Reklama

Jasna strona śmierci

Jasna strona śmierci

25.10.2015
Czyta się kilka minut
O. Wacław Hryniewicz, teolog: Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań”. Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc.
Ks. prof. Wacław Hryniewicz, Lublin, 2009 r. Fot. Filip Ćwik / NAPO IMAGES / FORUM
M

MARCIN ŻYŁA: Czy zmarli o nas pamiętają?
KS. PROF. WACŁAW HRYNIEWICZ: Wierzę, że tak – choć nie potrafię tego zweryfikować. Nieraz śnią się żywym, którzy opowiadają o spotkaniach z nimi. Zanim zachorowałem na nowotwór, obudziło mnie kiedyś szturchnięcie w ramię. Otworzyłem oczy i zobaczyłem, że stoi nade mną kościotrup. Kiedy zniknął, pomyślałem: uważaj, to ostrzeżenie. Idź do lekarza.
Ktoś powie: byłeś zmęczony, coś ci się przywidziało. Mózg spłatał ci figla. Wierzę jednak, że zmarli pamiętają o nas tak samo, jak my pamiętamy o nich – a nawet bardziej.
 

Dlaczego?
Wstawiają się za nami. Być może czasem trzeba nas ostrzec lub nakłonić do podjęcia ważnej decyzji. Są to oczywiście tylko przypuszczenia. Byłem blisko tamtego świata, przeżyłem śmierć kliniczną – ale nie przekroczyłem granicy. Nie wiem, jak to jest po tej drugiej stronie. Ale wierzę we wzajemne wstawiennictwo, w czuwanie. A w przypadku najbliższych – zmarłych rodziców, dzieci, małżonków – w obustronną troskę. Zmarli wciąż są przecież częścią nas samych, trwa z nimi łączność. Wierzymy w „świętych obcowanie”. Stanowimy z umarłymi jedną całość, która może chwilowo jest zerwana, niewidzialna, ale pozostało w niej przecież to, co najważniejsze, czyli wzajemne relacje. Dlatego tak ważne jest ich świadome podtrzymywanie. A nawet naprawa, gdyż ludzie nieraz umierają skłóceni, niepojednani, wypełnieni wrogością i nienawiścią.
W obliczu śmierci przychodzi inne spojrzenie, inna ocena, znika zacietrzewienie. Stajemy się ostrożniejsi, bardziej odpowiedzialni, a także łatwiej dostrzegamy własne winy i zaniedbania. Jednym słowem – z mocą odzywa się sumienie.
 

Gdyby śmierci nie było…
…wtedy życie dałoby się powtarzać. Jego powaga, poczucie jednorazowości i niepowtarzalności zniknęłyby. Niektórzy wierzą wprawdzie w reinkarnację – a więc w możliwość oczyszczenia i stopniowej poprawy. Chrześcijaństwo nie godzi się na ten rodzaj „powtórki z życia”, niemniej dzisiaj dla wielu taka droga ucieczki od ostatecznej śmierci wydaje się lepsza niż perspektywa wiecznego zatracenia w piekle.
 

Nie tylko w ten sposób uciekamy dziś od śmierci.
Banalizują ją środki masowego przekazu. Oswajamy się z nią, jakby wprost nas nie dotyczyła. Uciekamy od pogrzebów. Raczej już tylko na wsiach przetrwał zwyczaj modlenia się w domu zmarłej osoby. Popularność zyskują w krajach zachodnich pogrzeby bez grobu i nazwiska. Jeden z moich kolegów, katolicki ksiądz przebywający wiele lat za granicą, niedawno zmarł, ale jeszcze za życia załatwił sobie taki anonimowy rytuał. W Stanach Zjednoczonych rozpowszechnia się zwyczaj tzw. szybkich pogrzebów (fast funerals). Wydaje się nam, że możemy uciec od śmierci tak, jakby jej wcale nie było. I broń Boże, żeby dzieci uczestniczyły w pogrzebie...
Wielu ludzi nie chce umierać samotnie. Proszą, aby przy śmierci trzymał ich za rękę ktoś bliski. Są jednak tacy, którzy nawet modlą się o to, aby mogli umierać w samotności, najlepiej we śnie. Chcą, żeby towarzyszył im sam Jezus, aby On jeden był świadkiem ich zaślubin z wiecznością.
 

