Twierdza Perpignan

Emmanuel Macron i Marine Le Pen zmierzą się za rok w wyborach prezydenckich. Dziś licytują się, kto ma lepszy pomysł na zahamowanie imigracji. Dobrze widać to z perspektywy granicy francusko-hiszpańskiej.
z Perpignan (południowa Francja)

22.03.2021

Czyta się kilka minut

Francuska policja kontroluje ruch na przejściu granicznym na przełęczy Col des Balistres w Pirenejach, luty 2021 r. / IDHIR BAHA /
Francuska policja kontroluje ruch na przejściu granicznym na przełęczy Col des Balistres w Pirenejach, luty 2021 r. / IDHIR BAHA /

Dawny posterunek graniczny na przełęczy Col des Balistres we wschodnich Pirenejach od dołu do góry pokrywa kolorowe graffiti. Przez wybite tu i ówdzie szyby widać biurka i krzesła, zajmowane niegdyś przez francuską straż graniczną. Miejsce opustoszało ćwierć wieku temu, wraz z wejściem Hiszpanii do strefy Schengen.

Ten spokój na francusko-hiszpańskim przejściu granicznym jest złudny. Regularnie przejeżdżają tędy samochodowe patrole francuskiej żandarmerii i policji. Czasem policjanci ustawiają się przy dawnym posterunku i kontrolują samochody. A nad granicą krążą drony wypatrujące przygranicznych „mrówek” – przemytników.

Tego poranka jest tu jednak pusto, nie licząc dwóch cyklistów, którzy przemykają szosą do posterunku i zaraz zawracają.

Tylko od strony Hiszpanii zbliżają się górską ścieżką dwie niskie, krępe sylwetki. Małe plecaki, na jednym z nich dyndają przywiązane zapasowe trampki. Mogą wyglądać na wędrowców, którzy w ten ciepły słoneczny poranek, na przełomie zimy i wiosny, wybrali się chodzić po górach.

Podchodzą bliżej. Zmęczone twarze, ciężkie oddechy, nerwowe spojrzenia. Jeden macha ręką w moją stronę, mówi po francusku z obcym akcentem. – Monsieur, którędy do Perpignan?

Dodaje ściszonym głosem: – Tak, żeby nie wpaść na policję…

Szybko wywiązuje się rozmowa. Okazuje się, że jeden z wędrowców jest Algierczykiem, drugi Pakistańczykiem. Z opowieści pierwszego wynika, że przypłynął łódką przemytników z okolic algierskiego Oranu na hiszpańskie wybrzeże. Potem, już razem z pakistańskim kompanem, próbował się przedostać z Hiszpanii pociągiem do Cerbère, pierwszej stacji po stronie francuskiej, ale francuscy strażnicy graniczni zatrzymali ich i odesłali na hiszpańską stronę. Wobec tego postanowili przekroczyć granicę na piechotę, idąc górskim szlakiem.

Po naradzie postanawiają, że trasę do Perpignan, oddalonego o ok. 40 km, pokonają autobusem, aby uniknąć ponownej wpadki na stacji kolejowej w Cerbère.

– Oby tylko oddalić się od granicy. Potem jakoś to będzie, mam znajomych w Tuluzie i Lyonie – mówi Algierczyk. Jego pakistański kompan ma inny plan: chce dotrzeć do Niemiec, Francja jest dla niego tylko – jak dla wielu imigrantów – krajem tranzytowym, a nie portem przeznaczenia.

Pępek świata pod nadzorem

Dworzec kolejowy w Perpignan to centrum świata – jeśli wierzyć wizjom surrealisty Salvadora Dalego, z pochodzenia Katalończyka. Stolica francuskiego departamentu Wschodnie Pireneje (historycznie rzecz biorąc: północnej Katalonii) przyjmowała licznych uchodźców już w czasach reżimu generała Franco; chronili się tu hiszpańscy republikanie.

Dzisiaj to 120-tysięczne miasto jest bramą do Francji dla imigrantów z całego świata. Tyle że jest to brama coraz mocniej strzeżona.

Region zachował relikty katalońskiej odrębności – chodząc po wąskich uliczkach starego miasta, napotykamy dwujęzyczne napisy, po francusku i katalońsku. Ten drugi język nie zanikł; mówią nim nie tylko starsi mieszkańcy, uczy się go dziś także w wielu szkołach publicznych i prywatnych jako języka dodatkowego. Przed urzędami i innymi budynkami powiewają – obok francuskich i unijnych – także flagi katalońskie.

