Reklama

W chorobie

W chorobie

22.08.2004
Czyta się kilka minut
Chciał umrzeć w domu, pośród najbliższych, a nie w szpitalu. Przyjąłem to do wiadomości wiele lat temu, kiedy jeszcze poważnych zagrożeń nie było. I choć na ten temat stanęła między nami niepisana umowa, za każdym razem, gdy zachodziła konieczność pilnej hospitalizacji, trzeba było trudnych perswazji, by uzyskać na nią zgodę. Gdy tylko jednak kryzys mijał, w klinice - jeszcze słaby, jeszcze przykuty do łóżka - zaczynał od razu czytać lub słuchać lektury, pisać lub dyktować. Tak jakby ciekawość literatury i poezji i moc twórcza zwalniały Go z okresu rekonwalescencji psychicznej - tych wielu dni, a nieraz i tygodni, potrzebnych nam, “by wrócić do siebie".

“Czy nie uważa Pan, że jestem anomalią natury?" - spytał mnie, gdy skończył 91. rok życia. A ja myślałem, że jest jak potężny dąb litewski, szumiący poezją. Jego myśl, wsparta pamięcią, jakiej nigdy nie spotkałem u nikogo, coraz częściej starała się przeniknąć istotę życia i choroby, a także śmierci. Zdawała się nie spoczywać wcale, poza snem, czasem z winy choroby trwającym dłużej. Kilka miesięcy temu, budząc się i przeskakując z miejsca w świat świadomości, stwierdził z lekkim wyrzutem: “Nie powiedział mi Pan, jak było w Wilnie". Zdumiony jego pamięcią, zdałem krótkie sprawozdanie z mojej pierwszej wyprawy na Litwę. A On, wracając do Wilna, z uśmiechem w oczach, powiedział: “To magiczne, magiczne miasto".

Raz, po kilku dniach głębokiej nieprzytomności, gdy tylko odzyskał świadomość, podziękował krótko i powiedział z miejsca: “Trzeba koniecznie napisać nową książkę, o umieraniu i o śmierci". “Jakiś współczesny, przeniesiony ze średniowiecza poradnik Ars moriendi? - spytałem. - Czy ktoś chciałby to czytać?". Nie miał co do tego wątpliwości. Wiedział już, że nie zdąży z tą książką sam. Uważał zresztą, że powinien to zrobić lekarz. Przedstawić, jak przechodzimy tę ostatnią próbę, opisać mechanizmy umierania, sposoby, jakimi śmierć dobiera się do nas i dokonuje swego. “Pan Profesor nie był wśród nas przez długie cztery dni - zapytałem wtedy. - Czy coś z tego pozostało w Pańskiej pamięci?". “Naturalnie" - odpowiedział, jakby chodziło o rzecz oczywistą. I dorzucił kilka zdań. Wysłuchałem wielu opowiadań chorych reanimowanych z śmierci klinicznej czy wychodzących z śpiączki - i zawsze odnosiłem się do nich nadzwyczaj sceptycznie. Tym razem miałem wrażenie, że słyszę prawdziwą historię od kogoś obdarzonego fenomenalną pamięcią. Historię o tym, jak może być za brzegiem.

Andrzej Szczeklik jest lekarzem, autorem książki “Katharsis". W ostatnich latach opiekował się zdrowiem Czesława Miłosza.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]