Reklama

Ruch wahadła

Ruch wahadła

17.04.2016
Czyta się kilka minut
Jerzy Sosnowski, pisarz: Pomimo stereotypu, że dla Polaka wolność była zawsze najważniejsza, nie jestem przekonany, czy dziś jako społeczeństwo rzeczywiście stawiamy ją na pierwszym miejscu.
Jerzy Sosnowski Fot. Justyna Cieślikowska / NEWSWEEK
M

MARCIN ŻYŁA: „Gdybym ze wszystkich wartości, jakie są w Polsce, miał dać którąś na pierwsze miejsce, dałbym wolność” – mówił ks. prof. Józef Tischner. Co w jego rozumieniu wolności przekonuje Pana najbardziej?

JERZY SOSNOWSKI: Silne powiązanie wolności z chrześcijaństwem. W Nowym Testamencie pada wprawdzie zdanie: „powołani zostaliście do wolności” – ale ponieważ wolność pozwala m.in. na wybory, które oceniamy jako niemoralne, w tradycji Kościoła katolickiego bywa postrzegana jako zgoda na zło.

Tischner próbował z tego wybrnąć. Pamiętam rekolekcje w warszawskim kościele św. Krzyża w 1985 r., podczas których przypominał, w jaki sposób wolność rozumieją egzystencjaliści. Człowiek jest dla nich niczym pająk w sieci; każda jej nić to inny wybór. Każdy wybór sytuację wolności automatycznie znosi. Paradoks polega na tym, że aby wybrać wolność, należałoby właściwie powstrzymać się od działania. Tischner przeciwstawiał temu wolność rozumianą dialogowo, jako odzew na konkretne wezwanie.

Jak dziś rozumiemy wolność w Polsce?

Nie chciałbym wygłaszać jeremiad, ale wydaje mi się, że tischnerowskie powiązanie wolności z wezwaniem – czyli z dialogiem – siłą rzeczy nie ma się zbyt dobrze w czasach, w których dialog społeczny znajduje się w sytuacji opłakanej. Pomimo stereotypu, że dla Polaka wolność była zawsze najważniejsza, nie jestem też przekonany, czy dziś jako społeczeństwo rzeczywiście stawiamy ją na pierwszym miejscu.

Obecnie wyraźnie doświadczamy, że wolność – rozumiana jako warunek wartości – wiąże się z ryzykiem, iż niektórzy ludzie dokonują wyborów, których inni nie uważają za godziwe. Powstrzymuję się przed stwierdzeniem, że część ludzi wybiera zło, gdyż to nie zawsze jest oczywiste. Mam wrażenie, że ta reakcja, którą teraz wyraźnie widać wśród części społeczeństwa, bierze się stąd, że wybiera ono raczej iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa niż wolność. Zresztą napięcie między wolnością a bezpieczeństwem to prawdziwie diabelski dylemat, który zostanie rozstrzygnięty dopiero u kresu czasów.

Czy jest to proces odwracalny, czy raczej droga w jednym kierunku?

Mam nadzieję, że to ruch wahadła. Wydaje się logiczne, że w sytuacji tragicznego wyboru pomiędzy celami, które wydają się nam równie ważne, wahamy się. Z tym że w Polsce owe wahania zostały zwiększone za sprawą specyfiki naszego doświadczenia historycznego. Wbrew bowiem temu, co chcielibyśmy o sobie myśleć, jesteśmy społeczeństwem o skromnym doświadczeniu demokratycznym. Dla większości z nas trwa ono raptem ćwierć wieku. To społeczeństwo musi na nowo rozpoznać się w warunkach wolności. Ostatnio spora jego część woli ograniczenia, które jakoby mają nam przynieść bezpieczeństwo.

Tegoroczną Nagrodę im. Tischnera otrzymuje Pan za książkę „Co Bóg zrobił szympansom?”, która – jak uznało jury – burzy „sztuczny mur rozdzielający wierzących od niewierzących”. Gdzie dziś znajduje się ten mur?

Nie ma powodu, by zacierać spór między wierzącymi a niewierzącymi, choć trzeba pamiętać, że jest to spór, który daje się stopniować. Tam nie ma muru; to całe spektrum spotkań wiary i niewiary.

Silniejszy jest podział na tych, którzy zdają sobie sprawę z tego, że ludzkie doświadczenie nie pozwala na pewność, oraz tych, którzy ufają, że posiedli prawdę. Jest on prostopadły w stosunku do podziału na wierzących i niewierzących. Jako zwolennik pierwszej z tych postaw z wieloma wierzącymi nie potrafię się dogadać.

