Reklama

To nie są zajęcia z plastyki

To nie są zajęcia z plastyki

09.12.2019
Czyta się kilka minut
MAŁY WŁÓCZYKIJ KULTURALNY | Zwykle zaczyna od bazgrania w powietrzu. Prosi o naszkicowanie czegoś przed sobą. Dopiero później, gdy ręce się rozluźnią, ruchy staną się śmiałe i zamaszyste, a niepewność ustępuje zabawie, bazgroły zostają przeniesione na kartki.
Klaus Vedfelt/Getty Images.
T

To taka próba generalna. Możemy poćwiczyć bez obaw, że zrobimy coś nie tak – krzywo, niedokładnie. „Przecież ja nie umiem rysować”, „byłam kiepska z plastyki”, „a tak w ogóle to po co to robimy?” – częściej niż dzieci opór stawiają ich opiekunowie. Ale gdy tylko przestaną myśleć o szkolnych świadectwach i pozwolą sobie zrobić coś „bezsensownego”, spięcie ustępuje i bywa, że angażują się w prace bardziej od swoich pociech.

– Uparte dążenie do poprawności może wynikać z trudności z zaakceptowaniem własnych, czasem trudnych, emocji – tłumaczy Milena Ryznar-Żak, psycholożka i psychoterapeutka dziecięca, która od wielu lat wykorzystuje w pracy nie tylko rysunek i fotografię, ale też rzeźbę czy bajki terapeutyczne. – Zamiast dla siebie tworzymy dla kogoś, przyzwyczajeni, że to rodzic czy nauczycielka mają być zadowoleni. Tymczasem ważniejszy od efektu jest sam proces pracy. Arteterapia to nie są zajęcia z plastyki. Tutaj mamy czas na rzeczy, których nie robimy na co dzień.

Nie tylko teatr

Już w greckich asklepiejonach prócz krzepiącego snu zalecano pacjentom udział w widowiskach teatralnych. Dziś bez zdziwienia oglądamy na scenie weteranów wojennych, uchodźców czy więźniarki – teatr jest dla nich jednym z elementów wspomagających proces wychodzenia z traumy i depresji. Badania wykazały skuteczność arteterapii w leczeniu zaburzeń emocjonalnych, nerwic, uzależnień. Metoda sprawdza się w rehabilitacji osób przewlekle chorych. Ale aktywne uczestnictwo w sztuce, nie tylko teatralnej, przynosi rezultaty także w terapii dzieci. Pomaga pacjentom ze spektrum autyzmu i nadpobudliwości ruchowej (ADHD), poprawiając ich koncentrację czy umiejętność radzenia sobie w kontaktach społecznych. – Trudno mi zresztą wyobrazić sobie grupę, u której arteterapia nie miałaby zastosowania – mówi „Tygodnikowi” Ryznar-Żak, która prowadziła warsztaty w przedszkolach i szkołach, ośrodkach pomocy społecznej, współpracowała z organizacjami pozarządowymi.

Na muzeum jako miejsce stworzone do terapii pierwsi spojrzeli Brytyjczycy. Pionierem współczesnej arteterapii i twórcą tego terminu był Adrian Hill, nauczyciel sztuki. Hill był też pierwszym zatrudnionym w szpitalu arteterapeutą. Z biegiem lat trend podchwyciły Stany Zjednoczone i Kanada. Dziś w samym Montrealu kilkadziesiąt tysięcy osób rocznie korzysta z programu zajęć prowadzonych przez kilku pełnoetatowych muzealnych terapeutów. W Polsce zawód zarejestrowano w roku 2014, choć za twórczynię arteterapii rodzinnej uważana jest urodzona na początku XX w. psycholożka i rzeźbiarka, poliglotka (mówiła biegle siedmioma językami) Hanna Kwiatkowska. Po kilku latach spędzonych na warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych wyjechała za granicę, by studiować pod okiem niemieckiego filozofa Ericha Fromma i amerykańskiej psychoanalityczki Margaret Naumburg. Już w latach 70. brytyjska telewizja CNN przeprowadziła z Kwiatkowską wywiad na temat zastosowania rysunku w diagnostyce i pracy terapeutycznej z rodzinami. Jej amerykańskie studentki do dziś w pracach naukowych oraz podręcznikach arteterapii powołują się na Kwiatkowską, uznając opracowane przez nią metody za niezwykle przydatne.

Moja przestrzeń

Rodzice i dzieci pracują w parach nad jednym dużym arkuszem papieru. Mają do dyspozycji farby i – teoretycznie – tyle samo przestrzeni, na której każdy powinien zmieścić swoją część ilustracji. Mama i córka wybierają podobne kolory, ale zupełnie inną techniką nakładają farby. Dziewczynka maluje duże słońce, wokół kolorowe chmury. Niebo pulsuje, chmury wyraźnie odpływają poza przestrzeń kartki. Mama skupia się raczej na konkrecie – mostek, rzeczka, biedronki.

