Pierwsza konferencja prasowa Władimira Putina po jego wizycie w Korei Północnej – zorganizowanej w iście stalinowskim stylu – miała spotęgować presję wobec zachodnich stolic. „Zachodni politycy mówią, że ich celem jest nasza strategiczna porażka na polu boju. Dla Rosji oznaczałoby to koniec tysiącletniej historii jej państwowości. W tej sytuacji powstaje pytanie, dlaczego mielibyśmy się bać i czy nie lepiej iść do końca”.
Tych kilka zdań, wygłoszonych jakby bez emocji, było w istocie kolejną z – niezliczonych już – gróźb pod adresem USA i Europy. Rzecznik Kremla wprawdzie szybko przedstawił interpretację, że Putin miał na myśli „pełne osiągnięcie celów specjalnej operacji wojennej” (tj. podbicie Ukrainy). Jasne jest jednak, że dwuznaczność tych słów była zamierzona. Po tym, jak przez dwa dni Putin obściskiwał się z Kim Dzong Unem, miał to być sygnał, że jeśli Zachód nie odpuści, grozi mu moskiewsko-pjongjański sojusz dwóch dyktatorów, którzy mają broń atomową i są nieprzewidywalni, zdolni do wszystkiego.
SZERSZY OBRAZ | Dwa lata i cztery miesiące po tym, jak Rosja zaczęła inwazję, która miała trwać kilka dni, na Kremlu rośnie nerwowość. Ceremonialne zapewnienia, że sankcje nie działają, a gospodarka się umacnia, to propagandowe zaklinanie rzeczywistości. Przejawy słabości Rosji widoczne są w każdej sferze: od ekonomicznej, po jej kompleks wojskowo-przemysłowy. Wbrew zamierzeniom, podróż Putina do Pjongjangu pokazuje wiele, ale na pewno nie jego siłę.
Naturalne jest, że śledząc przebieg wojny, skupiamy się na codziennych doniesieniach z frontu. To sprawia jednak, że z oczu może zniknąć nam szerszy obraz. Dlatego warto przypominać, że Rosja wciąż jest daleka od zdobycia nawet całego Donbasu. Odkąd jesienią 2023 r. przejęła znów inicjatywę, zacięte walki skutkują dziesiątkami tysięcy zabitych żołnierzy rosyjskich (i niestety także wielu ukraińskich). Mimo to jej sukcesy na różnych odcinkach sięgają kilkunastu, maksymalnie dwudziestu kilku kilometrów.
„Rosyjska armia podobna jest dziś do oddziału partyzanckiego. Żołnierze ubierają się za pieniądze swoje i swoich rodzin, gdyż jakość umundurowania, które dostają, do niczego się nie nadaje” – te słowa obiegły niedawno Rosję, a ich autorem był generał rosyjski: Władimir Szamanow, deputowany Dumy, wcześniej dowódca wojsk powietrznodesantowych. Dodał, iż duża część Rosjan nie jest świadoma, że ich kraj jest w stanie wojny.
Rosyjskie problemy są rzecz jasna pozytywną wiadomością. Ale to za mało, aby Kijów wygrał tę wojnę.
PRÓBA AUDYTU | Zbliżający się szczyt NATO w Waszyngtonie, zaplanowany na 9-11 lipca, to okazja, by dokonać audytu polityki Zachodu (a przynajmniej jego kluczowych państw) wobec tej wojny i wobec Rosji. Zostawiając przez chwilę na boku różne jego konteksty (o tym za chwilę), przejdźmy od razu do wniosku głównego. Brzmi on: wsparcie Zachodu dla Ukrainy jest na takim poziomie, że w gruncie rzeczy ma służyć niedopuszczeniu do jej klęski, a zarazem stworzeniu warunków do negocjacji Kijów–Moskwa (z nadzieją, że piętrzące się problemy Rosji w końcu ją do tego zmuszą).
Problem w tym, że po prawie dwóch i pół roku zmagań nic nie wskazuje, by taki scenariusz miał się zrealizować.
W głównych stolicach zachodnich zawsze dominowało myślenie, że negocjacje są lepsze niż wojna. Co do zasady to oczywiście pogląd słuszny. Cóż jednak zrobić, skoro w praktyce Moskwa nie jest zainteresowana rozmowami, skoro od 24 lutego 2022 r. cały czas dąży do rozstrzygnięcia militarnego – takiego, które zbuduje jej pozycję do podyktowania Ukrainie i Europie swoich warunków?
Przedstawiając niedawno ofertę nazwaną pokojową, Putin pokazał kolejny raz, że chce zarówno zwasalizowania całej Ukrainy (tej, która zostanie po zalegalizowaniu rosyjskich aneksji; to jeden z warunków „oferty”), jak też wywrócenia międzynarodowego ładu w Europie.
SZCZYT (NIE)POKOJOWY | Zorganizowany w połowie czerwca w Szwajcarii „globalny szczyt pokojowy” słusznie nie podjął żadnego z rosyjskich postulatów. Bardziej przypominał on zresztą mityng polityczny niż negocjacje w sprawie zakończenia wojny.
