Reklama

Unia nie słyszy Europejczyków

Unia nie słyszy Europejczyków

16.07.2008
Czyta się kilka minut
Bronisław Geremek w wywiadzie z początku lipca 2008 r.: Traktat lizboński można by przyjąć dzięki ludowej konsultacji, zorganizowanej we wszystkich krajach członkowskich wraz z wyborami do Parlamentu Europejskiego. Rozmawiał Luigi Geninazzi, L’Avvenire
"

"Mimo wszystko nie przestaję być eurooptymistą", Bronisław Geremek mówi to spokojnie i łatwo zrozumieć, że dla niego - polskiego intelektualisty zaangażowanego w niezliczone batalie polityczne, poczynając od walki z reżimem komunistycznym - trudności, które przeżywa Unia Europejska, nie są końcem świata. Niosący swoje 76 lat z wielką elegancją, z nieodłączną fajką w kieszonce, Profesor patrzy na dzisiejszą Europę okiem historyka, który doskonale zna przeszłość kontynentu, a zwłaszcza jej dzieje średniowieczne. Bojownik "Solidarności", od samego początku był doradcą Lecha Wałęsy, a w drugiej połowie lat 90. - polskim ministrem spraw zagranicznych. Aktualnie deputowany Parlamentu Europejskiego w Strasburgu, należy do grupy liberalno-demokratycznej. Ma wiele pomysłów odnoszących się do Europy przyszłości, poczynając od wielkiej konsultacji społecznej, która powinna się odbyć we wszystkich krajach Unii równocześnie.

Luigi Geninazzi: Zawsze, kiedy Unia Europejska zwraca się wprost do obywateli, spotyka ją afront, jak choćby w ostatnim referendum w Irlandii. Wygląda to na działanie jakichś tajemniczych złych sił. Można spróbować je określić?

Bronisław Geremek: To brak zaufania Europejczyków do instytucji, które określają się jako "europejskie". Mimo wielu sukcesów osiągniętych w ciągu 50 lat, Unia Europejska nie zdołała udzielić głosu obywatelom. Kiedy więc mają okazję wyrażenia własnego poglądu, mówią "nie". Ale uwaga: nie jest to negacja integracji europejskiej. Sondaż przeprowadzony w Irlandii kilka dni po referendum pokazał, że ogromna większość nie chce wyjścia z Unii. Ludzie nie są przeciwko Europie, ale przeciwko tego rodzaju Europie.

Wielu uważa, że rozszerzenie Unii o nowe kraje wschodnie przyniosło więcej problemów niż korzyści. Co o tym sądzi Pan Profesor?

To był big bang - poszerzenie naraz

o 10 nowych krajów w 2004 r., dopełnione wejściem Rumunii i Bułgarii w roku ubiegłym. Niestety, decyzje podjęte przez polityków nie zdołały wzbudzić tych uczuć solidarności, które pamiętam z lat 80., kiedy we Francji, we Włoszech czy w Niemczech patrzyło się z entuzjazmem na "Solidarność" i na dysydentów ze wschodniej Europy.

Dziś ludzie są skupieni na sobie samych, kryzys ekonomiczny poddał wszystkich twardej próbie. Przyszłość nie jest pewna. Nie wydaje się, by Europa stała na wysokości nowych wyzwań.

Co może być punktem wyjścia dla zmiany tej sytuacji?

Żeby pójść naprzód, musimy trochę popatrzeć wstecz, na te przedsięwzięcia, które się udały. Np. na obszar Schengen ze zniesieniem granic i swobodą przemieszczania się. Albo na wspólny pieniądz, który, pomijając krytyki podnoszone z różnych stron, sprawił, że jesteśmy silniejsi na scenie międzynarodowej. Chciałbym także wspomnieć o programie Erasmus, który pozwolił ponad dwóm milionom młodych ludzi kontynuować studia w innych krajach Europy, trochę tak, jak to było w epoce średniowiecznego chrześcijaństwa, kiedy panowała wielka jedność kulturalna.

Tym, czego brakuje, jest uczestnictwo obywateli w życiu politycznym UE. Potrzebujemy wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. A tego nie można zrealizować bez powszechnego przyzwolenia.

Jest jakieś rozwiązanie?

Jest słynny plan B, wspierany przez Sarkozy’ego: idziemy naprzód z ratyfikacją traktatu w innych krajach i na końcu wracamy do Irlandii, by prosić ją o wyrażenie zdania. Ale wcale nie jest powiedziane, że drugie referendum zakończy się pozytywnie. A w takim przypadku doszłoby do totalnej katastrofy.

A iść dalej bez Irlandii?

To idea, której jestem absolutnie przeciwny. To byłoby tak, jakbyśmy powiedzieli, że Unia może działać bez uwzględnienia głosu społeczeństw. Jeśli głosują przeciw, to trudno: skreślamy obywateli zamiast zmienić sposób rządzenia... Przecież to absurd.

Ale przeszkody są nie tylko ze strony Irlandii. Także ze strony Polski, czy ściślej mówiąc: ze strony Pańskiego prezydenta.

Cieszę się, że wprowadził Pan to rozróżnienie. W rzeczy samej ogromna większość polskiego społeczeństwa jest zdecydowanie filoeuropejska. Ale polska polityka jest zakładnikiem wymuszonej kohabitacji rządu i prezydenta. Rząd wspiera traktat lizboński, ratyfikowany zresztą już przez parlament i prezydenta, a ten ostatni ogłosił, że nie zamierza go podpisywać. Chciałbym wierzyć, że oświadczenie Lecha Kaczyńskiego jest wyrazem złego humoru, a nie polityczną decyzją. Mógłby wprawdzie postąpić tak, jak czeski prezydent Václav Klaus, który tekst odesłał do Trybunału Konstytucyjnego, ale trudno mi sobie wyobrazić możliwość takiej arbitralnej decyzji, wątpliwej także jurydycznie. Jestem przekonany, że w końcu, dla dobra Polski, podpisze.

W każdym razie traktat lizboński ma przed sobą ciężką drogę do przebycia. Innej nie ma?

Jestem przekonany, że większość reform UE może wejść w życie także bez zatwierdzenia nowego traktatu. Kiedy ratyfikują go wszystkie kraje z wyjątkiem Irlandii, Rada Europejska może zdecydować o wprowadzeniu jednej osoby odpowiedzialnej za politykę zagraniczną, nawet bez formalnego tytułu. W podobny sposób można by podjąć wprowadzanie niektórych innych reform. Jednak bez nowego traktatu Unia nie może zmienić systemu głosowania w Radzie Europejskiej. By przejść do systemu większościowego, potrzebna jest jednomyślność. Na tym polega paradoks sytuacji, wobec której się znajdujemy.

Ale można by było to obejść.

W jaki sposób?

To, czego nie można zrealizować na podstawie istniejących traktatów, powinno się poddać ludowej konsultacji, która powinna się odbyć jednocześnie we wszystkich 27 państwach UE, np. w tym samym dniu, w którym w 2009 r. odbędą się wybory do Parlamentu Europejskiego. Nie byłoby to referendum z efektem wiążącym, ale wielki sondaż: jedno lub dwa bardzo proste pytania dotyczące podstawowych reform Unii Europejskiej. Byłaby to okazja do oddania głosu obywatelom Europy. Potrzebne jest nam silne odbicie się ku przyszłości, odbicie się od dołu.

Przełożył Abo

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]