Chrześcijaństwo w swojej istocie to nie kwestia deklaracji, doktryny, teologii – to kwestia sposobu życia. Na myśl przychodzi ewangelijny opis sądu: „byłem głodny, byłem spragniony, byłem przybyszem...” (Mt 25, 35). Jezus nie rozlicza z przekonań, doktryny, deklaratywnej wiary. On pyta o czyny, to sąd nad moim życiem tu i teraz, przed nim nie można uciec, a z wyrokiem nie można dyskutować – jest ostateczny.
Słowa papieża przyjmuję najpierw jako wezwanie do osobistego rachunku sumienia – co ja robię na rzecz miłosierdzia? Jak miłosierdzie wciela się w moim życiu? Jest to dla mnie wezwanie do nawrócenia, do czynu. Miłosierdzie dokonuje się w znaku Krzyża. Musi boleć! Bynajmniej nie chodzi o cierpiętnictwo, tym bardziej o duchową solidarność, jeszcze mniej o słowne deklaracje. Miłość chrześcijańska jest wówczas prawdziwie duchowa, gdy jest prawdziwie namacalna, gdy się materializuje jak w tajemnicy Wcielenia. Niewielu jest wprost zaangażowanych w dzieła miłosierdzia, niewielu bolą ręce i nogi od czynów miłosierdzia, ale każdy może nieść pomoc, każdego może zaboleć kieszeń – to minimum dostępne dla wszystkich. To, czy będziemy wyznawcami ideologii, czy Boga, jest w naszych rękach. ©
Autor jest teologiem i katechetą.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















