Reklama

Równość czy równanie w dół?

Równość czy równanie w dół?

w cyklu Woś się jeży
10.06.2020
Czyta się kilka minut
Nie żałujcie górnikom postojowego. Cieszcie się, że mają lepiej od was. Tylko tak możemy wydobyć się z chorej logiki równania w dół i zacząć wreszcie iść w górę.
Rafał Woś / FOT. GRAŻYNA MAKARA
J

Jeden z bohaterów „Gry o tron” Ned Stark uczył swoje dzieci, by nie wierzyły w żadne zapewnienie, po którym pojawia się zdradzieckie „ale”. Ned – jak wiadomo – skończył marnie. Zapewne dlatego, że sam się do własnej nauki nie stosował. Ja jednak sobie to Starkowe credo dobrze zapamiętałem. Bywa ono niezwykle użyteczne w analizowaniu tego, co dzieje się wokół nas.

Wszystkie twarze „niby-troski”

Jak ostatnio, gdy zawrzało na wieść o decyzji rządu, że pracownicy dwunastu kopalń (zamkniętych z powodu COVID-19) otrzymają 100 proc. wynagrodzenia postojowego. Lub raczej „ochronnego” – jak zaczęto nazywać ten górniczy przywilej w kręgach władzy. „Nie żałujemy górnikom ich postojowego, ALE…” – brzmiała ogromna większość reakcji na to posunięcie. Wyliczmy te (wypowiedziane i niewypowiedziane) zastrzeżenia:

ALE dlaczego inne grupy zawodowe mają postojowe w wysokości 80 proc. płacy minimalnej?

ALE dlaczego 100 proc. zarobków nie dostają od państwa fryzjerzy, przedsiębiorcy, artyści i inni?

ALE przecież to jest dzielenie ludzi „na równych i równiejszych”.

ALE przywilej przyniesie nową powszechną falę „hejtu na Śląsk i górników”.

ALE to jest „kiełbasa wyborcza” i kupowanie sobie przez rząd spokoju społecznego za „nasze” pieniądze.

I tak dalej. W takim mniej więcej duchu wypowiedziało się (lub napisało) w ciągu paru minionych dni bardzo wielu polityków, publicystów, aktywistów oraz innych uczestników debaty publicznej. Mało tego, nawet członkowie rządzącej koalicji próbowali tłumaczyć, że przecież „ochronne” to nie jest żaden przywilej. Na przykład szef koalicyjnego Porozumienia Jarosław Gowin klarował (w rozmowie z Beatą Lubecką w Radiu Zet), że nie ma mowy o utrzymaniu górniczych pensji na przedcovidowym poziomie. Przecież w normalnych czasach składają się na nie także przeróżne dodatki i dopiero one tworzą pełne górnicze uposażenie.

Nikt (ja przynajmniej takich głosów nie słyszałem) nie mówił za to: „nie żałujmy górnikom BEZ ŻADNEGO ALE”. My – przedstawiciele innych zawodów – nie zdajemy sobie sprawy, jak ciężka jest ich praca i jak niepewne są rokowania dla całej branży. Branży, która od lat oddaje się marzeniom o przestawieniu na czystsze technologie pozyskiwania energii. Tymczasem to na węglu opiera się ciągle ogromna część polskiej gospodarki i naszego codziennego komfortu.

Te wszystkie przejawy narodowej „niby-troski” o górników (piszę „niby-troski”, bo zaraz przychodzi owo „ale”) nie są jakoś szczególnie zaskakujące. Dość dobrze wpisują się w specyficzne pojmowanie równości, które ukształtowało się we współczesnej Polsce.

Równość czy równanie do dna?

Bo u nas „równość” jest hasłem (wbrew pozorom) dość chodliwym. Najczęściej powołują się na nie jednak zwolennicy równości rozumianej jako… równanie do dna.

Kilka przykładów z ostatnich lat.

1. Ilekroć w najnowszej historii III RP toczyła się rozmowa o groźbie niskich emerytur i potencjalnej niewydolności systemu, niezawodnie pojawiał się argument: najpierw zlikwidujmy emerytalne „przywileje”. Głównie służb mundurowych (inny wiek emerytalny i bardziej korzystna zasada ich naliczania) oraz rolników (niskie składki). Rozważania na ten temat zazwyczaj zastępowały sedno problemu polskich emerytur: to znaczy ich częściową prywatyzację i przejście od systemu zdefiniowanego świadczenia do systemu zdefiniowanej składki.

