Wysiadali z furgonetki na parkingu nad rzeką. Razem z nimi wysiadało czterech Świętych Mikołajów. Furgonetka miała rumuńskie numery. Wśród Królów, czy też Magów ze Wschodu, był jeden prawdziwie ciemnoskóry. Miał na sobie żółty kubrak, a na głowie czerwony turban. Jego biali koledzy nosili podobne stroje. Stali w kręgu razem z Mikołajami i rozglądali się niepewnie. Kulili się w deszczu. Kierowca rozmawiał z kimś przez telefon. Nie słyszałem języka, ale gestykulował wolną ręką i mówił bardzo szybko, więc chyba po swojemu. Stanąłem pod okapem kiosku z gazetami i nie mogłem oderwać wzroku. Melchior, a może Baltazar, wydobył ze zwojów swojego purpurowego stroju butelkę i puścił ją w kółko. Kacper po chwili ruszył w stronę bezlistnych krzewów rosnących na skraju parkingu. Jeden z Mikołajów poszedł za nim. Może wynajął ich któryś z supermarketów, może jechali dalej. Tamci wrócili, poprawiając stroje, teraz poszedł Melchior z Baltazarem. Reszta podawała sobie butelkę i paliła. Wśród burego deszczu wyglądali jak rajskie ptaki, jakby rzeczywiście przybyli z krainy tysiąca i jednej nocy. Kierowca skończył rozmawiać i zatrąbił. Wrócili do auta, furgonetka zawinęła na pustym placu i potoczyła się w stronę mostu. Patrzyłem za nią i powtarzałem w myślach litery i numery tablicy rejestracyjnej.
Gdyby był tutaj ze mną, na pewno rozpocząłby jakąś historię, jakąś opowieść. Cóż to dla niego rozszyfrować rumuńską rejestrację i zaraz sobie przypomnieć, co też takiego robił w tamtych stronach w osiemdziesiątym szóstym albo piątym. Patrzyłem na usmarowany zad białego forda albo volkswagena i mogłem jedynie wspominać tamto długie lato.
Nic się nie sprzedawało tego pierwszego dnia. Nasz kram przepadał w burdelu rozkładającego się lunaparku. Nikt nie wierzył, że sprzedajemy. Wszyscy myśleli, że to tylko wstęp do jakichś rozrywek, fanty na loterię albo gabinet fetyszystów. Zwyczajnie nie było nas widać spoza sterty żelastwa i plastiku. W dodatku Władek gdzieś przepadł. Zjawił się na chwilę, zabrał te swoje jelenie rogi i znowu przepadł. Nie mógł usiedzieć. Machał mi z daleka, bo czasem pojawiał się na placu. Coś szeptał z Markusem, z jego braćmi i znowu znikał. Ja wygrzewałem się po prostu w słońcu i cieszyłem z tego, że nie mam kaca. Zresztą on też już pewnie nie miał. Wcale nie chciałem brać udziału w tych jego wszystkich szybkich i zawikłanych interesach. Wyobrażałem sobie, że zamienia gdzieś te rogi na, powiedzmy, baranią skórę oraz specjalną maszynę do pędzenia wódki z gruszek i potem dostaje za to maszynę do podkuwania koni, parową krajalnicę do tytoniu, dwieście kilogramów bocianiego pierza, paści na niedźwiedzie, wagon dmuchanych lal i zwierząt dla cielesnych uciech, i dopiero gdy z tym wszystkim dojedziemy do jakiegoś Stambułu, zrobimy interes życia... Nie, chciałem być kierowcą. Od czasu do czasu mogłem pilnować straganu i wygrzewać się w słońcu. To mi wystarczało. Mogłem słuchać jego opowieści i myśleć, że to nie wspomnienia, ale plany na przyszłość. Tylko czarna terenówka nie dawała mi spokoju. Wyglądała źle i obco w tym bałaganiarskim i zniszczonym krajobrazie. Nie pasowała do miasteczka, nie pasowała do rumowiska lunaparku.
(Fragment powieści)
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