Odpychają mnie od siebie granitową pewnością, zacietrzewionym przekonaniem, że przecież „posiedliśmy prawdę” i „jest tak, jak mówimy”. Tak samo nie umiem rozmawiać z niewierzącym, który nawet roboczo, dla dobra dialogu, nie potrafi hipotetycznie zawiesić przekonania, że ateizm na pewno ma rację.

Są natomiast tacy wierzący i niewierzący, którzy zdają sobie sprawę z tego, że rzeczy zapewne są znacznie bardziej skomplikowane, i choć Prawda istnieje, przypomina linię asymptotyczną w matematyce. Innymi słowy: możemy się do niej zbliżać, ale linia naszego życia przetnie się z nią dopiero w nieskończoności.

Czy dziś czyta się Tischnera inaczej niż przed laty?

Przed naszą rozmową próbowałem sobie uświadomić, kiedy po raz pierwszy zauważyłem istnienie ks. prof. Tischnera. Nie umiem tego stwierdzić. Pamiętam, że w 1980 r. – miałem wtedy 18 lat – był on w oczywisty sposób jednym z autorów „Tygodnika Powszechnego”. Potem przyszło zachłyśnięcie się „Etyką solidarności”, która pozostaje moją ulubioną książką jego autorstwa.

Dziś, gdy wracam do Tischnera, czynię to z dużym niepokojem. Ów niepokój najłatwiej będzie mi wytłumaczyć za pomocą anegdoty literackiej. Jedno z opowiadań Borgesa opiera się na pomyśle, że ktoś odkrywa zapiski zapomnianego genialnego matematyka z czasów średniowiecza – i uświadamia sobie, że gdyby jego pisma były znane wcześniej, rozwój matematyki poszedłby w zupełnie inną stronę. Jednak dziś – w XX w., kiedy powstało opowiadanie – nie ma już do tego powrotu. Matematyka rozwinęła się w taką stronę, że nie ma już jak się cofnąć i wykorzystać genialnych intuicji owego matematyka.

Wydaje mi się, że intuicje Tischnera – intuicje bardzo mi bliskie, które pomogły mi kiedyś w przezwyciężeniu kryzysu światopoglądowego – zostały odłożone na bok.

Mam na myśli m.in. podkreślanie, iż chrześcijaństwo tym się różni od innych systemów religijnych, że nie jest systemem nakazów, które należy egzekwować – jeśli się nie da inaczej, to nawet za pomocą państwa – lecz pozostaje zachętą, wezwaniem. W chwili, gdy wyposaży się je w aparat przymusu, zachęta czy wezwanie tracą swoją specyfikę. Nie można nakazać miłości. Można wyegzekwować posłuszeństwo – ale to nie jest to samo.

Chciałbym wierzyć, że – inaczej niż w tym opowiadaniu Borgesa – można wrócić do ścieżki myślenia Tischnera. Boję się jednak, że paradoksalnie w tej chwili znajdujemy się dalej od niej, niż wtedy, u schyłku PRL-u.

Za sprawą czego?

Chyba za sprawą początkowego zachłyśnięcia się wolnością, które przyniosło nam całą masę zgryzot. A także dlatego, że to, co proponował Tischner, jest – wbrew temu, co imputowali mu jego polemiści – bardzo trudne. Wystarczy prześledzić rozwój moralny dziecka. Najpierw jest etap, gdy funkcjonuje ono na zasadzie „wolno/nie wolno”. Potem przychodzi etap „wypada/nie wypada”. Dopiero w następnej kolejności dochodzi się – lub nie – do etapu „mógłbym to albo tamto”. To jest właśnie ta wolność, swoboda wyboru, która wcale nie musi znosić tego, czego nauczyliśmy się we wczesnym dzieciństwie, lecz dokłada do tego pewne wybory świadome.

Wierzę w sukces wolności i zdolności samowychowawcze społeczeństwa. W Polsce zostało nam jednak jeszcze kilka kroków do tego ostatniego etapu. Oby udało się nam go osiągnąć w dającym się przewidzieć czasie. ©℗

Autor artykułu

Marcin Żyła jest dziennikarzem, a od stycznia 2016 r. również zastępcą redaktora naczelnego „Tygodnika Powszechnego”. Do zespołu pisma dołączył przed ośmioma laty. Od początku europejskiego...

Napisz do nas

Chcesz podzielić się przemyśleniami, do których zainspirował Cię artykuł, zainteresować nas ważną sprawą lub opowiedzieć swoją historię? Napisz do redakcji na adres redakcja@tygodnikpowszechny.pl . Wiele listów publikujemy na łamach papierowego wydania oraz w serwisie internetowym, a dzięki niejednemu sygnałowi od Czytelników powstały ważne tematy dziennikarskie.

Obserwuj nasze profile społecznościowe i angażuj się w dyskusje: na Facebooku, Twitterze, Instagramie, YouTube. Zapraszamy!

Newsletter

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]