Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Stulecie narodzin i śmierci

Stulecie narodzin i śmierci

21.10.2012
Czyta się kilka minut
Oriana Fallaci, Kapelusz cały w czereśniach Nie pierwszy raz autorka zawiera z odbiorcą pakt autobiograficzny: obiecuje opowieść o sobie, ale daje taką, która manipuluje dosłownością i tajemnicą.

„Dawno, dawno temu w Chianti” – tak mogłaby się zaczynać ostatnia powieść Oriany Fallaci. Realistyczna baśń o przodkach splata awanturnicze perypetie hardych ludzi z historią połowy Europy. Nikogo nie rozlicza, wszystkim współczuje.

To jest książka „z premedytacją” pisana jako finalne dzieło i świadomie przeznaczona do wydania już po śmierci autorki. Oriana Fallaci zaczęła pracować nad „Kapeluszem całym w czereśniach” w połowie lat 90., kiedy krewni zaczęli się starzeć i odchodzić wraz z rodzinnymi legendami, a dziennikarka poznała diagnozę lekarzy dotyczącą niej samej: rak. „Kiedy oto przyszłość stała się krótka i przelatywała mi przez palce nieuchronnie jak przesypujący się w klepsydrze piasek, często zdarzało mi się rozmyślać o mojej przeszłości – szukać w niej odpowiedzi, z którymi wypadało umrzeć” – tak zaczyna się saga, która w pewnym momencie miała nosić tytuł „Mijanie w czasie”. Jest to hołd oddany tym, z którymi autorka rozminęła się w metrykach, ale także próba spełnienia własnego marzenia o zapisaniu pamięci totalnej.

Po chłodnym przyjęciu powieści „Inszallah” i wieści o chorobie, Fallaci milczała przez dekadę. W wywiadzie udzielonym NBC News tuż przed decyzją o wycofaniu się z życia publicznego zapytano ją, co jeszcze planuje zrobić.

„[Napisać] kolejną książkę. Zawsze chciałam powiększonej prawdy, odtworzonej prawdy, wynalezionej na nowo, prawdy, w której każdy odnalazłby samego siebie. Teraz, kiedy wiem tak wiele o strukturze powieści, o narracji, grach i trikach, chciałabym ich użyć. Przynajmniej ostatni raz” – odpowiedziała.

Zaczęła zbierać strzępki wspomnień i dokumentów. Pracę archiwistki przerwał zamach z 11 września 2001. „W przededniu apokalipsy zajmowałam się czymś zupełnie innym – książką, którą nazywam moim dzieckiem” – we „Wściekłości i dumie” tłumaczyła, że „zapach śmierci” z ruin Bliźniaczych Wież (znajdowały się nieopodal jej nowojorskiego mieszkania) odrywa ją od fabularnej epopei o życiu i każe pisać o bieżącej polityce.

Jednak właśnie jako pisarka chciała zostać zapamiętana. Dwa miesiące przed śmiercią, w lipcu 2006 r., przekazała manuskrypt powieści siostrzeńcowi. Książkę wydano dwa lata później. We Włoszech sukces był wielki, chyba wielu wolało zapamiętać ją jako wciągającą gawędziarkę, a nie polityczną pamflecistkę.

„Kapelusz cały w czereśniach” to rodzaj ruchomej szopki z tymi przodkami po mieczu i kądzieli, których cząstkę temperamentu lub ciążącego na nich fatum autorka znajduje w sobie. Szopka przesuwa się w tempie koła narodzin i śmierci, przyspieszającego w czasie wojen i głodu. I choć wszyscy bohaterowie istnieli (szkoda, że w polskim wydaniu zabrakło drzewa genealogicznego dołączonego do włoskiego oryginału), ich życiorysy są, dosłownie, wyciągnięte ze skrzyni, i obmyślone na nowo. Ów deus ex machina to właśnie skrzynia z wyprawą ślubną Cateriny Zani, która w 1785 r. wyszła za mąż za chłopa z wsi Panzano położonej na wzgórzach Chianti, Carla Fallaciego. Przez kolejne dziesięciolecia do kufra trafiały rodzinne pamiątki: lutnia bez strun oszalałej po stracie synów córki hiszpańskiego granda, trójkolorowa flaga zwolenników zjednoczenia Włoch, listy żołnierza, który przetrwał bitwy-masakry pod Curtatone i Montanarą. Skarbnica przepadła w czasie II wojny światowej i narracja Fallaci jest wspomnieniem podwójnym: o tym, o czym przypominała tamta skrzynia.

Czy to możliwe, żeby wśród przodków Włoszki znalazł się toskański woźnica Shelleya, zausznik Edwarda Dembowskiego, pierwsza miłość Edmunda de Amicisa i pogromca dwudziestu Algierczyków? Czy wśród praszczurów pisarki byli zbiegowie z zadżumionej Florencji, których opowieści snute w zacisznym Chianti spisał Boccaccio? Tak, to jest możliwe, nawet jeśli wydaje się mało prawdopodobne – autorka zdaje się naigrywać z czytelnika chcącego tę opowieść brać nazbyt kronikarsko i porządkować fakty. Fallaci delektuje się właśnie tym, że ma „sagę do napisania, baśń do odtworzenia w wyobraźni”.