 

To właśnie w Perpignan ponad rok temu lider separatystów z hiszpańskiej Katalonii, Carles Puigdemont – przebywający od 2017 r. na politycznym wygnaniu w Belgii – urządził wiec, w którym wzięło udział 60 tys. zwolenników niepodległości hiszpańskiej Katalonii. W większości byli to przybysze zza pobliskiej granicy, którzy zjechali do stolicy francuskiej Katalonii.

Szlak hiszpański

Nawet jeśli większość imigrantów trafiających tu z Hiszpanii chce dotrzeć do mitycznego dla nich Paryża, często zostają w Perpignan. Zatrzymuje ich tutaj słońce, łagodny klimat (choć trwa jeszcze zima, jest tu w dzień 15-18 stopni Celsjusza) oraz bliskość morza. A także rozwinięta sieć pomocy dla imigrantów.

W dwóch ciasnych pokoikach należących do Cimade – najstarszej francuskiej organizacji pomagającej imigrantom – drzwi się nie zamykają. Jacques Ollion, kierownik tej lokalnej filii, co chwila odbiera komórkę. – Ludzie pytają nas wciąż o nocleg, bo w ośrodkach dla azylantów są miejsca tylko dla matek z dziećmi. Ledwie dajemy radę – wzdycha starszy mężczyzna w okularach.

Jacques Ollion tłumaczy, że jeszcze trzy lata temu Hiszpania nie była ważną drogą dla imigrantów z Afryki. Zmieniło się to diametralnie, gdy po dojściu do władzy populisty Mattea Salviniego Włochy zatrzymały napływ przybyszy spoza Starego Kontynentu. Podobnie postąpiła Turcja, blokując drugi dotąd popularny szlak do zachodniej Europy, tzw. szlak bałkański.

Ollion: – Nigdy żadne mury, druty kolczaste ani granice nie powstrzymały ludzi, którzy chcą za wszelką cenę opuścić swój kraj. U nas eksplozja nastąpiła dwa i pół roku temu. Imigranci zaczęli przybywać przez morze z Maroka do hiszpańskich enklaw w pobliżu Gibraltaru. Kiedy władze marokańskie wydały im wojnę, powstała nowa droga do Hiszpanii, prosto z Algierii. Na ogół wystarczą trzy-cztery godziny, żeby przy pomocy przemytników dostać się szybką łodzią, tzw. zodiakiem, z wybrzeży algierskich do Hiszpanii. Stąd docierają do Francji pociągiem, autobusem czy pieszo.

Wzmocnione kontrole

W rzece imigrantów wędrujących szlakiem hiszpańskim jest wielu nieletnich, pozbawionych opieki dorosłych. Według szacunków władz i organizacji pozarządowych, cytowanych przez agencję AFP, w całej Francji jest od 16 tys. do 40 tys. nielegalnych imigrantów poniżej 18. roku życia; liczni są zwłaszcza Marokańczycy.

Wielu z nich żyje na ulicy dużych miast i często wpada w siatki przestępcze zajmujące się handlem narkotykami i prostytucją. Co prawda we Francji wszystkim imigrantom bez opieki poniżej 18. roku życia przysługuje dach nad głową i wyżywienie – podobnie jak nastolatkom francuskim w identycznej sytuacji. Jednak w praktyce jest inaczej – głównie dlatego, że młodzi często nie mają dokumentów poświadczających ich niepełnoletność.

Od wielu miesięcy władze Hiszpanii i Francji naciskają na Maroko i Algierię, żeby za wszelką cenę powstrzymały napływ imigrantów z Maghrebu. W grudniu 2020 r. Francja podpisała z marokańskimi władzami umowę umożliwiającą przymusowe odsyłanie osób poniżej 18. roku życia bezpośrednio do Maroka w sytuacji, gdy mają opiekunów w swoim kraju. Wcześniej, w listopadzie, francuskie władze ogłosiły wzmocnienie kontroli na granicy z Hiszpanią. Oficjalnie w imię walki z terroryzmem i przemytem narkotyków; w praktyce chodzi głównie o zatrzymanie nielegalnej imigracji.

