Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Sto lat w cieniu słońca

Sto lat w cieniu słońca

29.10.2018
Czyta się kilka minut
Rozmowa z dyrektorem festiwalu MARKIEM ZIELIŃSKIM i BARTŁOMIEJEM MAJZLEM: Musimy radykalnie przedefiniować pojęcia kształtujące naszą rzeczywistość, bo te dotychczasowe nie wystarczają. Kontrkultura, której będzie w tym roku na Festiwalu mnóstwo, jest tego najlepszym przykładem.
Od lewej: Dezerter, Siksa MACIEK OLINKIEWICZ // MATERIAŁY PRASOWE / ARS CAMERALIS
M

MICHAŁ SOWIŃSKI: Patronem 27. edycji Festiwalu Ars Cameralis uczyniliście Guillaume’a ­Apollinaire’a. Bardzo ciekawy, ale nieoczywisty wybór.

MAREK ZIELIŃSKI: To jest postać równie ważna jak Joseph Conrad, może nawet ważniejsza. Obchodzimy w tym roku setną rocznicę jego śmierci. Ale to oczywiście tylko pretekst, bo postać Apollinaire’a w myśleniu o sztuce towarzyszy nam od bardzo dawna. Pokrywa się też z rocznicą odzyskania przez Polskę niepodległości, a jednak posiada zgoła inny wydźwięk.

W jakim sensie?

MZ: Chodzi o niewyobrażalny koszmar I wojny światowej, której ofiarą był poniekąd także Apollinaire. U nas myślenie o roku 1918 jest niezwykle euforyczne. Odzyskaliśmy przecież po wielu latach niepodległość. Tego nie ma w innych częściach Europy. Tam wspomina się przelaną krew, miliony ofiar, dramat całej ludzkości. Nam często brakuje globalnej refleksji nad katastrofalnymi konsekwencjami I wojny, zapominamy o losie zwykłych ludzi.

Apollinaire przywraca tę perspektywę?

MZ: Dzięki niemu odzyskujemy centralne pytanie o człowieka. Dlatego to jeden z najważniejszych twórców kultury europejskiej. Dobrze przeczuwał, co przyniesie nadchodząca epoka. W jego twórczości można znaleźć zalążki całej sztuki XX wieku, a także usłyszeć echa historii politycznej i społecznej. Z tego samego powodu jest aktualny także dziś. To idealny poeta na trudne czasy.

Znów jesteśmy w 1918 roku?

MZ: W pewnym sensie tak – musimy na nowo wymyślić swoją epokę, stworzyć jej język, sferę symboli. Stąd też zapożyczony z wiersza „Fotografia” Apollinaire’a motyw „cienia słońca” w tegorocznym festiwalowym haśle.

BARTŁOMIEJ MAJZEL: Wszystko wskazuje na to, że ów cień znów na nas padł. Tylko co to za słońce? I jaki to cień? Żyjemy w czasie, gdy znany nam świat kruszy się na naszych oczach. Odchodzi w dal. To, co wydawało się niedawno oczywiste, już takie nie jest. Możemy spojrzeć na tę rozpadającą się rzeczywistość z nostalgią, ale możemy też znaleźć siły, by zareagować, tworzyć nowe wizje. W czasach przełomów ze sfery kultury wychodziły zazwyczaj najsilniejsze impulsy, a Apollinaire jest poetą przełomu, do tego obdarzonym niesamowitą samoświadomością. W pewnym sensie to pisarz bardzo punkowy, rebeliancki, ale też prowadzący nieustanny dialog przeszłości z przyszłością.

Dlatego jest tak ważny dla Waszego festiwalu?

MZ: Oczywiście – to poeta rozbijający słowa i nadający im nowe znaczenia. Trudno w historii literatury znaleźć artystę, który toczyłby podobną walkę z językiem. W tym sensie jest poetą bardzo aktualnym. To paradoks, że w Polsce coraz mniej o nim pamiętamy. Zresztą przez wiele lat pozostawał na marginesie naszej kultury. Nie wiedziano, co z nim zrobić – w przeciwieństwie do Conrada, który idealnie wpasował się w rozliczne narracje polityczne i społeczne. Apolli­naire był chyba zbyt prowokacyjny, do tego to totalny kosmopolita. Jedna z anegdot opowiada o jego relacjach z młodymi poetami z Polski, którzy przybywali do Paryża w poszukiwaniu sławy. A po pomoc szli do Apollinaire’a, który na wstępie prosił o przedstawienie się, po czym od razu dodawał: „musi pan zacząć od zmiany nazwiska”.