Czy można w ogóle umrzeć inaczej niż w samotności?
Ostateczne przejście dokonuje się rzeczywiście w samotności. Byłem świadkiem różnych śmierci. Widziałem, jak szeroko otwierają się wtedy oczy umierającej osoby. Jak zamykają się, jak często pojawia się uśmiech. Wtedy wiadomo, że człowiek odszedł z tego świata. Dopóki jednak pozostają po tej stronie kontakt i świadomość, umierający niemal do samego końca proszą nieraz o rozmowę. Chcą słyszeć, jak do nich mówimy. Znane są wymowne świadectwa ludzi, którzy towarzyszą odchodzącym w pokoju ducha, braku paniki czy trwogi. W ten sposób przejawia się dojrzałość wiary. To uczy.
 

Czego?
Że kiedyś to samo zdarzy się ze mną. Że może ktoś będzie mi wtedy towarzyszył. Nikt z nas nie wie, jak będzie umierać. Życzmy umierającym, aby po drugiej stronie witał ich uśmiechający się Chrystus oraz ci z najbliższych, którzy tę granicę przeszli już wcześniej.
 

Dlaczego istnieje ten drugi świat, którego stąd nie widać, z którym nie ma kontaktu?
Jest z nim kontakt. Po to między innymi się modlimy, po to istnieją religijność i wiara, aby móc obcować także z tymi, którzy odeszli. Przebijamy zasłonę tajemnicy, przedzieramy się tam. Rzecz w tym, że mówimy tu o kontakcie, którego nie da się zweryfikować zmysłami. Chcielibyśmy powiedzieć: „widziałem”, „dotknąłem”, „wierzę”. Jest w nas coś Tomaszowego. Nie lubię nazywać apostoła Tomasza „niedowiarkiem”. On tylko nie dowierzał. Chciał sprawdzić, zweryfikować, dotknąć ran zmartwychwstałego Jezusa. Jest dobrym patronem sceptyków naszych czasów, naszej współczesności. Chciał zobaczyć na własne oczy. Świadectwo innych mu nie wystarczało. Z nami jest podobnie. Próbujemy się przebić ku temu, co niewidzialne. „Prawdziwie Ty jesteś Bogiem ukrytym, Boże Izraela, Zbawco!” (Iz 45, 15). Chyba przede wszystkim Bogiem ukrywającym się, ukrywającym swoje oblicze.
 

W czym jeszcze przejawia się powaga śmierci?
Choćby w tym, że nie wiemy, kiedy umrzemy i jaka będzie nasza śmierć. Potrzebujemy umiejętności odchodzenia z tego świata – ars moriendi. Do godnej śmierci trzeba wychowywać tak, jak się wychowuje do życia. Jest to ważne zadanie dla Kościoła. Nie chodzi o nachalne powtarzanie „memento mori”. Potrzebna jest pogodna pamięć o śmierci, która uczy radości z daru życia.
W przyszłym roku skończę 80 lat. To dla mnie czas zadumy i uspokojenia – potrzebny, aby wygasić w sobie wszelkie gorycze, wznieść się ponad niechęci i uprzedzenia. To okres, gdy muszę oswajać się z tym, iż śmierć – to najważniejsze przejście i najdalsza podróż – jest coraz bliższa. Do mądrości życia i śmierci trzeba jednak wychowywać. Także siebie samego. Uczyć się tego. Nauka ta może odbywać się codziennie, choćby przy uważnym i powolnym odmawianiu końcowych słów w „Zdrowaś Maryjo”: „módl się za nami grzesznymi, teraz i w godzinie śmierci naszej”.
Wybitny myśliciel Pierre Teilhard de Chardin zwracał się do Chrystusa z prośbą: „Naucz mnie przyjmować śmierć jako Komunię”. To prośba o dobrą inicjację w nowe życie. Taka postawa rozjaśnia mroczne oblicze śmierci.
Istnieje pewien paradoks: im bardziej człowiek ceni dar życia, tym bardziej jest świadom tego, że kiedyś będzie ono miało swój ziemski koniec. Święty Augustyn pisał o stałym „odejmowaniu życia” (vitae detractio) – o tym, że życie stopniowo umniejsza się wraz z upływem czasu.
 