Aby wzmocnić kontrolę granicy hiszpańsko-francuskiej, ciągnącej się przez ponad 600 kilometrów wzdłuż Pirenejów, Paryż wysłał tu dodatkowe zastępy żandarmerii i policji oraz drony. Część dróg lokalnych zamknięto dla ruchu. Wprowadzono ścisłe kontrole na dworcu w Perpignan dla pasażerów superszybkiego pociągu TGV z Barcelony.

Prefekt departamentu Wschodnie Pireneje poinformował niedawno na łamach dziennika „Le Monde”, że codziennie tylko w tym jednym departamencie mundurowi odsyłają na hiszpańską stronę 40-50 imigrantów, którzy na terenie Francji znaleźli się nielegalnie. Ilu jest takich, którym udaje się przejść mimo kontroli, jak tej dwójce napotkanej przeze mnie? Tego nie wie nikt.

Jacques Ollion mówi, że do drzwi Cimade pukają najczęściej Algierczycy, którzy migrują w poszukiwaniu lepszego życia we Francji. Nie mają szans na azyl – o ile nie byli prześladowani z powodów politycznych czy z racji orientacji seksualnej. Próbują więc wtopić się w tłum i zostać bez papierów we Francji. Czasem potrafią przetrwać „w podziemiu” wiele lat.

Oprócz przybyszów z arabskiego Maghrebu w Perpignan najwięcej jest imigrantów z frankofońskiej Afryki Zachodniej, głównie z Gwinei, Senegalu i Mali. Liczni są też Albańczycy, Pakistańczycy i Afgańczycy. Przy pomocy takich organizacji jak Cimade starają się o azyl – z różnym skutkiem. Francuskie urzędy imigracyjne odrzucają około trzech czwartych podań o status uchodźcy.

Chrześcijanin czeka na decyzję

Zackary ma 28 lat i pochodzi z Czadu. Mieszka w Perpignan w ośrodku dla azylantów i studiuje prawo na uniwersytecie w Perpignan. Jego los jest nietypowy, bo w przeciwieństwie do wielu innych imigrantów nie ryzykował życia, żeby przybyć do Europy. Dzięki wizie studenckiej przyleciał samolotem z Czadu bezpośrednio do Paryża. Mówi, że musiał uciekać z kraju, bo grożono mu śmiercią. Powód: pochodzi z rodziny muzułmańskiej i nawrócił się na chrześcijaństwo. Dlatego złożył podanie o azyl we Francji. Na decyzję czeka już ponad rok.

Zackary: – Wielu imigrantów wyobraża sobie Europę niczym eldorado, a okazuje się ona dla nich pułapką. Lądują na ulicy na wiele miesięcy, jak ja sam w Paryżu, po przylocie z Afryki. Niektórzy chcą wrócić, ale nie mają już pieniędzy. Albo się wstydzą, że ich znajomi będą się z nich śmiać, że wracają z tego raju z niczym.

– Sam nie tracę czasu, bo studiuję – dodaje mężczyzna. – Ale jak skończę studia, wolałbym wrócić do Czadu. Choć pod jednym warunkiem: że nie będzie mi tam grozić nagła śmierć.

Podobnie jak 150 innych azylantów i uchodźców w Perpignan, Zackary korzysta z pomocy lokalnego stowarzyszenia Welcome To Migrants 66. Biorą udział w różnych zajęciach: sportowych, kulturalnych, kulinarnych. Dziś duża grupa, w tym kilka matek z dziećmi, pojechała na wycieczkę, zwiedzają malownicze miasteczko Collioure nieopodal Perpignan.

Sztafeta mieszkańców

Kandydaci do azylu, oczekujący na decyzję urzędu, dostają we Francji zasiłek miesięczny w wysokości ok. 200 euro miesięcznie (jeśli są zakwaterowani w ośrodku) lub ok. 430 euro (jeśli sami muszą znaleźć kwaterę). Jak na warunki francuskie, to bardzo mało; trzeba mieć dużo szczęścia, aby w mieście opłacić za taką kwotę mieszkanie i wyżywienie.

W praktyce zakwaterowanie dostają „z urzędu” samotne matki z dzieckiem i nieletni (jeśli udowodnią swój wiek). Pozostali imigranci trafiają czasem na bruk, bo ich zasiłek nie wystarcza na opłacenie kwatery. Dlatego organizacje z Perpignan uruchamiają, zwłaszcza zimą, tzw. sztafetę mieszkańców.