Nie było zresztą z kim negocjować, bo Rosja nie została zaproszona, a program spotkania ograniczono do kwestii bezpieczeństwa ukraińskich elektrowni atomowych, eksportu ukraińskiej żywności, wymiany jeńców i powrotu dzieci wywiezionych do Rosji. Kijowowi chodziło tu bowiem o zapewnienie szerokiej obecności państw Globalnego Południa (politycy zachodni i tak przybyli), co byłoby niemożliwe, gdyby rozmowa dotyczyła wycofania wojsk rosyjskich czy ukarania winnych zbrodni wojennych.
Mimo maksymalnego odciążenia programu, wiele ważnych państw i tak albo odmówiło przyjazdu (Chiny), albo przysłało przedstawicieli niskiej rangi (m.in. Indie, RPA, Arabia Saudyjska), którzy nie podpisali deklaracji końcowej, bardzo zresztą „niewinnej”. O tym szczycie, wymyślonym przez Kijów i wspieranym przez Zachód, można powiedzieć wszystko, ale nie to, że przybliżył koniec wojny. Czego zatem zabrakło?
CZERWONE LINIE | Jeśli prześledzimy politykę Zachodu wobec wsparcia militarnego Ukrainy, w oczy rzucają się jej liczne samoograniczenia. W pierwszych miesiącach inwazji trwały dyskusje, czy wysyłać systemy artyleryjskie Himars. Potem wątpliwości dotyczyły dostaw czołgów produkcji zachodniej, systemów przeciwlotniczych Patriot, myśliwców F16, rakiet ATACMS, a potem zasięgu dostarczanych już ATACMS-ów. Najnowszym przejawem tych samoograniczeń były publiczne rozważania Waszyngtonu i Berlina, czy pozwolić Ukraińcom, aby przy użyciu amerykańskiej i niemieckiej broni atakowali cele na terenie Rosji.
Koniec końców, po dłuższych lub krótszych debatach w każdym z tych przypadków Stany i inne kraje NATO rozstrzygały na korzyść Kijowa. Ale zanim to nastąpiło, efektem (zbyt) długich wahań była utrata przez Ukraińców czasu, co bezlitośnie wykorzystywali Rosjanie.
Te „czerwone linie”, które Zachód sam na siebie nakładał, wynikały – i wciąż wynikają – ze strachu przed tym, co zachodni politycy nazywają „eskalowaniem konfliktu”. Z takim podejściem trudno jest wygrać wojnę.
GRA STRACHEM | Kreml doskonale rozumie te emocje i rozgrywa je, co chwila strasząc zachodnie elity i społeczeństwa. Szczególnie skutecznym straszakiem jest arsenał jądrowy. Rosjanie widzą, że nie ma lepszego narzędzia niż grożenie nuklearnym armagedonem i związana z tym psychologiczna presja.
Teraz, przed szczytem NATO w Waszyngtonie, Kreml postanowił aktywizować swoje tradycyjne instrumenty, aby nikomu na „poważnym Zachodzie” nie przyszło do głowy, by słuchać „niepoważnych” Bałtów, Polaków czy Skandynawów, gdy przekonują, że Ukraina powinna otrzymać jasny sygnał co do jej przyszłego członkostwa w Sojuszu. Taki sygnał mógłby być początkiem końca strategicznej niejednoznaczności co do miejsca Ukrainy w zachodnim systemie bezpieczeństwa.
Skoro jednak Waszyngton i Berlin są przeciwne nawet temu, by Sojusz wypowiedział Akt Stanowiący NATO-Rosja z 1996 r., który reguluje (a właściwie regulował) wzajemne stosunki, tym bardziej trudno liczyć na odważne powiedzenie, że Ukraina zaczyna nieodwracalny proces integracji euroatlantyckiej. Moskwa może zacierać ręce – i interpretować to jako zachętę do dalszego działania.
DWOISTE PODEJŚCIE | Aby nie powstał zbyt pesymistyczny obraz polityki Zachodu wobec Rosji, przyznajmy: skutkiem tej wojny jest też przekonanie – coraz mocniej rozpowszechnione – że putinowski reżim to zagrożenie fundamentalne.
Nawet jeśli niektórzy przedstawiciele elit zachodnich nadal bredzą o „kompromisie” (de facto kosztem ukraińskich ustępstw, także terytorialnych) lub o „zamrożeniu” wojny, do większości decydentów zdaje się docierać diagnoza (w Polsce oczywista), że upadek Ukrainy – lub choćby znaczące przesunięcie linii frontu na korzyść Rosji – oznaczałyby strategiczną klęskę świata Zachodu (kompromitującą zwłaszcza dla Stanów). Rośnie też świadomość, że nie da się zbudować bezpieczeństwa Europy bez bezpiecznej Ukrainy.