Wydaje się to pesymistyczne. Oto żyjąc – umieramy.
Z drugiej strony ta myśl pozwala lepiej zdać sobie sprawę z tego, co otrzymaliśmy. Przecież mogło mnie nie być. A jestem. Swoje lata przeżyłem. Nabrałem doświadczenia. I wiedzy, że po tej stronie dar życia nie jest wieczny.
Człowiek zawsze miał marzenie wyzwolenia się z ram czasu, marzenie nieśmiertelności. Jednak czas też jest darem, który niezbyt dobrze rozumiemy. Nie pojmujemy, że w chwili śmierci czas przechodzi z nami na drugą stronę. Nie zostaje bynajmniej unicestwiony. W przyszłym świecie oczekujemy nie tylko tzw. wizji uszczęśliwiającej, ale rzeczywistego uczestnictwa w życiu Boga, a więc życia i rozwoju ku jego pełni, a to jest prawem ludzkiego ducha. „Oczekuję życia w przyszłym świecie” – wyznajemy w Credo. „Chwałą Boga żyjący człowiek” – uczył w II w. święty Ireneusz z Lyonu.
 

Życie wieczne może człowiekowi dawać możliwość zmiany?
Duch ludzki nie może stać w miejscu. On się rozwija, dojrzewa w percepcji nowego świata. Dlatego teologowie mówią dziś o czasie eschatologicznym, nowym, przeobrażonym czasie Bożym, czasie świętującego stworzenia.
Nasza wieczność nie jest wiecznością Pana Boga. On nie ma początku ani końca. My natomiast mamy swój początek w czasie, który zostaje włączony w wieczne życie Boga.
Ważny jest sposób przeżywania czasu. W Psalmie napisano: „Naucz nas liczyć dni nasze, byśmy zyskali mądre serca” (Ps 90, 12). Ludzie, którzy mają żywe poczucie przemijania, potrafią mądrze i pogodnie przyjmować dar życia. Jest to mądrość nie tylko ludzi wierzących. Niewierzący także zdaje sobie sprawę, że życie ma swój kres i trzeba je dobrze i godnie przeżyć. To najważniejsza dla nas wszystkich motywacja. Często powtarzam, że najważniejszym „sakramentem” jest czynienie dobra, bycie szlachetnym i pomocnym.
Potrzebna jest nam również codzienna cnota uważności i wdzięczności. Ona pozwala cieszyć się życiem intensywniej, dziękować Bogu za każdy dobry dzień, za każdą przeżytą noc. To nieskomplikowana mądrość życia, do której często dochodzą ludzie prości, niepotrzebujący wcale ukończonych studiów filozoficznych czy teologicznych.
 

Mieliśmy rozmawiać o śmierci, a Ksiądz Profesor wyciąga z niej raczej lekcje dla życia. Czy śmierć – która w jakimś sensie jest końcem – bywa przestrzenią ogniskującą nasze doświadczenia?
Potrafi działać jak soczewka – skupiać światło, oświecać. To paradoks, ponieważ zwykle jawi się nam jako ciemność. Tymczasem śmierć ma podwójne oblicze. Boimy się tego mrocznego, ponieważ nie znamy tamtej strony, portu docelowego. Nie wiemy, jak będzie wyglądać nasze spotkanie z Bogiem i Chrystusem.
Ale jest jeszcze druga strona śmierci – mówią o niej ci, którzy się do niej w jakiś sposób przybliżyli – ta bardziej pogodna. Jest w niej coś, co otwiera na światło. Nie chodzi o to „światełko w tunelu”, lecz o metaforę światła, do której sam Chrystus często nawiązywał.
Może zatem jest tak, że umierając, człowiek jakby „wystrzela” siebie w wielką krzywiznę, zataczającą olbrzymie przestrzenie wszechświata? Podobno w tym momencie umierający wypromieniowują olbrzymią ilość energii. Wybitny teolog XX w., jezuita Karl Rahner pisał o „czynie śmierci”. Nie o śmierci biernej, poniesionej przez człowieka; nie o bezczynności czy tylko o spadaniu w nieznane, ale o czynie streszczającym całe jego życie. Może to duchowa energia tego dobra, które pojedynczy człowiek w swoim życiu nagromadził? W Apokalipsie czytamy przecież: „Tak mówi Duch: Niech odpoczną od swoich trudów, ponieważ ich czyny idą wraz z nimi” (Ap 14, 13).
 