– Prawie zawsze znajdzie się ktoś, kto przenocuje na noc czy dwie ludzi w potrzebie – mówi Ollion. – Zdarzało się też – dodaje – że miejscowi anarchistyczni aktywiści włamywali się do pustostanów, aby wpuścić do nich imigrantów bez dachu nad głową.

Dotychczas władze przymykały na to oczy, przybysze mogli tak „przezimować” dwa-trzy lata. Teraz policja wkracza szybko do akcji i szybko rozprawia się ze squatterami.

Istotna zmiana nastąpiła osiem miesięcy temu, gdy stery miasta przejął Louis Aliot, polityk związany ze Zjednoczeniem Narodowym (wcześniej nosiło ono nazwę Front Narodowy), którym kieruje Marine Le Pen. W ten sposób Perpignan stał się jedynym francuskim miastem liczącym ponad 100 tys. mieszkańców kierowanym przez burmistrza ze skrajnej prawicy.

Świecki konserwatysta

Mieszkańcy mówią o nim: bezpośredni, łatwo z nim zagadać, troszczy się o zwykłych ludzi. Louis Aliot to dla nich swojak: pochodzi spod Pirenejów, mówi ze śpiewnym akcentem z południa i gra amatorsko w rugby, ulubioną dyscyplinę sportową tej części Francji.

Aliot wita mnie w swoim gabinecie, w marynarce i z modnym fularem.

– Polski dziennikarz? Współpracowałem z polskim eurodeputowanym, bardzo sympatyczny, jak on się nazywał: Kurek? Zurek? – zastanawia się głośno. Wreszcie okazuje się, że chodzi o Marka Jurka, prawicowego polityka, niegdyś marszałka Sejmu.

Nieco później Aliot zaznaczy: – Jesteśmy konserwatystami, ale nie takimi jak PiS czy partia Orbána. Kaczyńskiemu blisko do Kościoła, my jesteśmy partią bardzo laicką. Nawet jeśli bronimy tradycji chrześcijańskiej – mer przypomina, że w holu ratusza postawił, zgodnie z lokalnym obyczajem, żłobek bożonarodzeniowy, za co krytykowali go zwolennicy ortodoksyjnej laickości.

– W naszej partii mamy ludzi o pochodzeniu hiszpańskim, włoskim, polskim, nawet o korzeniach z Afryki Północnej. Nie ma z tym żadnego problemu. Bo nie ma Francji wielokulturowej, jest jedna kultura francuska. Republika to asymilacja. Jeśli nie będzie asymilacji, to republika zniknie – twierdzi Aliot.

Z zawodu adwokat, starannie dobiera słowa, unika skrajnych opinii. O nieletnich imigrantach mówi: „Ci biedni ludzie”. Słuchając go dziś, trudno uwierzyć, że przez 20 lat był oddanym współpracownikiem Jeana-Marie Le Pena, założyciela Frontu Narodowego. Tego samego, którego sądy skazywały wielokrotnie za rasistowskie wypowiedzi o imigrantach oraz za określenie komór gazowych jako „detalu” w historii II wojny światowej.

Przez ostatnią dekadę Louis Aliot był partnerem życiowym Marine Le Pen, córki Jeana-Marie, obecnej liderki ugrupowania. Ich związek zakończył się oficjalnie we wrześniu 2019 r. Choć się rozstali, Aliot oświadczył, że politycznie jest i zawsze będzie „marinistą”.

Pytany o „prywatną” Marine Le Pen, mer odpowiada mi, że to osoba „inteligentna, o silnym charakterze, odważna”, pod wieloma względami – zwykła kobieta.

– Ma silną więź ze swoją matką, z oddaniem zajmuje się trójką dzieci, dziś dorosłych, jej pasją są koty. Politycy to zwykli ludzie, a nie ufoludki, jak się niektórym wydaje – przekonuje.

Priorytety mera Aliota

W ciągu ostatnich lat Louis Aliot pracował nad poprawieniem złej, ekstremistycznej reputacji partii. Chce uchodzić za pragmatycznego gospodarza: jego priorytetem są – oprócz kluczowej dziś sytuacji epidemicznej – bezpieczeństwo i czystość w mieście oraz ratowanie gospodarki, a zwłaszcza lokalnego handlu.

Perpignan to jedno z najbiedniejszych i najbardziej zaniedbanych miast we Francji. Ponad jedna trzecia mieszkańców żyje poniżej progu ubóstwa. Kilka dzielnic – jak zabytkowy kwartał św. Jakuba – słynie z wysokiej przestępczości i handlu narkotykami.

