Reklama

Spór o człowieka

Spór o człowieka

04.12.2017
Czyta się kilka minut
Idea doboru naturalnego miała współodkrywcę – Alfreda Russela Wallace’a. Nie zgadzał się on jednak z Darwinem w kwestii ewolucji człowieka.
Karol Darwin
E

Ewolucyjne spojrzenie na świat nie jest intelektualnym wynalazkiem czasów nowożytnych, ale teza o zmienności gatunków nie była wcześniej teoretycznym fundamentem biologii. Więcej: na taką tezę w biologii po prostu nie było miejsca.

Starożytny gmach

Pierwszym wielkim architektem biologii był Arystoteles, a jej fundamentem – zbiór jego pism „Historia animalium”. Arystoteles opisuje w nich m.in. „drabinę bytów” (scala naturae), czyli hierarchiczne uporządkowanie organizmów od najprymitywniejszych do najbardziej złożonych, wskazuje na celowościowe urządzenie przyrody (organizmy realizują „zakodowane” w nich możliwości), a także daje podwaliny pod systematykę zwierząt i określa, czym jest gatunek i rodzaj. W księdze pierwszej pisze: „przez rodzaj (...) rozumiem np. ptaka lub rybę, bo każda z tych grup zawiera cechę wyróżniającą ją z [własnego] gatunku; toteż istnieje większa liczba gatunków ryb i ptaków”. Dla Stagiryty gatunki nie są tylko konwencjonalnymi nazwami. Każdy gatunek charakteryzuje jego istota – dany organizm przynależy do określonego gatunku ze względu na stałe (niepodlegające żadnym zmianom) cechy esencjalne. Nie ma tu miejsca na ewolucję.

Pod przemożnym wpływem Arystotelesa znalazło się nie tylko średniowiecze, które nadało jego koncepcjom interpretację teologiczną, ale również wielu przyrodników nowożytnych. Wypracowaną przez niego siatkę pojęciową przyjmowali choćby francuski zoolog i paleontolog George Cuvier, angielski anatom i paleontolog Richard Owen czy szwedzki biolog, twórca wielkiego systemu klasyfikacji organizmów Karol Linneusz. Ten ostatni wierzył zresztą, że wszystkie gatunki zostały stworzone przez Boga „za jednym zamachem” (choć u kresu życia dopuszczał, że na drodze krzyżowania obecnych form powstawać mogą nowe gatunki), a celem klasyfikacji dokonanej przez niego w słynnym dziele „Systema naturae” było lepsze zrozumienie boskiego planu.

Biolodzy przez stulecia pozostawali również pod wpływem Arystotelesowej doktryny o celowości (teleologii), która zachęca do formułowania prostych, zdroworozsądkowych „wyjaśnień” faktów biologicznych, np. pająk tka sieci, aby złapać muchę; człowiek ma dłonie, aby chwytać przedmioty. Tego typu rozumowanie nie skłania do poszukiwania głębokich (ewolucyjnych) przyczyn. Zdaniem Arystotelesa tzw. przyczynowość celowa stanowiła bowiem fundamentalny składnik rzeczywistości, nie tylko biologicznej (oparł na niej swoiste „prawo grawitacji”, które głosiło, że wszystko dąży do swojego miejsca naturalnego, które dla ciężkich rzeczy znajduje się na dole, a dla lekkich – u góry), ale z nieożywionej przyrody skutecznie wypędził ją Izaak Newton, dzięki „Matematycznym zasadom filozofii przyrody” (z 1687 r.). Biologia pozostawała ostatnim bastionem teleologii jeszcze przez ponad 170 lat, aż do czasu opublikowania przez Darwina „O powstawaniu gatunków”.

Boski plan

W 1802 r. angielski duchowny William Paley opublikował książkę „Teologia naturalna”, w której wyraził ideę, że organizmy, oraz tworzące je struktury biologiczne, wyglądają na zaprojektowane do ­pełnienia określonych celów w konkretnym środowisku. Znaleziony na odludnej wyspie zegarek, służący odmierzaniu czasu, skonstruowany musiał zostać przez zegarmistrza. Skoro organizmy żywe są zaprojektowane, wyjaśnieniem istnienia projektu jest istnienie projektanta. W ten sposób obserwacja świata przyrody zaprowadziła Paleya do postulatu istnienia Boga. Gdy Karol Darwin, który swoje życie poświęcić miał karierze anglikańskiego duchownego, studiował w Cambridge, teologia naturalna – obok jeździectwa i kolekcjonowania chrząszczy – stanowiła jedno z jego głównych zainteresowań. Darwina pociągały logika wywodu Paleya oraz jego zdecydowany język. Wizja przyrody jako wspaniałego projektu wręcz owładnęła jego umysłem. Późniejsze obserwacje, w szczególności poczynione w trakcie prawie pięcioletniej podróży (w latach 1831-36) na HMS Beagle w roli okrętowego przyrodnika, doprowadziły jednak Darwina do przekonania, że ów wspaniały projekt domaga się wyjaśnienia w kategoriach przyrodzonych (naturalnych). Darwina zainteresowała szczególnie obserwowana, i sumiennie opisana w notatkach, różnorodność przyrody.

