Reklama

Syndrom zaginionej puenty

Syndrom zaginionej puenty

08.06.2010
Czyta się kilka minut
Reżyserzy korzystający z dobrodziejstw dotacji, oddani pod artystyczną opiekę autorytetów, zalali festiwal półproduktami, ledwo rozwiniętymi pomysłami.
Krakowski Festiwal Filmowy
S

Smokom i lajkonikom stuknęła pięćdziesiątka. Kiedy na pierwszym krakowskim festiwalu w 1961 roku Kazimierz Karabasz dostawał nagrodę za "Muzykantów", polski dokument wciąż szukał własnego języka. Esencjonalne dla tej gałęzi kinematografii pytanie o relację między etyką a estetyką wynikało nie tylko ze świadomości istnienia niepisanego kodeksu dokumentalisty, ale i z konkretnej sytuacji ekonomicznej. Filmy robiło się dłużej, taśma była cenniejsza, więc i autor dwa razy pomyślał, zanim coś na niej utrwalił. Dziś, gdy za sprawą technologii cyfrowej i instytucjonalnych programów wsparcia debiutanci i młodzi filmowcy mogą kręcić szybko i tanio, takie pytania zadaje się sporadycznie. Paradoksalnie, pozostający w bliskich relacjach ze starszym pokoleniem dokumentalistów młodzi cierpią na chorobę sierocą - są zagubieni, nie wiedzą, o czym chcą opowiadać, lekceważą logikę wypowiedzi, mają problemy ze stylem. W Krakowie przeciwwagą dla ich nieudolnych prób mogły być produkcje zagraniczne. Nie były. Rozciągały do pełnego metrażu "krótkometrażowe" pomysły, zaś w krótkich formach obnażały brak jakiegokolwiek pomysłu.

Ojcowie, synowie, Czerwoni Khmerzy

W konkursie dokumentalnym królowały fotogeniczne ekstrema - nepalskie dzieci wąchały klej ("Wilczki"), rosyjscy robotnicy wegetowali w ciasnych klitkach ("Sania i Wróbel"), portorykański diler narkotyków przechodził duchową przemianę ("Islam jest cool"), a boliwijska dziewczyna, aby ukryć swoją ciążę przed bliskimi, uciekała z kraju ("Opiekunka"). Z powierzchownych filmów płynęły powierzchowne wnioski: bogaci wyzyskują biednych, bo taki jest kapitalizm ("Ludzie z City"), a tam, gdzie jego macki nie sięgają, życie toczy się w rytmie owczych pieśni ("Marysina polana").

Laureaci 50. Krakowskiego Festiwalu Filmowego

W międzynarodowym konkursie filmów krótkometrażowych:

Nagroda Złoty Smok dla najlepszego filmu -  Jakub Stożek "Poza zasięgiem"

Srebrny Smok dla najlepszego filmu dokumentalnego - Jay Rosenblatt "W mroku"

Srebrny Smok dla najlepszego filmu fabularnego - Ruben Östlund "Incydent w banku"

Srebrny Smok dla najlepszego filmu animowanego - Tim Trawers Hawkings "1000 głosów"

W międzynarodowym konkursie filmów dokumentalnych:

Złoty Róg dla najlepszego filmu dłuższego niż 60 minut - Kaleo La Belle "Życie jest gdzie indziej"

Złoty Róg dla najlepszego filmu w kategorii 30-60 minut - Andrey Gryazev "Sania i Wróbel"

Srebrny Róg za szczególne walory artystyczne w kategorii powyżej 60 minut - Rob Lemkin i Thet Sambath "Wrogowie publiczni"

Srebrny Róg za szczególne walory artystyczne w kategorii 30-60 minut - Marc Isaacs "Ludzie z City"

W Konkursie polskim:

Złoty Lajkonik za najlepszy film - Julia Ruszkiewicz i Karolina Bielawska "Warszawa do wzięcia"

Srebrny Lajkonik za najlepszy film dokumentalny - Igor Chojny "Seans w kinie Tatry"

Srebrny Lajkonik za najlepszy film fabularny - Kuba Czekaj "Ciemnego pokoju nie trzeba się bać"

Srebrny Lajkonik za najlepszy film animowany - Bartek Kulas "Millhaven"

Nagroda publiczności - Marcin Koszałka "Deklaracja nieśmiertelności"

(GN)

Honor konkursu uratowały dwa filmy. W nagrodzonych Srebrnym Rogiem "Wrogach publicznych" obserwujemy rozwój związku między kambodżańskim reporterem śledczym Thetem Sambathem a Nuonem Chea, "Bratem Numer Dwa" w szeregach Czerwonych Khmerów. Kierujący się osobistymi pobudkami (na Polach Śmierci zginęła jego rodzina), dziennikarz przez siedem lat zdobywał zaufanie ideologa zbrodniczego reżimu. Jego działaniami nie kierował gniew, tylko ciekawość, a celem nie była zemsta, lecz wiwisekcja komunistycznego systemu. Los sam przyniósł zadośćuczynienie, bo właśnie tym wydaje się w filmie Roba Lemkina widok skruszonego, przepraszającego Nuona.