Czego z tej perspektywy uczy chrześcijan śmierć Jezusa na krzyżu?
Chrystus umierał w męczarni. Ewangeliści Mateusz i Marek wspominają o Jego słowach na krzyżu: „Boże mój, Boże mój, dlaczego Mnie opuściłeś?” (Mt 27, 46; Mk 15, 34). To echo Psalmu (22, 2), którym modlił się konający Jezus. Są jednak rzeczywiste podstawy biblijne, aby to wołanie wyrażać także słowami: „Boże mój, Boże mój, po co Mnie opuściłeś?”. Po co, czyli w jakim celu i jaki jest sens opuszczenia przez Ojca? Już ewangelista Łukasz korygował ewentualne niezrozumienie dramatycznego okrzyku Jezusa i przypominał o Jego niezachwianej ufności: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam mojego ducha” (Łk 23, 46). Nawiązuje w ten sposób do Psalmu 31, 6: „Twoim rękom powierzam mojego ducha”. Także tymi słowami Jezus mógł modlić się w czasie długiej agonii. Ewangeliści różnie rozkładali akcenty w swoich relacjach o Jego śmierci na krzyżu.
 

Czyli konając, Jezus nie zwątpił?
Przeszedł przez mękę i krzyż po to, aby stać się największym ostrzeżeniem przed zadawaniem cierpienia innym – największym apelem na całe dzieje ludzkości o niekrzyżowanie człowieka i niezadawanie cierpienia. Tajemnica Krzyża to pełen miłosierdzia sąd nad światem, który zabija Niewinnego. To najdotkliwsza diagnoza sytuacji świata znaczonego piętnem grzechu i cierpienia. To bynajmniej nie zachęta do cierpiętnictwa. Wręcz przeciwnie – nieustanne wołanie o przezwyciężanie cierpienia. To nie przypadek, że pierwsze wczesnochrześcijańskie wyobrażenia Chrystusa ukazują Go nie jako ukrzyżowanego, ale jako Dobrego Pasterza, który szuka zagubionych i niesie na swoich ramionach.
Jezus wypełnił swoją zbawczą misję „do końca” (J 13, 1), aby uzdrowić chorą ludzką wolność i wprowadzić w dzieje świata nową wyzwalającą energię, pociągającą ludzi ku Ojcu wszechświata, przeobrażającą wzajemne relacje między ludźmi oraz między ludźmi i Stwórcą. Taki jest sens dzieła ocalenia i zbawienia.
I to jest dla nas nauka. Czyniąc dobro, promieniujemy energią, która rozjaśnia oblicze świata. Żaden człowiek nie będzie zbawicielem całej ludzkości. Według wiary chrześcijańskiej ta zdolność przysługuje jedynie Chrystusowi. Ale istniejemy przecież nie dla siebie samych, lecz także dla najbliższych, dla ludzi naszego życia – dla tych, z którymi stykamy się na co dzień, na których życie wpływamy, uszlachetniając je lub degradując. „Człowiek niech będzie szlachetny, pomocny i dobry!” – pisał Goethe.
 

Taka wizja łączy dwa wymiary: boski i ziemski.
Jest przejawem mądrości, żeby umieć „wypromieniować” jak najwięcej swojej życzliwości, dobroci i szlachetności, a więc tego, co innym przynosi poczucie sensu życia. Szkoda, że w kościelnych pouczeniach jest tak wiele moralizatorstwa, brakuje natomiast wątków egzystencjalnych, które uczyłyby właśnie pokazywania tego, co piękne, czynienia dobra, miłosierdzia i przebaczenia.
Jest to lekcja zadana wszystkim pokoleniom. Każde uczy się jej od nowa. Te dwa światy – ziemski i wieczny – przenikają się, choć tego nie widzimy i nie możemy usłyszeć tak wyraźnie, jak słów Ewangelii. Jezus obiecał: „Oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do końca świata” (Mt 28, 20). I mówił: „Zapewniam was, to, co uczyniliście jednemu z tych braci [i sióstr] moich najmniejszych, Mnie uczyniliście” (Mt 25, 40).
Tu jest właśnie ten styk życia i śmierci, wymiaru ziemskiego i boskiego. W drugim człowieku, który potrzebuje pomocy, spotykamy się z Niewidzialnym.
 