– Rodzinne zajęcia doskonale pokazują, jak funkcjonujemy we wspólnej przestrzeni, czy ktoś ma tendencję do tego, by zajmować jej więcej – mówi Ryznar-Żak. W rodzinach niepełnych, gdy rodzic wychowuje dziecko samotnie, czasem trudniej jest wyznaczyć jasne granice, uznać odrębność młodego człowieka. – Zresztą samo pojęcie granic może wydawać się dość abstrakcyjne – dodaje terapeutka. – Dopiero na papierze widzimy, że ktoś narzuca temat pracy, zajmuje więcej miejsca, że umowna kreska dzieląca wspólną przestrzeń została przekroczona. W ten sposób abstrakcja staje się konkretem. A rozmowa na temat rysunku jest bezpieczniejsza dla uczestników niż bezpośrednie omawianie relacji rodzinnych. Refleksja nad analogią między powstałym obrazem a procesami zachodzącymi w rodzinie przychodzi później.

Tym razem rodzice i dzieci nie mogą uzgodnić tematu pracy ani sposobu rysowania – porozumiewają się tylko na migi. Rysują na przemian, co jakiś czas zamieniają rolami, uzupełniając wzajemnie. – Powstrzymywanie się od rysowania podczas czasu przeznaczonego dla drugiej osoby samo w sobie jest ćwiczeniem wzajemnego szanowania swojej przestrzeni – wyjaśnia psycholożka. – To zresztą i tak łatwiejsze od powstrzymania się od przerywania drugiej osobie podczas mówienia, co często obserwuję podczas zadań bez obowiązkowej ciszy.

Na co jeszcze warto zwrócić uwagę podczas takiego ćwiczenia? – Sprawdźmy, czy nowe elementy rysunku wprowadzają obie osoby, czy może jedna z nich tylko uzupełnia, dorysowuje coś do tego, co stworzy druga – mówi ­Ryznar-Żak. – Można przyjrzeć się temu, ile miejsca zajmujemy na papierze. Czy dziecko po narysowaniu szuka u rodzica aprobaty? A może rodzic rezygnuje ze swojej „kolejki”, zerkając w telefon?

Glina, pierniki i farba z tubki

Aby być ze swoim dzieckiem bliżej, nie musimy jednak planować żadnych specjalnych zajęć. – Świetnie sprawdzą się wszelkie wspólne prace twórcze, poczynając od pieczenia pierniczków przed Bożym Narodzeniem, poprzez konstrukcje z klocków, po rysowanie wymyślonych krain – proponuje Ryznar-Żak. Dlaczego rozmiar rysunku jest tak ważny? – Sprawdza się szczególnie w przypadku dzieci nieśmiałych, zamkniętych w sobie, które zwykle nie lubią zajmować sobą zbyt wiele miejsca. Ośmielające są także wszelkie mniej precyzyjne narzędzia pracy – pastele, farby, najlepiej takie wyciskane z tubek. Może to dobry pomysł na świąteczny prezent? Dla dzieci introwertycznych, które mają problem z ujawnianiem trudnych przeżyć i emocji, takich jak złość, bardzo dobrym prezentem będzie z kolei glina. Brudzenie się jest bardzo terapeutyczne – śmieje się psycholożka.

– Czymś, co jest dla dziecka bardzo otwierające, a rodzicom daje dużo możliwości do pracy nad relacją, jest także wspólne stworzenie czegoś, z czego potem można zrobić opowieść – mówi Ryznar-Żak. To może być ilustracja przedstawiająca kilkoro bohaterów, zamek zamieszkiwany przez dinozaury albo domowy teatrzyk. – Dzięki temu poprzez zabawę dziecko rozwija swój wewnętrzny świat, a jeśli rodzic zechce w nim uczestniczyć, staje się jego częścią. Kiedy możemy być z dzieckiem w jego świecie, nasza relacja się bardzo pogłębia. Tylko pamiętajmy, by wyłączyć ocenę i oczekiwania dotyczące tego, jak mają wyglądać efekty naszych wspólnych działań. To nie są zajęcia z plastyki. ©℗

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Od 2018 r. związana z „Tygodnikiem Powszechnym”, moderatorka czytelniczej grupy dyskusyjnej Book's not dead. Pisze o najnowszej polskiej prozie oraz tematach społecznych. W 2019 r....

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zdjęcie podpisane "Okładka dodatku Włóczykij", chociaż to nie jest okładka dodatku Włóczykij ani nawet z grubsza jej nie przypomina. Jak się kliknie, to wyświetla się w osobnym oknie z podpisem "To nie są zajęcia z plastyki". A co to jest? Przecież nie opisane w artykule zajęcia terapeutyczne, podczas których dzieci rysują w parach wspólnie z rodzicami. Jeśli redakcja podejrzewa, że czytelnicy nie przeczytają artykułu bez obrazka, to dajcie jakiś mający związek z treścią, a jeśli się nie da, to nawet stockowe nie całkiem a propos, ale chociaż sensownie podpisane. Np. Klaus Vedfelt/Getty Images. Można dodać, że to jakaś szkoła w Kopenhadze, bo że dzieciaki mają zajęcia z plastyki, to widać. https://www.gettyimages.com/photos/klaus-vedfelt-classroom-painting
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]