Nie pierwszy raz zawiera z odbiorcą pakt autobiograficzny: obiecuje opowieść o sobie, ale daje taką, która manipuluje dosłownością i tajemnicą. Jej własna niedonoszona ciąża stała się pretekstem do napisania „Listu do nienarodzonego dziecka” (1975, pol. wyd. 1993), monologu o prawomocności decydowania za drugą istotę, czy ma się ona urodzić i żyć w dalekim od doskonałości świecie. Związek z Alekosem Panagulisem, zakończony jego tragiczną śmiercią, przeżywała na kartach monumentalnego (i przegadanego) fresku pt. „Un Uomo” („Mężczyzna”, 1979). Z kolei to, czego, pisząc „Kapelusz cały w czereśniach”, nie zdołała wydobyć z ksiąg metrykalnych, rejestrów wiernych czy spisów katastralnych, dopowiada na mocy swoistej literackiej metody Stanisławskiego. Niemal fizycznie odczuwa bóle przodków, umiera z każdym z nich. Mimo to fragmenty, kiedy autorka przemawia głosami praszczurów, są najjaskrawiej sztuczne – jak karnawałowe wywoływanie duchów, kiedy podstawiona osoba kręci stołem. Czyżby Fallaci nie ufała, że jej postaci mogą żyć własnym życiem?

Opowieść o losach kilku pokoleń jest podszyta niezgodą na śmierć. „To niesprawiedliwe umierać, skoro przyszłyśmy na świat” – Fallaci zdaje się powtarzać za Anną Magnani. Nienawiść do Śmierci (zawsze pisanej wielką literą, niczym imię władcy) przejawia się bezwarunkowym szacunkiem narratorki dla życia i jego błędów. Wybacza matkom porzucającym dzieci i niepoprawnym rewolucjonistom. Z antropologiczną wrażliwością odtwarza detale codziennej egzystencji, intelektualny Zeitgeist i krwawy proces wykuwania państwa włoskiego. Prowadzi narrację od rewolucji w Ameryce przeciw angielskiej metropolii po Belle Époque. Dlatego nie ma tu grożącego tekstom w jakiejś mierze autobiograficznym ekshibicjonizmu. Fallaci wybiera przeszłość na tyle odległą, że pamiętaną tylko w jej wspomnieniach i nieweryfikowalną przez innych. Mówi i przemilcza to, co chce. Luki w rodzinnej pamięci wypełnia literacką gawędą, która oszczędza zmarłych i nie rani żyjących.

Korzenie Fallaci to także archeologia wielokulturowości w każdym tego słowa znaczeniu. Bonapartyści mijają się w czasie z karbonariuszami, pierwszymi marksistami, a praczki z angielskimi poetami, którzy śnią sen o sielskiej Toskanii. Franciszkański tercjarz poślubia zagorzałą pogankę, a źle strzeżona waldejska dziewczyna zakochuje się w Polaku z Krakowa, z Floriańskiej. Fantastyczną podróżą jest historia ich nieślubnej córki, której de Amicis ponoć dedykował wczesny wiersz, zatytułowany „Włochy i Polska”. „Nie mam jednak nic, aby udowodnić sobie samej, że Anastasia istniała i jestem jej prawnuczką” – przyznaje Fallaci, ale nie przeszkadza jej to w los tej awanturnicy wpisać dzieje dwóch kontynentów i pierwiastek własnego. Czyni to jednak „bez znieczulenia”, bez naiwnego bajdurzenia, bez happy endu. Śmierć ostatecznie kocha wszystkich.

Po lekturze sagi mniej dziwi, że tę diwę mediów, której zarzucano religijny i kulturowy szowinizm, pochowano obok najbliższych krewnych na florenckim ewangelickim Cimitero degli Allori (cmentarzu Laurów), gdzie spoczywają zgodnie wyznawcy różnych religii i ateiści. Na ascetycznej tablicy nagrobnej widnieją tylko daty życia i prosty podpis w formie męskiej: „pisarz”. A wszystkim krytykom literackim, którzy będą wytykać jej nieco pretensjonalny styl, Fallaci już dawno wytrąciła z ręki broń: „Dzieła pośmiertne mają tę wspaniałą zaletę, że oszczędzają oczom i uszom autora idiotyzmu lub perfidii tych, którzy nie będąc w stanie napisać lub choćby począć powieści, mają pretensje do oceniania i obrażania tych, którzy powieść poczną i napiszą”. Koniec i kropka.

Oriana Fallaci, Kapelusz cały w czereśniach przeł. Jarosław Mikołajewski, Monika Woźniak, Kraków 2012, Wydawnictwo Literackie

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]