Dzieci jednak i tak nie przestaną pytać o zmarłych: gdzie oni są?
Odpowiadajmy im: nie błąkają się. Człowiek zabłąkany to ktoś, kto stracił orientację, nie może znaleźć wyjścia, ma poczucie, że nikt nie wie, gdzie on jest. Zmarli są po stronie Boga, w nowym domu, gdzie „jest wiele mieszkań” (J 14, 2). Nie wydzielajmy im specjalnych miejsc. Może potrzebują jeszcze oczyścić się z tego, co złego uczynili? Muszą trochę poczekać?
 

Czy przeczuwają, jaki los ich czeka?
Czekają na Sąd. Ale wierzę, że będzie to Sąd życzliwy. Sędzią jest Bóg miłujący ludzi. Po śmierci każdy zobaczy, jakie było jego życie. Bóg, który jest Miłością i Światłością, pomoże mu je zobaczyć. Potępi to, co było niedobrego. Jeśli ukarze, to tak, aby kara nas uleczyła, poprawiła i nawróciła.
 

Kara nie będzie wieczna?
Bóg nie chce kary, która byłaby niegodna Jego samego. Kara, która nie ma żadnego celu – która wyczerpuje się w samej tylko czynności karania – do niczego nie prowadzi. To tylko my, ludzie, potrafimy karać i nie przebaczać. Ci, którzy odchodzą, pozostają w zasięgu Bożego wzroku, Jego niepojętej troski. Tam prawdziwie jednają się z tymi, których skrzywdzili. Przedzierają się do Bożego światła, są przez Boga przyciągani.
Teologowie uważali, że moment śmierci jest dla człowieka chwilą ostatecznej decyzji. Stoisz w obliczu śmierci, masz już większe rozeznanie niż za życia. Widzisz, że istnieje ta Niewidzialna Rzeczywistość. Decyduj się. W kościelnym nauczaniu ze śmierci uczyniono granicę możliwości nawrócenia.
Wiodący od początku chrześcijaństwa przez wieki nurt nadziei na powszechność zbawienia nie ogranicza decyzji do momentu śmierci. Przekonuje, że nawrócenie możliwe jest też później. Wierzę, że ze zmarłymi może być tak jak z niegrzecznym dzieckiem, któremu rodzice mówią: idź teraz do swojego pokoju, przemyśl, co niedobrego zrobiłeś lub zrobiłaś. Potem tata lub mama pukają do drzwi: następuje pojednanie, ucałowanie, łzy, radość. Nadzieja głosi, że spotkamy się wszyscy po drugiej stronie. To jest także moja życiowa nadzieja.
 

Spotkamy się tam wszyscy bez wyjątku?
Ten nurt myślenia ma w chrześcijaństwie swoich wielkich orędowników i poważne racje. Z biegiem lat widzę ich coraz więcej. Mowa w tym nurcie bowiem o nadziei, która ma swoje argumenty. Nie jest tylko ślepą, płytką nadzieją ufającą Bogu miłosiernemu i sprawiedliwemu. Nie jest wyrazem przekonania, że Bóg przebacza, „bo to jego zawód”. Bóg nie jest naiwnym tatusiem. Potrafi nie tylko przebaczać, ale i stawiać wymagania.
Jestem przekonany, że świadectw nadziei jest w Piśmie Świętym więcej niż tych o tzw. wiecznej Gehennie. Jeżeli Bóg dopuszcza jakąś karę, jest to kara w celu poprawy, nawrócenia, uzdrowienia. Inna kara naprawdę nie byłaby godna Jego miłosiernej sprawiedliwości i sprawiedliwego miłosierdzia.
Być może nie nadszedł jeszcze czas, który sprzyjałby takiemu życzliwemu spojrzeniu na myślenie o terapeutycznej karze dla grzeszników. Oficjalna doktryna Kościoła, opowieść o przerażającym piekle, pozostaje wciąż zawieszona nad wiarą i nadzieją chrześcijan. Ale nadzieja woła głośniej niż lęk i strach. Jestem tego pewien. Gdy było się blisko śmierci, pozostaje wtedy po prostu więcej ufności i zaufania dobremu Bogu. ©℗