Z kolei zwycięskie "Życie jest gdzie indziej" Kalea La Belle’a pokazuje cud, który może zdarzyć się chyba tylko w kinie faktu. Oto potomek dzieci-kwiatów, urodzony na hawajskiej wyspie, zabiera kamerę i wyrusza na spotkanie z ojcem, który opuścił go w dzieciństwie. Marzy mu się Wielka Narracja o winie i odkupieniu, gniewie i przebaczeniu, epicka historia drogi, a jednocześnie kameralna psychodrama. Kiedy jednak spotyka ojca, ten krok po kroku, bez wysiłku, sabotuje jego plan. W przerwie między skrętem z marihuany a haszyszowym ciasteczkiem wykłada mu swoją filozofię wolności. Dzieci nie są na szczycie jego hierarchii priorytetów, ważniejsze są rowerowe wycieczki, narkotyczne jazdy i duchy lasu. Zapowietrzonemu synowi powie ze stoickim spokojem, że "przeszłości nie da się zmienić", a potem każe mu się wyluzować. Ostatecznie, stary wagabunda ratuje dzieło La Belle’a. Nie pozwala autorowi konstruować wywodu na bazie prostych opozycji, nie wchodzi w przeznaczoną dla siebie rolę kozła ofiarnego. Jego libertyńska retoryka ma tu prawdziwie rebeliancką moc. Wyzwala film z okowów banału.

Międzygeneracyjne tarcia i rodzinne konflikty były zresztą jednym z popularniejszych tematów. W "Najgorszej firmie na świecie" nadgorliwy specjalista od reklamy postanawia na nowo ułożyć życie swojemu ojcu i ratować jego podupadającą firmę. W "Ucieknijmy od niej" Marcin Koszałka kontynuuje bolesną autoterapię, w którą tym razem włącza siostrę.

Totum pro parte

Oglądając filmy krótko- i średniometrażowe łatwo było o wniosek, że PISF wyświadczył młodemu kinu niedźwiedzią przysługę. Reżyserzy korzystający z dobrodziejstw dotacji, oddani pod artystyczną opiekę autorytetów, zalali festiwal półproduktami. Ledwo rozwiniętymi pomysłami, utworami cierpiącymi na syndrom "zaginionej puenty" - niedokończonymi, nieprowadzącymi do żadnego rozstrzygnięcia, przypominającymi eksplikacje większych projektów. Formalnie nieciekawymi i myślowo banalnymi. W desperackiej pogoni za "pulsem współczesności" chwytali się tematów wyeksploatowanych przez media. A to tropili demona zaklętego w internecie ("Real"), to znów lamentowali nad smutnym losem imigrantów ("Hanoi-Warszawa"), by za chwilę bezrefleksyjnie podglądać patologie obcej kultury ("Przyrzeczona"). Jerzy Bossak uczył swoich studentów, że z jednostkowej historii powinno się wyciągać uniwersalne wnioski. Dziś zamiast pars pro toto, mamy totum pro parte. Wszelkie "wycinki świata" konstruowane są na bazie medialnych ogólników.

Oczywiście, zdarzały się wyjątki. Nagrody dla krótkich i średnich metrażów (polskich i zagranicznych) przyznano sprawiedliwie. "Warszawa do wzięcia" to opowiedziana z taktem i wdziękiem historia kilku wiejskich dziewczyn, próbujących ułożyć sobie życie w stolicy. Prawdziwa gwiazda kompaktowych form, Jakub Czekaj (druga nagroda w Krakowie z rzędu!), odebrał kolejny laur za "Ciemnego pokoju nie trzeba się bać". Trzydziestominutowa fabuła przedstawia rozpad pewnej rodziny i oparta jest na oryginalnym, estetycznym koncepcie - sceny w domowym zaciszu obserwujemy najczęściej z perspektywy przechodnia, zaglądającego do środka przez okna, oddzielonego od ekranowej "prawdy" grubą szybą. Formalnym cackiem była animacja "Millhaven" - ilustracja ponurej ballady Nicka Cave’a, wyśpiewanej przez Katarzynę Groniec. Klnący jak szewc, zmęczony życiem kiniarz z "Seansu w kinie Tatry" na nominację do nagrody Instytutu raczej liczyć nie może, ale w roli wabika na publiczność nie miał sobie równych. Szkoda, że przy rozdzielaniu laurów pominięto drugi film Marcina Koszałki, "Deklarację nieśmiertelności". Utwór ten odwraca narracyjny schemat, polegający na opowiadaniu o górach w konwencji mistycyzującej impresji. Dla bohatera, ikony polskiej wspinaczki wysokogórskiej, Piotra "Szalonego" Korczaka, skaliste szczyty to przede wszystkim tor przeszkód i wyzwanie dla ciała.

Utyskiwałem w zeszłym roku na strategię komponowania zestawów konkursowych. Wydawało mi się, że logistycznie kiepską decyzją było umieszczanie w tych samych blokach animacji, fabuł i dokumentów. Przyznaję, że się pomyliłem. Oglądanie takiego miksu jest o tyle ciekawe, że jak na dłoni widać wtedy szlaki myślowe, którymi podążają adepci krótszych form. Krakowska impreza to wciąż jeden z lepiej zorganizowanych festiwali w kraju. Seanse z reguły odbywają się planowo, ceny karnetów plasują się poniżej średniej, cykle poboczne (w tym roku m.in. kino izraelskie, okolicznościowe zestawy najlepszych filmów w historii festiwalu i kolejna odsłona świetnego cyklu Sounds of Music) nie sprawiają wrażenia doklejonych na siłę. Koniec końców, o sukcesie bądź porażce decydują jednak twórcy oraz ich filmy. "Mam ręce, więc sobie kręcę" - gdyby nie pojedyncze erupcje reżyserskiego talentu, credo tegorocznej imprezy brzmiałoby właśnie tak.

50. Krakowski Festiwal Filmowy, 31 maja - 6 czerwca 2010.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]