Przykładowo, słynne zięby Darwina zamieszkujące różne wyspy archipelagu Galápagos różniły się od siebie pod względem wyglądu dziobów oraz preferencji pokarmowych; zaobserwował on również różnice w morfologii będących przysmakiem załogi żółwi słoniowatych na poszczególnych wyspach. Być może właśnie wtedy w jego głowie zakiełkowała idea, że wszystkie gatunki pochodzą od wspólnego przodka, a ich oddzielanie się, i w konsekwencji obserwowane zróżnicowanie, jest wynikiem przystosowywania się do różnych nisz środowiskowych.

Nieudany projekt

Darwin mógłby zadowolić się propozycją teoretyczną swojego wielkiego poprzednika Jeana-Baptiste’a de Lamarcka, który w opublikowanej w 1809 r. „Filozofii zoologii” stwierdził, że Arystotelesowska scala naturae nie jest sztywna i niezmienna. Lamarck odszedł radykalnie od poglądów Stagiryty również wtedy, gdy stwierdził, że gatunki w rzeczywistości nie istnieją. Inspirując się najprawdopodobniej tradycją średniowiecznego nominalizmu twierdził, że termin „gatunek” to jedynie nazwa użyteczna w przyrodoznawstwie, lecz nie stoi za nią żaden zestaw cech esencjalnych. „Gatunki”, które opisują biologowie, nie są odwieczne, ale nieustannie powstają. Krzyżując się, osobniki wydają potomstwo, które z pokolenia na pokolenia upodabnia się do siebie. W tym kontekście Lamarck umieścił popularny w jego czasach pogląd, że cechy nabyte w ciągu życia osobnika podlegają dziedziczeniu (np. przodkowie współczesnych żyraf mieli krótkie szyje, ale ze względu na to, że wyciągali je, by dosięgnąć do liści drzew, z pokolenia na pokolenie długość szyi się zwiększała). Lamarck nie przyjmował pochodzenia od wspólnego przodka, był jednak – w sensie szerokim – ewolucjonistą. Według niego ewolucja dokonuje się drogą powolnych i dziedzicznych przemian, które powodowane są przez niekorzystne warunki życia organizmów, przy czym krzyżując się organizmy „wymieniają cechy”, a dzieci otrzymują „uśrednione” cechy każdego z rodziców. W jego teorii pobrzmiewały wciąż jednak echa arystotelizmu – Lamarck akcentował wewnętrzną tendencję przyrody do różnorodności gatunkowej, co odczytywać można jako przekonanie o swoiście rozumianej celowości.

Poszukiwanie mechanizmu

Karol Darwin przyjął po Lamarcku ogólną ideę ewolucji, ale nie zgadzał się ze szczegółami jego koncepcji. Poszukiwał mechanizmu, który odpowiada za zróżnicowanie gatunków.

Darwin zauważał podobieństwa przyrody i uprzemysłowionej Anglii: „dobór naturalny prawdopodobnie faworyzuje rośliny i zwierzęta, które są bardziej zróżnicowane, tak jakby natura była fabryką, w której praca jest wydajniejsza, gdy poszczególni robotnicy wykonują różne zadania (...) najbardziej udany wariant (...) potrafi zająć dotąd nieeksploatowane miejsce lub nieobsadzaną rolę w gospodarce przyrody”. W 1838 r. po lekturze pracy „An Essay on the Principle of Population”, autorstwa ekonomisty i anglikańskiego duchownego Thomasa Malthusa, Darwin zanotował, że jego wizja przyrody zbieżna jest z zawartymi w nim tezami na temat przeludnienia.