Ks. WACŁAW HRYNIEWICZ (ur. 1936) jest emerytowanym profesorem teologii KUL, ekumenistą, znawcą teologii prawosławnej. Należał do Międzynarodowej Komisji Mieszanej ds. Dialogu Teologicznego między Kościołem rzymskokatolickim a Kościołem prawosławnym. Wydał ponad 30 książek, w tym „Nadzieję zbawienia dla wszystkich” (1989), która wywołała najpoważniejszą dotychczas dyskusję w polskiej teologii. Stale współpracuje z „Tygodnikiem Powszechnym”.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Co jest rzadkością w kościele i co zasługuje na uznanie ks.prof.Hryniewicz często odwołuje się do wiary własnej, to wyznawanych poglądów. Po prostu nie wie czy to co mówi jest prawdą czy tylko marzeniem, nadzieją. Dla mistyka ludzie i inne czujące istoty (a także to wszystko, co uważamy za nieożywione) są zawsze wiecznie żywe, a odejścia, zwane śmiercią są tylko pozorne. Wszystko jest nieustannym przepływem. To co zwiemy ciałem jest jak rzeka, ale nie dostrzegamy nurtu wielu tysięcy kilogramów materii w różnym stanie skupienia, która przez nie przepływa w ciągu całej egzystencji. Nie zauważamy też np. promieniowania przenikającego ciała w ciągu ich życia. Ta materia i to promieniowanie nie znika, są od zawsze i w ciągłym obiegu. To warto sobie uświadomić. Podobne zjawisko dotyczy umysłu (ducha), przez który przepływa rzeka myśli, przejętych, przetwarzanych, wykreowanych i przekazywanych dalej innym istotom w różny sposób. Z tej perspektywy człowiek i inne istoty czujące są niczym "naczynia", które nieprzerwanie są napełniane i opróżniane, mające jednak możliwość wyboru i zdecydowania o tym czy to, co je napełnia (materialnego i duchowego) i to, czym emanują jest wartościowe, dobroczynne czy też przeciwnie, jest nikczemne i szkodliwe. To "naczynie" jest pozaczasowe (z poziomu konwencjonalnego jest wieczne), nie posiada formy, substancji ani granic. Jest absolutnie puste, także z samego siebie, a mimo to JEST. Do tego co przepływa przez ciało, to nie tylko pożywienie, woda i tlen. Należy też dodać wszelkie przedmioty, którymi ludzie się stale, lub doraźnie posługują. Wszystko dla mistyka jest jednym i czasem jest też pięknym, jak artysta - wirtuoz przy fortepianie, ale nie zawsze, jak żołnierz z karabinem, który budzi grozę. Co do pożywienia to też ludzie mogą wybierać. Mogą się żywić śmiercią zwierząt i jak powiedział Jezus, być ich grobami. Koszty egzystencji ludzi, jakie ponosi natura bywają różne. To też trzeba wiedzieć.

W powieści science-fiction "Bóg-imperator Diuny" Frank Herbert przedstawia refleksję na temat nieśmiertelności i łączności z dawno martwymi ludźmi, a nawet całymi pokoleniami. To jest oczywiście kanon literatury science-fiction, ale pomijając fantastykę, jest to, poza tym że traktat o władzy i o człowieku, również refleksja nad posiadaniem wspomnień wszystkich zmarłych w jednej świadomości. Pod tym względem bardzo intrygująca lektura.

... zamiast o jego "zejściu", bedziemy mówić o "przejściu"? W końcu takie jest znaczenie aramejskiego słowa "pascha" lub hebrajskiego "peschah". A co ci, co deklarują wiarę chrześcijańską, myślą, gdy wypowiadają słowa o uczcie paschalnej?

-ery i obiegającej naszą rodzimą gwiazdę Słońce. Zgodnie z prawem zachowania masy i energii, nigdzie stąd nie odejdę. Wszystko czym jestem pozostanie tutaj w ziemi, skałach, wodzie, powietrzu i istotach żywych. Na zawsze jestem planetą Ziemia i jako jej piękno pozostanę nią przenikając jej materię i energię każdym moim atomem i kwantem.