Mimo to podejście wielu najważniejszych państw Zachodu, w tym USA i Niemiec, pozostaje dwoiste. Z jednej strony mamy publiczną retorykę o „wspieraniu Ukrainy tak długo, jak to będzie konieczne” – o czym mówili wiele razy prezydent Biden i kanclerz Scholz, a co ostatnio wybrzmiało w komunikacie po spotkaniu grupy G-7 we włoskiej Apulii.
Z drugiej strony jednak istnieje też wymiar myślenia niezwerbalizowanego do kamery. Zakłada on, że odzyskanie przez Ukrainę straconych terytoriów jest niemożliwe, i że tak czy inaczej niezbędne będą jakieś negocjacje ukraińsko-rosyjskie. Wydaje się, że zakłada to też Kijów, skoro na kolejny „szczyt pokojowy” (nie wiadomo, kiedy i gdzie się odbędzie) mieliby zostać zaproszeni także przedstawiciele Rosji.
Z POZYCJI SIŁY | Tymczasem jeśli Zachód chce być skuteczny – także w ewentualnych rozmowach z Moskwą – musi być bardziej aktywny. Musi narzucać Rosji agendę, a nie tylko reagować na jej działania.
To z kolei wymaga uświadomienia sobie, że w tym największym od 80 lat konflikcie zbrojnym w Europie chodzi nie tylko o Ukrainę, lecz w równym stopniu o stabilność, bezpieczeństwo i suwerenność świata Zachodu. Ostatnie lata bezwzględnie udowodniły, że ułudą jest przekonanie o możliwości pokojowej koegzystencji z reżimem Putina. Ten patrzy na Europę przez pryzmat gry o sumie zerowej, gdzie są tylko wygrani i przegrani.
Aby być skutecznym, Zachód musi też kierować do Moskwy taki przekaz, który wpisze się w rosyjską kulturę strategiczną – bo tylko wtedy będzie zrozumiany. A zatem z Kremlem rozmawiać należy z pozycji siły i bez nakładania na siebie jakichkolwiek samoograniczeń. Nic bowiem nie prowokuje Rosji bardziej niż polityka nieprowokowania Rosji.
Banalne, ale adekwatne jest stwierdzenie, że wynik tej wojny zależy także od tego, czy Zachód „ogarnie się” na tyle, by zachował stabilność wewnętrzną. Nie dopuszczając też do przejęcia władzy przez siły antysystemowe, które mają inny (najczęściej skrajnie naiwny) punkt widzenia na Rosję. I są wielką nadzieją Kremla.
Towarzyszyć temu musi systemowe wsparcie Ukrainy, militarne i finansowe. Bez tego utrata kolejnych terytoriów będzie kwestią czasu. Obecne strategiczne niezdecydowanie musi zostać zastąpione przez strategiczną odwagę zmierzenia się z wyzwaniem, które Kreml rzuca światu zachodnich norm i wartości.
OPÓR MIMO WSZYSTKO | Wróćmy na front. W kolejnych miesiącach ukraińska obrona prawdopodobnie nie załamie się. Warunki są niezmiennie bardzo trudne, choć dostawy z nowego pakietu amerykańskiego i początek dostaw w ramach czeskiej inicjatywy amunicyjnej znacząco poprawiły sytuację obrońców. Rosja szuka więc sukcesu, demolując infrastrukturę energetyczną. Zima 2024/25 może być wyjątkowo trudna. Aby wróg nie wyrządził dalszych zniszczeń, niezbędne są szybkie dostawy systemów obrony powietrznej.
Barbarzyńska rosyjska polityka wciąż wywołuje wśród Ukraińców bardziej nienawiść do Rosji niż załamanie się ducha obrony (na co ciągle liczy Kreml). Jeden przykład: według niedawnych badań polskiej i ukraińskiej młodzieży w grupie 18-26 lat, przygotowanych przez warszawskie Centrum Mieroszewskiego, dwa razy więcej młodych Ukraińców (54 proc.) niż Polaków (27 proc.) patrzy optymistycznie na przyszłość swojego kraju.
BEZ ZŁUDZEŃ | A co wydarzy się w perspektywie dłuższej niż kilka miesięcy? Jak zawsze przy prognozach, odpowiedź musi brzmieć: to zależy. Mimo ogromnego zmęczenia, problemów mobilizacyjnych, socjalnych, energetycznych i innych, najmniej obaw można mieć o Ukraińców. Dla nich to egzystencjalna wojna o wszystko. Każdy inny scenariusz niż kontynuowanie obrony byłby dla nich gorszy.
Więcej zależy zatem od Zachodu: ten musi w końcu zdać sobie sprawę ze swojego potencjału i zdobyć się na odwagę, aby go użyć. Do tego niezbędne jest, by dojrzeć – bez różowych okularów i myślenia życzeniowego – w jakim miejscu strategicznie jesteśmy. Oraz co jest stawką tej wojny. Bo skutki klęski Ukrainy wykraczałyby dalece poza jej granice. Oznaczałyby także klęskę demokratycznego systemu zachodnich wartości – i zwycięstwo modelu, który reprezentują dyktatury typu rosyjskiego i chińskiego.
Autor jest dyrektorem Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















