apelacje w rodzaju “przecież nikt ich nie dyskryminuje, skoro mogą praktykować swą orientację w domowym zaciszu" lub “szanujemy ich, ale niech będą wstrzemięźliwi seksualnie" już nie wystarczą. Trzeba też brać pod uwagę, że wypowiedzi ks. Oko i podobne wręcz zachęcają do radykalizacji postaw, ponieważ, zgodnie z dobrze znanym prawem psychologii społecznej, frustracja rodzi agresję.

Ks. Oko w swoim artykule w “TP" (nr 27/05) powołuje się na rozmaite statystyki. Cytuje raport “komisji ekspertów medycznych dla parlamentu Kanady", opracowanie Diggsa (pod auspicjami Corporal Research Council - CRC) oraz materiały przedłożone przez Family Research Institute (FRI) na temat sytuacji w USA. Określenie pierwszego z dokumentów może sugerować, że jest to opracowanie znawców problematyki zamówione przez kanadyjski parlament. W rzeczywistości jest to raport kilku lekarzy opublikowany na stronie internetowej LifeSite, gdzie czytamy: “aborcja, eutanazja, klonowanie, homoseksualizm oraz inne kwestie dotyczące moralności, życia i rodziny są częścią międzynarodowego konfliktu dotykającego wszystkie narody, nawet na najbardziej lokalnych poziomach. LifeSite próbuje dostarczyć swoim czytelnikom najbardziej użytecznej i aktualnej informacji o tym konflikcie". Autorzy tego dokumentu, mającego ich zdaniem, jak i zdaniem ks. Oko, dowieść naukowo tezy o “naturalnym" promiskuityzmie osób homoseksualnych, wyciągnęli jednak zbyt kategoryczne wnioski z wątpliwych metodologicznie badań. Powoływali się m.in. na takie źródła jak raport Bella i Weinbega o homoseksualizmie z 1978 r. Problem w tym, że w tych badaniach do grupy porównawczej składającej się z losowo wybranych osób o skłonnościach heteroseksualnych dobrano grupę kontrolną składającą się w większości przypadków z osób homoseksualnych wybranych z takich miejsc, jak bary czy łaźnie dla gejów, gdzie można się spodziewać wielu ludzi szukających kontaktów seksualnych. To nie jest odpowiednia próbka statystyczna. Braki metodologiczne w zakresie przygotowania i opracowania materiału statystycznego oraz oficjalne deklaracje CRC i FRI o negatywnym stosunku do gejów i lesbijek skłaniają do ostrożności w traktowaniu opracowań zalecanych przez ks. Oko jako wiarygodnych, np. z powodu obniżenia liczebności populacji gejów i lesbijek do 3 proc. czy bezkrytycznego utrzymywania, że homoseksualizm jest wyleczalny. Ks. Oko, powołując się na kanadyjski raport, napisał, że homoseksualiści “żyją przeciętnie o 20 lat krócej". Sęk w tym, że raport ten powołując się na pracę Hogga i innych z 1997 r. mówi, że homo- i biseksualni mężczyźni żyją od 8 do 20 lat krócej niż przeciętny mężczyzna. Jednak sam Hogg i jego współpracownicy w 2001 roku stanowczo odżegnali się od używania ich badań przez pewne grupy w USA i Finlandii do argumentacji na rzecz ograniczenia praw homoseksualistów i oświadczyli, że obecna sytuacja wygląda znacznie lepiej niż w latach 80. (zob. http://ije.oxfordjournals.org/cgi/content/full/30/6/1499).

Pedofilia

Raport kanadyjski twierdzi, że homoseksualiści stanowią 25 proc. pedofilów, opracowanie FRI mówi o 41 proc. To są bardzo poważne różnice i nie da się ich wytłumaczyć dopuszczalnym błędem. Raport LS wyprowadza z owych 25 proc. wniosek, że przewaga pedofili wśród homoseksualistów jest od 10 do 25 razy wyższa niż można byłoby oczekiwać przy założeniach że (a) jest ona równomiernie rozłożona w populacjach hetero- i homoseksualistów, oraz (b) homoseksualistów jest od 1 proc. do 3 proc. Wskaźnik 25 proc. został zaczerpnięty z artykułu w “Archives of Sexual Behaviour" 29, 2000. Dotarłem do abstraktu (s. 463; cały tekst nie jest dostępny w internecie), w którym można przeczytać, że badania dotyczyły korelacji pomiędzy homoseksualizmem a posiadaniem starszych braci; autorzy utrzymują, że ma ona miejsce.

Analiza materiału wykazała (“in this study" opartym na próbie 260 pedofilów plus tak samo licznej grupie kontrolnej), że homoseksualność ma miejsce w przypadku 25 proc. aktów pedofilii (wobec czernastolatków lub młodszych). Procent ten został uznany za wysoki, ale równocześnie odrzucone zostało wyjaśnienie, że motywy determinujące praktyki pedofilskie u homoseksualistów różnią się od powodów kierujących preferencjami seksualnymi u mężczyzn zainteresowanych osobami dorosłymi. Zreferowane badanie nie uprawnia do wniosku, że wśród pedofilów jest 25 proc. homoseksualistów, bo np. wiadomo, że homoseksualizm jest wcale częsty we wzajemnych kontaktach młodzieży. Tymczasem autorzy raportu LS zamienili homoseksualizm na homoseksualistów i z tego wyprowadzili nieuprawniony wniosek o większej częstości aktów pedofilii wśród homoseksualistów niż heteroseksualistów. Nawet nie zauważyli, że sobie przeczą, bo najpierw założyli, że rozkład jest równomierny, by ustalić, że jednak nie jest. Ks. Oko utrzymuje na podstawie raportu LS, iż “homoseksualiści dopuszczają się pedofilii do 25 razy częściej niż inni", a więc ogranicza się do podania tylko górnej granicy, co jest jawną manipulacją. Zaznaczę raz jeszcze, że swoje wnioski opieram na abstrakcie artykułu z “Archives of Sexual Behaviour". Być może pełny tekst sugeruje, że 25 proc. pedofilów to homoseksualiści, ale nawet jeśli tak, to wynika z tego tyle tylko, że np. na 100 przypadków pedofilii 25 jest udziałem homoseksualistów, a nie że dopuszczają się oni tych aktów 25 razy częściej niż heteroseksualiści.