A ci co w czczych modłach wznoszą oczy i ręce wyciągają do chmurek, tak naprawdę wyciągają ręce do przepastnych czeluści Kosmosu. A swoje niedowidzące oczy zwracają w dzień do obłoków pary wodnej i nocą do zagubionych w próżni ogników gwiazd i planet. Religie powstały po to żeby Ludzkość okraść z naszej planety Ziemia i radości bycia nią na naszą wieczność. Religie są źródłem omamów prowadzących do zatracenia najwyższych wartości człowieczeństwa jak prawda, świadomość swojego istnienia w zbiorowości istot żywych, odpowiedzialność za naszą ziemi, wodę, powietrze.

Jakie religie masz na myśli? Stwierdzenie "religie powstały po to..." brzmi, jakby ktoś je "założył" tak, jak zakłada się partię polityczną lub stowarzyszenie. Żadna tak nie powstała. Poza tym jest ich taka różnorodność, że nie można generalizować procesu ich kształtowania się. Wydaje mi się, że masz na myśli głównie te religie, o których mowa w telewizji... lub internecie... i po problemach jakie sprawiają chrzešcijanie, Żydzi i muzułmanie, oceniasz ich rolę jako "okradanie". Pomijam problem źródeł - z telewizji i internetu niestety nie dowiesz się o religii, ale o ekscesach jej reprezentantów; trzeba poczytać coś wartościowego: krytykę religii należy przeprowadzać i to głównie z tego powodu, że z biegiem czasu odrywają się od swoich źródeł i pełnią rolę konserwatora stosunków społecznych, politycznych a nawet gospodarczych. Ale tutaj potrzebna jest znajomość samych źródeł, w przypadku chrześcijaństwa Biblii, a szczególnie Nowego Testamentu. Łatwo wtedy odkryć o ilu rzeczach, które były ważne dla Jezusa i apostołów nikt już dzisiaj nie wie/nie pamięta, a ile w to miejsce dodano rzeczy istotnych dla kolejnych pokoleń duchownych i teologów.

o wiedzieć nie mogą ponieważ jest niepoznawalne na naszym etapie rozwoju cywilizacyjnego. Boga, życie po śmierci mają na dodatek na wyłączność podobnie jak kontakty z Bogiem i szansę na zbawienie, które ponoć bez ich pośrednictwa nie ma szans. Uprzejmie proszę o podawanie źródeł objawianych poglądów i dowodów empirycznych na ich prawdziwość w celu krytycznej weryfikacji pozwalającej odróżniać urojenia od rzeczywistości. Tyle się tych sekt namnożyło a każda świętsza. W przeciwnym razie będę zmuszony ponawiać moje oskarżenia o kłamstwach i oszustwach czynionych w złej woli i mających na celu masowe wyłudzenia dóbr prywatnych i społecznych.

Człowiek, który uczynił ludzkie wymysły bardziej ludzkimi. Szkoda.

w y b i t n y teolog nie odkrył Ameryki pisząc, że religie żerują na strachu przed śmiercią - no i ta w i a r a w odwiedziny zmarłych w snach... mam szacunek dla osoby Profesora, ale te jego rozważania o śmierci mnie całkowicie rozczarowały - mam jedną radę dla niego i jego konsekrowanych kolegów: niech księża przestaną straszyć, owieczki przestaną się bać

Ten artykuł ma już prawie 5 lat. Wtedy ( i wcześniej) na forum, produkował się niejaki Wilga, odpowiednik dzisiejszego Eddeigo. Walczył z KK i wiarą, ogólnie powiedziawszy. Lecz jego czas przeminął, jak przemija życie. Ulubiony argument ateistów, to powiedzenie, że wierzący straszą śmiercią. A oni podobno się jej nie boją. Tylko to nieprawda. Straszyć można czymś prawdopodobnym a śmierć jest faktem. Przed faktami, można jedynie próbować uciekać. Uciekają zresztą też ludzie wierzący, którzy się nad tym nigdy nie zastanawiają. Wiara w Boga, daje nadzieję o której tak pięknie pisał o.Hryniewicz w tym artykule. Ateista chociażby z najwyższej półki, nie ma tego, jest tu, jak dziecko we mgle. I to właśnie jest najsłabszy punkt ateizmu, brak nadziei. Tu się kończy wszystko i jest charaszo. A nie jest charaszo. I nie będzie charaszo. Tylko nicość. Inaczej. Nie lękaj się. Jesteś Bożym dziecięciem, nawet wtedy, gdy o tym nie wiesz. Może zatem warto poszukać śladów Ojcowizny? Dla własnej tożsamości.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]