Święto niepodległości

Jak boje kołyszące się na niezmierzonych łanach złotej pszenicy i połaci kwitnących po horyzont kartoflisk – biało-czerwone flagi. Codziennie widziałem ich setki.
Czyta się kilka minut
 / DOMENA PUBLICZNA
/ DOMENA PUBLICZNA

Zatknięte w grunt znaki, że tą ziemią władają nie tylko żywioły pór roku, ale państwo i prawa człowieka. Po prawdzie nie była to nasza biel ani tym bardziej czerwień, bo pasy pionowe, a pośrodku klonowy liść. Szukając dobrego wina nad jeziorem Ontario, trafiłem akurat na moment patriotycznego samozachwytu kanadyjskich prowincji. Na każdej werandzie i każdym w miarę prostym słupie flaga na cześć 150. urodzin państwa, które – choćby z racji tego, że podlega symbolicznie brytyjskiej królowej i nie posiada własnej głowy – nie przejawia na co dzień wzmożenia znanego ze zbuntowanych przeciwko koronie Stanów za południową granicą.

Państwowa sieć sklepów monopolowych zarządziła w tych dniach zniżkę na bąbelki, żeby każdy pełnoletni obywatel mógł uczcić jubileusz niepodległości klonowego kraju. Gdyby tak nasze państwo potrafiło zdobywać się na równie radosne gesty i np. co roku ogłaszać zwolnienie z akcyzy lub inną porządną ulgę na zakup flaszki 11 listopada... szczególnie za rok, kiedy stuknie odrodzonej Polsce setka: wprost nie wypada, aby tego dnia ktokolwiek bez wyraźnych przeciwskazań od lekarza lub spowiednika chodził tak zupełnie trzeźwy.

Ale to marzenia ściętej głowy: w przeciwieństwie do wielu protestanckich krajów wódką handlować może u nas byle kto na prawie każdym rogu ulicy, ale mimo to pozostaje ona czymś brudnym i podejrzanym, a radosna biesiada przynależy do imaginarium pospólstwa. Pieśni, jeśli już, to podniosłe i brzemienne w treści, nigdy nazbyt wesołe. „Panie, jak ludzie szastają najwyższymi tonami o byle gówno, to pojęcie przechodzi. Nie – nic z tej Polski nie będzie, dokąd nam nie zlezie z mózgu właśnie ona. Polskę zabija przede wszystkim Polska” – złościł się sześćdziesiąt parę lat temu Andrzej Bobkowski w liście do Jerzego Giedroycia.

Może na tym polega ta szczególna lekkość, wyczuwana przez przybysza w kraju, którego historia jest ledwie dwa razy dłuższa od przeciętnego życia jego mieszkańca. Gdzie energia osobniczej pamięci płynąca pionowo z głębi własnej rodziny albo grupy jest dłuższa niż poziome linie kreślące tożsamość przekraczającą podziały etniczne. Trudno, żeby taki kraj o rozmytych rysach właził człowiekowi na mózg, ale może narobić bałaganu w żołądku.

Długie trwanie odrębnych, istniejących obok siebie tradycji jedzeniowych to w kontekście amerykańskim dobrze opisany banał. Przecudowny przykład wyszperałem na kuchennej półce w jednym z domów, gdzie przyszło mi mieszkać: jego pani była absolwentką kolegium, które na jakąś swoją rocznicę wydało składkową książkę kucharską absolwentek. Każda nadesłała jeden przepis z komentarzem, było tego w sumie ze dwieście. Od Indii po Włochy, od Grecji po Izrael, ale jak na elitarną szkołę przystało, grubo ponad połowę stanowiło żarcie angielskie, nordyckie, ale i niemieckie: ponieważ Niemcy, ostracyzowani zwłaszcza po I wojnie, zostali „zniknięci” z mozaiki narodowościowej, zbyt łatwo zapomina się, jak wszechobecne są ślady ich obecności. Jeden ze sławniejszych rdzennie amerykańskich wynalazków kuchni domowej – mac’n’cheese – to makaron z mięsnym sosem podpatrzony u Włochów przez niemieckich sąsiadów i przerobiony na ichni sposób – czyli pływający w pulpie i zamulony niestrawną ilością tłustego sera, zapieczonego od wierzchu na złotą skorupę. Tego żaden Włoch by nie wymyślił.

Są też interakcje i zazębianie o wiele bardziej sexy. Chociaż może to słowo nie oddaje pierwszego wrażenia w sklepiku prowadzonym przez mennonitki, odziane w ciemne, bezkształtne giezła i czepki. Prawdziwy małomiasteczkowy spożywczak jest dla mnie wart więcej niż dwie godziny zwiedzania zabytków, uważnie więc myszkowałem na półkach. W porządnie zaopatrzonej witrynie z wędlinami dostrzegłem nagle Polish ham kolbassa, jej wygląd jednak świadczył o tym, że wyszła spod rąk masarza o germańskiej formacji zawodowej, zgodnie z pochodzeniem mennonickiej wspólnoty. O tym, gdzie się uczył zawodu facet, który pierwszy wymyślił, by tłustą, barwioną pomidorami na bordowo mielonkę zwać bologna na cześć bolońskiej mortadeli, tego doprawdy nie wiem. W miejscowości Wilno, będącej wbrew nazwie kolebką kaszubskiego osadnictwa, zjadłem w knajpie mającej pretensje do polskości ruskie pierogi, w których w miejsce twarogu wsadzono cheddar, będący ukłonem w stronę smaku uformowanego przez wyżej wspomnianą zapiekankę... Zresztą, czy prawdziwy Kaszub wie, co to ruskie?

Ale w sumie po co dociekać? Co Amerykanin łączy i miesza, Europejczyk chciałby na siłę znów dzielić. „Jest pan takim samym inteligentem słowiańskim jak wszyscy” – usłyszał od Giedroycia w odpowiedzi Bobkowski. Kupuję na lotnisku jego ulubioną whisky Canadian Club i wracam się dusić we własnym sosie. ©℗

Ileż ja się naczytałem przez te dni przepisów na dania biało-czerwone! Wystarczy pomysłów, żeby obsłużyć z 10 festynów trzeciomajowych. Nawet pudding ryżowy przetykany malinami nabierał patriotycznej wymowy, że nie wspomnę o koreczkach z arbuza i fety. Jeśli kto chciałby zrobić Great Canadian Heinz Ketchup Cake (czerwone ciasto proszkowe przekładane kremem z serka filadelfia i wanilii), to służę przepisem na osobności, takich bezeceństw nie wolno czynić publicznie. Ale za to chętnie podzielę się pomysłem na genialny sos do sałaty: dwie części pasty sezamowej (tahini), po jednej części syropu klonowego i octu jabłkowego (lub nieco więcej do smaku). Nauczyłem się go od Niemki zamężnej ze Szkotem, gdy oboje zaprosili mnie do domu na pizzę z ceglanego pieca, która smakowała, jakby ją piekło trzech Włochów.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 31/2017