Na czym polegała siła jego rebelii?

BM: Długo by wymieniać... Wyzwolił literaturę spod jarzma rygoru formy. Podobnie jak pozostali awangardowi twórcy tamtych lat dowodził, że sztuka powinna być jak najbliżej życia i człowieka. Związanie konwencją zagraża jej nieznośnym formalizmem. Wysadził z siodła klasyczną formułę podmiotu lirycznego. Był jednym z pierwszych poetów nieskupiających się na tym, co czuje – oddał głos innym. Ale ważniejsza od jego rebelii wydaje mi się jego tajemnica. Weźmy niezwykły wiersz „Prześliczna rudowłosa”, w którym chwali się rozstrzygnięciem sporu „między tradycją i wynalazczością”. Odwieczne marzenie! Połączyć to, co było, z tym, co nadchodzi. Jednak żadna odpowiedź w tym wierszu nie pada. Tajemnica nie zostaje ujawniona. Zostaje zakryta własnym ciałem przez autora. Trochę jak nasz tegoroczny „cień słońca”. Pytanie o niego jest pytaniem o wciąż umykającą tajemnicę współczesnego świata.

Tajemnicą jest słońce, które rzuca cień?

BM: Tajemnica zawsze onieśmiela, a „cień słońca” staje się przedziwną ekwilibrystyką. Wyzwaniem. To już nie tylko walka jasnego z ciemnym. Nie tylko umykająca chwila. Migotliwy światłocień. „Fotografio, jesteś jak cień słońca” – pisze Apollinaire. Całkiem jakby zastygający kadr nagle wyblakł. Twarz nie jest już skąpana w świetle, raczej zostaje zasnuta cieniem. Może właśnie tutaj kryje się zalążek owej poszukiwanej tajemnicy. Stopniowe wymazywanie tego, co minęło. Dramat. Apollinaire obiecuje łagodne przejście od starego do nowego. Na obietnicy się kończy. Poeta ukształtowany przez XIX wiek zostaje zniszczony przez I wojnę i krwawe otwarcie wieku XX. Na początku gna go na wojnę dzika siła, mamy wrażenie, że jest nią zafascynowany. Gdy wraca z przestrzeloną czaszką, jest już zupełnie innym człowiekiem. Łagodne przejście okazuje się niemożliwe. Historia na to nie pozwala.

Ciekawi mnie to, że uczyniliście ­Apollinaire’a patronem punku.

BM: Jak wspomniałem, Apollinaire był niezwykle rebeliancki. A my podczas tegorocznego festiwalu bierzemy pod lupę m.in. punk, jedno z najbardziej wywrotowych zjawisk w dziejach kultury. Spoglądamy też na historię jako na ciąg następujących po sobie wybuchów. Kulturowych ekscesów i zrywów, które choć zawsze kończą się porażką, pozostawiają po sobie trwały ślad. Nie było w dziejach artysty, który lepiej by to rozumiał niż Apollinaire.

To nie pierwszy raz, gdy Ars Cameralis wyciąga fascynujące, ale nieco przykurzone postaci i idee.

MZ: Wystawa na zamku w Pszczynie, która w tym roku otwiera festiwal, dobrze pokazuje artystyczne granice, w których działamy. Wpuściliśmy tam trzech zupełnie różnych artystów, którzy postanowili przetworzyć mit tego miejsca, stworzyć nową opowieść o nim. Przeszłość kryje w sobie nieskończony potencjał – to doskonały tego przykład. Mierząc się z tym, co było, stawiamy pytanie o ciągłość kultury. A mówiąc z antropologicznej perspektywy, mam wrażenie, że jako ludzie jesteśmy wciąż w tym samym miejscu. Nowoczesne technologie z pewnością wzbogacają nasze doświadczenie, ale problemy, z którymi się zmagamy, pozostają od wieków te same.

Jak zawsze podczas Festiwalu Ars Cameralis pojawia się mnogość języków – dosłownie i w przenośni.