Louis Aliot chwali się, że przez pierwsze pół roku rządów otworzył dwa nowe posterunki policji, wkrótce powstaną dwa kolejne. Wystarczy przejść się po centrum miasta, żeby napotkać co chwilę patrole policji na rowerach.

Jak pisał niedawno lokalny portal Made in Perpignan, w mieście rozgorzał konflikt między władzami departamentu (to odpowiednik powiatu), którym rządzą socjaliści, a władzami miejskimi Perpignan. Departament zakupił były hotel, aby urządzić w nim ośrodek dla nieletnich imigrantów. Aliot zaprotestował, bo pragnął otworzyć tam posterunek policji. Nie czekając na werdykt sądu administracyjnego, wysłannicy mera umieścili na opuszczonym budynku szyld „Policja”. Sprawa sądowa – jakże symptomatyczna dla francusko-francuskiej wojny o imigrantów – czeka wciąż na finał.

Czy Le Pen pokona Macrona?

Pytany przeze mnie o sytuację nieletnich imigrantów w Perpignan, mer Aliot rozkłada ręce: – W ośrodkach nie ma miejsca, a departament nie ma pieniędzy, żeby dalej płacić za ich noclegi w hotelach. Nasze samorządy są bardzo zadłużone.

To co robić? – Niech komuniści i socjaliści wezmą ich do siebie, do swoich domków górskich czy nadmorskich – ironizuje Aliot. To także aluzja do lewicowych władz departamentu, które go krytykują.

Jacques Ollion z organizacji Cimade potwierdza, że wraz z rosnącą liczbą nieletnich imigrantów budżet departamentu eksploduje. W tej sytuacji samorządy zmuszone są prosić o dofinansowanie z kasy państwa.

Louis Aliot uważa, że kryzys imigracyjny we Francji to w dużej mierze wina liberalnego prezydenta Emmanuela Macrona. – Rząd nie ma woli politycznej, aby rozwiązać problem z nielegalnymi imigrantami. Oni często zostają u nas bez papierów przez lata i robią, co chcą. Gdy Marine Le Pen zostanie prezydentem, to nadal będziemy przyjmować uchodźców, czyli tych, którzy są prześladowani w krajach ich pochodzenia. Ale tych, którym odrzucono wniosek o azyl, będziemy od razu odsyłać na zasadzie umów między Francją a drugimi krajami – podkreśla mer Perpignan.

Wypowiedzi Aliota wpisują się w kontekst trwającej już (nieformalnie) kampanii przed wyborami prezydenckimi, zaplanowanymi na wiosnę 2022 r. W tej chwili wiele wskazuje na to, że w drugiej turze powtórzy się pojedynek z 2017 r., gdy w decydującym starciu spotkali się Emmanuel Macron i Marine Le Pen. Wówczas ten pierwszy zwyciężył z dużą przewagą 66 proc. do 34 proc. Ale jak będzie za rok? Sondaż opublikowany przez tygodnik „L’Ex- press” w końcu stycznia wskazywał, że gdyby dziś doszło do starcia między Macronem i Le Pen, obecny prezydent wprawdzie wygrałby, ale większością w granicach błędu statystycznego: 52 proc. do 48 proc.

Sondaż przeraził „macronistów”. Prezydent zdaje sobie sprawę, że klimat niepewności wywołany epidemią sprzyja hasłom populistycznej prawicy. Większość francuskich komentatorów zauważa, że Macron od wielu miesięcy skręca na prawo, próbując walczyć o pozyskanie wyborców Marine Le Pen. To także, przynajmniej po części, tłumaczy zaostrzenie kursu polityki imigracyjnej przez obóz prezydencki.

Wychodząc z biura mera Perpignan, widzę na ścianie portret Emmanuela Macrona. Wyjaśnienie jest proste: nieformalna tradycja francuskiej republiki nakazuje umieszczać w urzędach zdjęcie urzędującego prezydenta.

Czy wiosną przyszłego roku w tym samym miejscu zawiśnie portret byłej towarzyszki życia Louisa Aliota? ©

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dziennikarz, współpracownik „Tygodnika Powszechnego”, tłumacz z języka francuskiego, były korespondent PAP w Paryżu. Współpracował z Polskim Radiem, publikował m.in. w „Kontynentach”, „Znaku” i „Mówią Wieki”.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 13/2021