Wnioski (o preferencjach wobec nieletnich) autorów artykułu z “Archives of Sexual Behaviour" są zgodne z licznymi badaniami, przeprowadzonymi z użyciem różnych metod i wskaźników orientacji seksualnej (por. też Boczkowski, j. w., s. 265); nie wykazały, by mężczyźni o skłonnościach homoseksualnych częściej byli sprawcami molestowania seksualnego dzieci, czy też mieli pociąg do nich w większym stopniu niż mężczyźni heteroseksualni. Jak twierdzą autorzy uznanego podręcznika z psychologii zaburzeń (Carson, Butcher & Mineka, “Psychologia zaburzeń. Człowiek we współczesnym świecie", t. 2, GWP 2003), “odsetek kontaktów homoseksualnych, który notuje się wśród aktów pedofilii, znacznie przewyższa udział stosunków homoseksualnych w całej populacji. Nie oznacza to jednak, że geje są bardziej skłonni do nawiązywania kontaktów seksualnych z dziećmi niż mężczyźni heteroseksualni. Wynika to raczej z faktu, że dla wielu pedofilów płeć ich ofiary nie ma w zasadzie znaczenia, wystarcza im, że dziecko jest w odpowiednim wieku" (s. 653).

Nie należy lekceważyć tego rodzaju badań i ich rezultatów. Mają one np. kluczowe znaczenie dla oceny, czy homoseksualiści powinni mieć prawo do adopcji. Stwierdzenie czy choćby nawet zasadne przypuszczenie, że dzieci są bardziej zagrożone pedofilią przez homoseksualistów niż heteroseksualistów jest wystarczającym powodem dla odmowy tego prawa. Einstein zauważył w 1929 r.: “Homoseksualizm nie powinien być karany, z wyjątkiem, gdy trzeba chronić dzieci". Dzisiaj, gdy już nie o kary chodzi, słowa te są nadal aktualne. Podobnie nie uważam, że homoseksualizmowi nie trzeba zapobiegać, np. w zakładach poprawczych czy karnych.

***

Ks. Oko proponuje badania w Polsce z “udziałem zainteresowanych stron" na wypadek, gdyby “środowiska gejowskie kwestionowały wyniki [wedle LS, CRC i FRI]". Otóż, badania na pewno są potrzebne, ale winni je przeprowadzić fachowcy, a nie “przedstawiciele zainteresowanych stron", i nie z powodu kwestionowania (lub nie) rezultatów, ale dlatego, że trudno dane z Kanady i USA automatycznie stosować do społeczeństwa polskiego, nawet gdyby były wiarygodne, a te przedkładane przez ks. Oko właśnie nie wyglądają na takie. Przyjmijmy jednak na próbę, że jest tak źle, jak utrzymuje ks. Oko. Wskazuje to tylko na stan faktyczny i ewentualnie sugeruje, by go zmienić. Jest rzeczą oczywistą, że traktowanie gejów i lesbijek jako zboczonego marginesu społecznego i wylęgarni wszelakiej patologii jedynie pogłębia negatywne tendencje w tym środowisku, a takie na pewno mają miejsce (sprawa AIDS; w tej kwestii wszyscy zgadzają się). A może właśnie przyznanie im takich lub innych praw przyczyni się do zmian? A może zalegalizowane związki homoseksualne okażą się trwalsze niż dotychczasowe? Czy to tak trudno zrozumieć w kontekście owego prostego “bo są" i wiedzy, że ich odsetek był, jest i będzie stabilny? Ks. Oko nie musi akceptować homoseksualizmu i może być przeciw prawom dla gejów i lesbijek, ale byłoby dobrze, gdyby powstrzymał się od inwektyw, obraźliwych porównań i demagogicznych chwytów, bo jest to w dużej mierze przejaw korupcji wiedzy i metodologii przez ideologię. Odpowiedź na pytanie, czy to przyczynia się do racjonalnego rozwiązania problemu homoseksualizmu w Polsce, czy też do pogłębienia kultury nienawiści wobec największej w naszym kraju mniejszości, musi już każdy rozważyć sam dla siebie.

Jan Woleński jest profesorem filozofii na Uniwersytecie Jagiellońskim, posiada wykształcenie filozoficzne i prawnicze. Kontynuator Szkoły Lwowsko-Warszawskiej, zajmuje się filozofią języka i epistemologią. Na łamach “Tygodnika" opublikował ostatnio artykuł “Wybór w warunkach niepewności. Czy możliwy jest dialog wierzących z niewierzacymi" (nr 11/2005).

Śródtytuły pochodzą od redakcji.

---ramka 355296|strona|1---

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Jan Woleński - wybitny filozof analityczny, logik, epistemolog i filozof prawa, emerytowany profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, profesor Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzanuia w Rzeszowie, członek wielu krajowych i zagranicznych towarzystw i instytucji… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 29/2005