BM: Nie da się mówić o świecie inaczej niż wieloma językami naraz. Dlatego zaprosiliśmy całą galerię postaci z najróżniejszych miejsc. Choćby Najwana Darwisha z Palestyny, genialnego poetę, który tworzy w kraju otoczonym murem, czyli jakby w więzieniu. Jego poezja idealnie odzwierciedla kondycję współczesnego świata. Będziemy gościć Ryszarda Krynickiego – w towarzystwie ekstrawaganckiej muzyki! – który w przeszłości też zderzył się z murem totalitaryzmu. Zaglądniemy za mury domów profesorów Tadeusza Sławka i Ryszarda Koziołka (Uszy Duszy. Dom Profesora). Jeszcze inna bajka to John Darnielle, doskonały amerykański pisarz i wokalista The Mountain Goats, który po raz pierwszy przekroczy mur języka i zaistnieje w polszczyźnie jako pisarz. Nie wiem doprawdy, jak to się stało, że jego książki nie zostały jeszcze wydane w Polsce.

Wspomniałeś o The Mountain Goats...

BM: Ano właśnie! Zanim ich wokalista wystąpi w charakterze pisarza, dzień wcześniej legendarni w pewnych kręgach The Mountain Goats zagrają koncert. Ale gdzie przyłożyć ucho, tam popłyną piękne dźwięki. Alexander Hacke, muzyk Einstürzende Neubauten, wystąpi wspólnie z Davidem Eugene’em Edwardsem z Wovenhand. Panowie stworzyli jednorazowy, fascynujący, eksperymentalny duet, który zaprezentuje nam przeszywające industrialne hymny nasączone starotestamentowym duchem, folkiem i mrokiem. I piękne to, i niepokojące. Ale moim zdecydowanym muzycznym „czarnym koniem” festiwalu jest Daniel Blumberg. Autor według mnie najwybitniejszej tegorocznej płyty, „Minus”. Myślę, że możemy się spodziewać po tym koncercie czegoś zjawiskowego.

„Cień słońca” nabiera szczególnego znaczenia w kontekście fotografii.

MZ: Polecam szczególnej uwadze wystawę „Punk London 1977” Dereka ­Ridgersa w katowickiej Galerii ASP Rondo Sztuki. To dziś jeden z najbardziej cenionych fotografów w Wielkiej Brytanii. W latach 70. pracował w komercyjnej agencji. Jednak pewnego dnia spotkał na ulicy dziwnie wyglądających ludzi i postanowił zrobić im zdjęcia. Tak rozpoczęła się jego przygoda z punkiem, którego przemiany uwieczniał na swoich kliszach. Wystawa będzie składać się przede wszystkim ze zdjęć z dwóch klubów – The Roxy i Vortex – gdzie narodził się brytyjski punk.

Mocny ten punkowy wątek w tym roku.

BM: Oj tak! Przyjedzie także Gillian McCain, wraz z Legsem McNeilem współautorka głośnej książki „Please Kill Me”. Co więcej, przybędzie razem ze swoim przyjacielem Dannym Fieldsem, legendą alternatywnej sceny muzycznej w USA. Dziś ma 80 lat, ale kiedyś był menadżerem Jima Morrisona oraz grupy The ­Ramones, współpracował z Patti Smith, Iggym Popem i wieloma innymi gigantami. To też jeden z głównych bohaterów książki McCain. Będziemy również dyskutować o kontrkulturze po „naszej” stronie żelaznej kurtyny – zaprosiliśmy Konstantego Usenkę, Rafała Księżyka i Jana Błaszczaka. Zderzymy ze sobą dwa doświadczenia punka, spojrzymy na niego z dwóch perspektyw. Jeszcze inną konfrontacją będą dwa koncerty – z jednej strony Dezerter, czyli legenda, z drugiej Siksa, czyli kolejne wcielenie tej punkowej energii sprzeciwu.

Punk’s not dead?

MZ: Zobaczymy, ale wydaje mi się, że punk nigdy nie umarł, przyjmuje tylko coraz to nowe formy.

BM: Czy wiesz, że koncert Siksy odbędzie się w undergroundowej sali teatralnej umieszczonej w galerii handlowej? Wyobrażasz to sobie? Punkowcy wchodzą do świątyni komercji i konsumpcji. Piękna prowokacja! Próba rozsadzenia systemu od środka.

Z punkiem jest pewien problem – jak zresztą z całą kontrkulturową awangardą. Zbudowany na buncie i odrzucaniu tradycji, z czasem staje się klasyką.

MZ: To dobrze pokazuje problem, przed którym stajemy – nie tylko w Polsce, ale na całym świecie. Wszyscy musimy radykalnie przedefiniować pojęcia kształtujące naszą kulturę, bo te dotychczasowe nie wystarczają. „Kontrkultura”, hasło napędzające nasze działania przez dekady, jest tego najlepszym przykładem.

Na Śląsku obecność kontrkultury jest szczególnie wyczuwalna.

