Ilekroć ktoś mówi, że wygraliśmy, winniśmy zachować czujność i – choć to może być trudne – spokój. Słowo „zwycięstwo” jest jednym z najważniejszych w języku, jeżeli nie absolutnie najważniejszym. Spróbujmy zatem wypowiedzieć je na głos, by zorientować się z bólem, że owe sylaby sklejone w osobliwą całość sprawiają niejaką trudność oralną, nie tylko po pijaku. Jakkolwiek nadużywane w prozie, publicystyce i na wiecach, jest mało użyteczne w poezji, z racji jakby bezkształtu i jakby braku rytmicznego potencjału. Zważywszy, że kraj nasz jest globalnym liderem w produkcji poezji zabezpieczającej przed upadkiem ducha, ów brak krągłości musi dziwić. Słowo to nijak nie przylega do nastroju tak bardzo, że aż wydaje się dziwnym, że nie wymyślono czegoś stosowniejszego, bardziej hukowego i żarliwszego, mniej świszczącego i jękliwego. Oczywiście trening w używaniu czyni mistrza i poza poezją nie możemy narzekać na brak zwycięstw.
Zwycięstwa odnosimy rzeczywiście wszędzie, dlatego słowo to należy takoż uznać za najczęściej używane. Ciekawe, że w jakże dziś rzadko używanych słownikach monotonnie podawanymi przykładami zwycięstw – dla lepszego zrozumienia, o co chodzi – są jedynie wiktoria nad Krzyżakami, zgnębienie Saracenów pod Wiedniem, a w słownikach nowszych dodawane jest jeszcze gonienie bolszewika w roku 1920. I to wszystko jeśli idzie o wskazówki profesjonalnych leksykografów w tej materii. Nic, co się zdarzyło później, nie zostało zakwalifikowane jako jednoznaczne dla wszystkich zwycięstwo, ani dobre jako przykład.
Wejdźmy teraz na grząski grunt psychologii. Ogłaszane co rusz zwycięstwa, których zwycięskość można bez trudu podważyć, tworzą aurę bajkową – szkodliwą, dodajmy – dla zdrowia psychicznego ogółu. Nic nie jest łatwiejsze w praniu niż materia pozorów, ale takoż nie ma nic trudniejszego ani bardziej obarczonego ryzykiem niźli wylewanie kubłów zimnej wody na głowy tkwiące w bezpiecznym świecie przypowieści, bajań, legend i marzeń, a wylewanie wody na własny łeb zdarza się bardzo rzadko. Człowieka podważającego zwycięstwo najlepiej udusić, a na pewno dobrze jest donieść nań prokuratorowi. I to się – popatrzmy – zdarza. Ponieważ stan złudzenia wydaje się powszechny, to znaczy dotyczy wszystkich, bez wyjątków i bez różnicy poglądów, można rzec, że całość ludu tutejszego tkwi w mniemaniach oderwanych. Że nie sposób prowadzić tu rozmowy zimnej, że zaiste rozmawianie w garnku pełnym wrzątku to jedyne miejsce debaty. Nie trzeba chyba dodawać, że wrzątek skutecznie wyjaławia, i tę jałowość widać, jak okiem sięgnąć.
W tej sytuacji, która wydaje się bez wyjścia, należy zasięgnąć oczywiście pomocy profesjonalistów, w których istnienie wciąż wierzymy. Zastanawialiśmy się dość długo, na której półce znajdziemy poradnik, który dałby nam oręż w jakże lokalnym i trudnym zjawisku nieodróżniania zwycięstwa od porażki, ciężkim reagowaniu na prawdę, polecającym jakieś metody sensownego rozmawiania na inne tematy niźli o zdrowym jedzeniu, o chorobach i tym podobnych kwestiach tonizujących dialogi przy kolacji. Ze wzgardą odepchnęliśmy w całości lokalną literaturę piękną, w tym poezję jako zbiór szarzyzn do interpretacji, do przemyśleń i tym podobnych mętnych mozołów. Za kuriozalne uznaliśmy podręczniki do matematyki, branży, dla której prawda jest rudymentem, ale nie do użycia w kraju ludzi otwarcie i bezwstydnie chełpiących się jej nieznajomością. Co zatem? Znakomitą pomocą mogą być poradniki delikatnego postępowania z dzieckiem, któremu trzeba roztropnie przekazać, gdzie zwyciężyło, a gdzie przegrało. Słowem, są one do użycia tam, gdzie wskazana jest daleko posunięta delikatność, współczucie i równowaga, gdy trzeba dziecko oderwać od świata baśni i z sukcesem wprowadzić do rzeczywistości. ©℗
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.
