Malthus twierdził, że produkcja żywności nie nadąża za przyrostem populacji, co prowadzi do głodu. To naprowadziło Darwina na trop idei „walki o byt” – skoro zasoby są skończone, organizmy muszą o nie konkurować. W konkurencji tej będą zwyciężać osobniki wyposażone w przydatne cechy. Zdaniem Darwina „zmiany korzystne będą wykazywać tendencję do utrzymywania się, a niekorzystne – do zanikania”. Niekwestionowanie oryginalna idea Darwina, zwana teorią doboru naturalnego, zerwała związki biologii z Arystotelesowską celowością przyrody. Przyroda sprawia wrażenie wspaniałego projektu, gdyż populacje nieustannie dostosowują się do warunków środowiskowych. Pewne cechy, które umożliwiają osobnikom przeżycie oraz reprodukcję, przekazywane są kolejnym pokoleniom, a te, które nie spełniają tego zadania, zanikają. Dzięki temu procesowi powstawać mogą zupełnie nowe gatunki, np. wtedy, gdy populacje są od siebie izolowane geograficznie.

Kamień węgielny

Od czasu lektury przez Darwina eseju Malthusa do publikacji „O powstawaniu gatunków” upłynąć musiało jednak ponad 20 lat. Jeszcze dłużej trzeba było czekać, by idea ewolucji odniesiona została do człowieka. Historycy nauki zwykle wyjaśniają tę zwłokę po części obawą Darwina przed kontrowersjami światopoglądowymi, jakie teoria ta wywołać miała w wiktoriańskiej Anglii, po części zaś jego usposobieniem i stylem uprawiania nauki – przed publikacją chciał on doprowadzić swoją ideę do perfekcji i poprzeć ją jak największą liczbą obserwacji. W 1844 r. spisał na własny użytek rozprawę, która wylądowała w szufladzie, a w 1856 r. zaczął pisać szkic nieukończonej nigdy książki pod roboczym tytułem „Dobór naturalny”. Dwa lata później otrzymał od 35-letniego angielskiego przyrodnika Alfreda Russela Wallace’a manuskrypt pewnej pracy. „To najlepszy skrót mojej teorii” – stwierdził po lekturze.

W trakcie podróży oraz badań fauny i flory Archipelagu Malajskiego Wallace zgromadził dane, które doprowadziły go – ponoć w trakcie gorączki tropikalnej – do sformułowania zupełnie niezależnie od Darwina idei doboru naturalnego. W tym samym roku Darwin i Wallace przedstawili wspólnie swoje koncepcje na posiedzeniu Towarzystwa Linneuszowskiego w Londynie. Darwin zaś przygotował „skrót” swojej nieukończonej książki. Tym skrótem stał się opublikowany 22 listopada 1859 r. blisko 500-stronicowy tom „O powstawaniu gatunków drogą doboru naturalnego, czyli o utrzymywaniu się doskonalszych ras w walce o byt”.

Początkowo między Darwinem i Wallace’em nie było konkurencji. Ten ostatni określał się zresztą jako „darwinista”. Darwin pisał jednak kolejne prace, rozszerzając zasięg swojego rozumowania ewolucyjnego. Choć już w „O powstawaniu gatunków” wieszczył, iż „psychologia oprze się z pewnością na nowym poglądzie, że każdą umiejętność i każdą zdolność umysłową można osiągnąć jedynie stopniowo”, to unikał formowania kategorycznych sądów w kwestiach związanych z antropogenezą aż do 1871 r., kiedy ukazała się jego książka „O pochodzeniu człowieka i doborze w odniesieniu do płci”. Jej głównym celem było wykazanie ewolucyjnej ciągłości między ludźmi a (innymi) zwierzętami. I to nie tylko w odniesieniu do cech morfologicznych, ale również cech umysłowych i predyspozycji do określonych zachowań. W tym kontekście Darwin wprowadził również komplementarne do doboru naturalnego pojęcie doboru płciowego – mechanizmu selekcji cech (takich jak np. jaskrawe upierzenie ptaków), które nie ułatwiają wprost przetrwania, ale są zachowywane ze względu na preferencje partnerów i partnerek. Ciągiem dalszym „O pochodzeniu człowieka” była opublikowana rok później rozprawa „O wyrażaniu emocji u człowieka i zwierząt”.