MZ: To część historii tego regionu, który od zawsze był postrzegany jako politycznie niebezpieczny. Duże zagęszczenie ludności, silne ruchy robotnicze – wiele osób szukało ujścia dla swojej frustracji czy niezgody. To był ważny wentyl bezpieczeństwa. Śląsk od zawsze był gęstym archipelagiem różnorodnych miejsc, kultur i estetyk. Każdy mógł tu znaleźć swoje miejsce – i tak jest do dziś.

Co roku koncentrujecie się także na innym fragmencie światowej kultury – tym razem padło na Bałkany. ­Dlaczego?

BM: Bo to ciągle mikrokosmos, który jak w soczewce skupia problemy współczesnego świata. Kultura krajów bałkańskich to także cenna lekcja tego, jak przepracowywać wojenne traumy, jak radzić sobie z trudną pamięcią.

MZ: Wojny, przesiedlenia i inne najczarniejsze karty europejskich historii to w tym regionie wcale nie bardzo odległa przeszłość. Problemy, z którymi dziś się zmagamy – choćby kryzys migracyjny – są tam obecne od dekad.

BM: No tak, na początku lat 90. wszyscy uwierzyli, że oto nastał nowy, lepszy świat. Totalitaryzmy padły. Aż nadeszła wojna na Bałkanach. I okazało się, że nic się nie zmienia. Złe namiętności wciąż bardzo mocno siedzą w człowieku.

MZ: Wracamy do początku rozmowy – chodzi o to, że świętowanie rocznicy 1918 roku nie może odbywać się bezrefleksyjnie. Perspektywa bałkańska przypomina, że zawsze kluczowe jest pytanie o los pojedynczego człowieka.

W programie pojawia się też cały blok wydarzeń, które dosłownie skupiają się na grze światła i cienia.

MZ: To prawda, chodzi o cykl „Więcej światła”, bo skoro otwieramy się na cień słońca, to chcemy także zapatrzyć się w światło. W jego czystość. Zaprosiliśmy wielu wybitnych artystów wizualnych i performerów – Sebastiana Freytaga, Rossa Downesa. Będzie Mischa Kuball, Marcel Sławiński i inni.

BM: Od cienia słońca tylko krok w stronę światła... Bo widzisz, nasz festiwal jest niczym zaszyfrowana opowieść. Gdy ktoś w pośpiechu zaglądnie w program, może pomyśleć, że to wszystko poukładane jest nieco chaotycznie. Ale to nieprawda. Festiwalowy program jest owocem wielu miesięcy pracy i wiem doskonale, że każdy jego element jest uzasadniony. Jeśli ktoś przyjmie nasze zaproszenie, raptem odkryje, że te wszystkie festiwalowe wątki są ze sobą połączone. Wynikają jeden z drugiego. Że ta opowieść ma swoją dramaturgię, a narracja posiada sens. Ale jak co roku, na festiwalowym szlaku chodzi nade wszystko o intymne spotkanie, przyjemność rozmowy i otwartość na to, aby dać się uwieść tej apollinaire’owskiej widmowej tajemnicy, którą chcemy odnaleźć. A może ona została już odnaleziona i jest ukryta gdzieś tam, gdzie pada cień słońca? ©℗

MAREK ZIELIŃSKI (ur. 1960) jest dyrektorem Instytucji Kultury Ars Cameralis, autorem koncepcji „Katowice – Miasto Ogrodów”, dzięki której Katowice znalazły się w ścisłym finale starań o Europejską Stolicę Kultury 2016. Kreator wielu projektów i programów kulturalnych województwa śląskiego za granicą, m.in. w Nadrenii Północnej- -Westfalii, Bratysławie, Moskwie oraz na Expo w Hanowerze i Saragossie.

BARTŁOMIEJ MAJZEL (ur. 1974) jest poetą, podróżnikiem, dziennikarzem radiowym, reportażystą. Opublikował książki „Robaczywość” (1997), „Bieg zjazdowy” (2001), „Biała Afryka” (2005), „Doba hotelowa” (2009), „Terror” (2015). Nominowany do Paszportu „Polityki” (2002). Najmłodszy laureat Nagrody Literackiej IV Kolumn. Współtwórca grupy poetyckiej NaDziko.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Krytyk literacki, stale współpracuje z Tygodnikiem Powszechnym. Redaktor literacki Conrad Festival, doktorant na Wydziale Polonistyki UJ. Prowadzi podkast literacki „Book’s not dead”.

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]