Pęknięcie

Co na to wszystko Wallace? W książce „Darwinizm” stwierdził: „w pełni podzielam poglądy p. Darwina co do zasadniczej zgodności budowy anatomicznej człowieka i wyższych ssaków oraz jego pochodzenia od form ancestralnych, wspólnych dla człowieka i małp człekokształtnych”. Jego zgoda kończy się jednak na ewolucji cech anatomicznych. Wallace wątpił, by wyższe cechy umysłowe człowieka, zmysł moralny, zdolności matematyczne i artystyczne czy poczucie humoru mogły mieć genezę ewolucyjną. Wskazywał na pozabiologiczny „pierwiastek duchowy” człowieka. Pisze, że „przyjmując tę hipotezę o duchowej naturze człowieka, dodanej jakby do naszej zwierzęcej kondycji, możemy zrozumieć wiele skądinąd tajemniczych lub niepojętych zjawisk, takich jak ogromny wpływ idei, zasad moralnych i wierzeń na całe nasze życie i zachowania”. Jego zdaniem jedynie przyjęcie takiej właśnie optyki pozwala zrozumieć „poświęcenie męczennika”, „bezinteresowność filantropa” czy „oddanie patrioty”. Do tego momentu poglądy Wallace’a można uznać za ugruntowane we współczesnym mu stanie wiedzy. Systematyczne ewolucyjne badania nad genezą poczucia humoru, zdolności matematycznych czy percepcją sztuki podjęte zostały dopiero w drugiej połowie XX w., podobnie zresztą jak dopiero wtedy opracowane zostały powszechnie akceptowane w świecie naukowym teorie genezy altruizmu.

Wallace nie tylko okazał się w tej kwestii dzieckiem swoich czasów, ale wkroczył także na teren obcych Darwinowi spekulacji metafizycznych: „my, którzy wierzymy w istnienie świata ducha, możemy spoglądać na cały kosmos jak na jedną niepodzielną całość, której wszystkie części służą rozwojowi duchowych istot zdolnych do wiecznego życia i doskonałości. Dla nas jedynym celem, jedynym ­raison d’être świata – z całą złożonością jego fizycznej struktury, zawiłościami jego geologicznych dziejów, powolną ewolucją jego roślin i zwierząt oraz ostatecznym nadejściem człowieka – było powstanie ludzkiego ducha i ciała”. Nieco upraszczając: zdaniem Wallace’a historię naturalną traktować można jako dążenie do celu, jakim było „osiedlenie się” unikalnie ludzkiego ducha w strukturach biologicznych.

W stosunku do Darwina Wallace zrobił więc krok wstecz – nawiązał wprost do celowościowej wizji świata. Co ciekawe, angażując się coraz bardziej w spirytualizm i metafizykę, Wallace twierdził, że broni darwinizmu przed samym Darwinem-naturalistą, który jakoby sprzeniewierzył się własnemu dziełu.

Niedokończony spór?

Odkrywając mechanizmy selekcyjne, Darwin wyjaśnił wspaniały projekt. Wallace był postacią pełną sprzeczności – zarazem „darwinistą doskonałym” (jak pisze Marcin Ryszkiewicz) i upatrującym w przyrodzie celowości „heretykiem na dworze Darwina” (to tytuł jednej z jego biografii). Choć dalsze etapy budowy gmachu biologii przebiegały na darwinowskich fundamentach, a celowość przyrody znalazła swoje zasłużone miejsce na cmentarzysku idei, to jednak spór ewolucyjnych ojców założycieli o genezę ludzkiego umysłu i moralności na gruncie nauki toczy się do dziś, choć na innym poziomie. Wallace stał na stanowisku, że to, co u człowieka wyjątkowe, jest dziełem czynników nadprzyrodzonych – na co we współczesnej nauce w żadnym razie nie ma miejsca, ale często podkreśla się dziś, że produkty działania doboru naturalnego i płciowego „dostrajane” są na drodze przekazu kulturowego, czego efektem jest np. powstawanie wyrafinowanych, ale i nie zawsze do siebie przystających systemów moralnych. Biologia to nie wszystko – trzeba pamiętać o kulturze. Inni odpowiadają jednak, że ewolucja kulturowa nie pojawiła się niczym królik z kapelusza, ale jest produktem pewnych adaptacji biologicznych, więc ostatecznie racja leży po stronie Darwina.

Echa sporu o granice wyjaśniania ewolucyjnego, który rozpętał Wallace, w pewnym sensie usłyszeć można także i dziś. ©

Autor jest adiunktem w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN oraz członkiem Centrum Kopernika. ­Na ­www.CopernicusCollege.pl prowadzi otwarty kurs „Ewolucja w kulturze”.

Galeria zdjęć

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]