2. Ilekroć w III RP była mowa o zarobkach nauczycieli, to niezmiennie pojawiał się temat ich Karty – czyli zestawu pochodzących jeszcze z lat 80. XX wieku uregulowań pracowniczych – korzystniejszych niż w kodeksie pracy. Najlepiej więc, by ta Karta zniknęła na dobre.

3. W miarę popularyzacji w Polsce śmieciówek (czyli umów o pracę omijających kodeks pracy) zaczęto argumentować wręcz, że „etatowcy” są uprzywilejowani wobec pozostałych pracowników. Przysługuje im bowiem cały zestaw praw, których nie mają zatrudnieni na zasadzie umowy-zlecenia albo kontraktu B2B (samozatrudnienie). W imię równości powinno się więc w zasadzie wyrzucić do kosza kodeks pracy jako komunistyczny przeżytek.

We wszystkich tych przypadkach pojawiała się figura „świętych krów”. A sposobem na rozwiązanie problemu – odebranie im szczególnego statusu. Bo nawet jak nie szkodzi wprost, to przecież denerwuje ludzi i rodzi napięcia. To było właśnie owo równanie do dna. Mechanizm, który sprawiał, że w warunkach konkurencyjnego systemu wolnorynkowego prawa pracownicze oraz świadczenia socjalne ulegają automatycznemu stałemu pogorszeniu.

Przywileje zawsze tylko u „tamtych”

Trudno nie zauważyć, że postrzeganie tego, co jest przywilejem, a co nim nie jest bardzo mocno łączy się z kwestią klasową. Zwróćmy uwagę, że najostrzej opinia publiczna reaguje zwykle na wystające ponad przeciętną uprawnienia grup takich jak górnicy, rolnicy albo policjanci. Czyli zawodów, w których rzadko aktywna jest wyższa klasa średnia (ze szczególnym uwzględnieniem inteligencji). To znaczy właśnie ta klasa społeczna, która w kapitalistycznych społeczeństwach mieszczańskich kontroluje przekaz medialny.

Z tego specyficznego punktu widzenia praca górnika, rolnika czy policjanta jest oczywiście abstrakcyjna, a odmienne regulacje (np. możliwość skorzystania z wcześniejszej emerytury) trudne do zaakceptowania. Ale mechanizm działa także w drugą stronę. Wyższa klasa średnia dużo rzadziej mówi o systemowych przywilejach, z których sama korzysta: na przykład preferencyjnych stawkach podatkowych dla przedsiębiorców albo rozmaitych preferencjach dla wolnych zawodów (najlepszy przykład to oczywiście 50-proc. koszty uzyskania przychodu). Te rozwiązania nie rażą, bo wydają się tej (naszej?) klasie społecznej zrozumiałe albo wręcz naturalne.

Coś się zmienia?

Do niedawna na bardzo podobnej zasadzie w głównym nurcie opinii publicznej bezpardonowo zwalczane były związki zawodowe. Na instytucję tę nie patrzono jak na kolejny istotny bezpiecznik ładu demokratycznego – na przykład wolne sądy czy sprawna administracja – tylko jak na anachronizm, postkomunistyczny chwast na poletku zdrowej rynkowej gospodarki. Branże uzwiązkowione do dziś uważane są przez wielu za niesprawiedliwie uprzywilejowane. „Proszę zauważyć, że górnictwo węgla kamiennego zdominowane jest przez ogromne, przeważnie kontrolowane przez Skarb Państwa spółki. Zakłady fryzjerskie to (zaś – przyp. red.) sektor rozproszony, bez silnej reprezentacji i organizacji związkowych zdolnych do organizacji głośnych protestów. Nikt nie wyprowadzi masowo fryzjerów na ulice” – mówił kilka dni temu w rozmowie z „Business Insiderem” Marek Tatała z FOR.


Polecamy: "Woś się jeży" - autorska rubryka Rafała Wosia w serwisie "Tygodnika Powszechnego"


 

W ostatnim czasie coś się jednak zmienia. I sprawia, że głosy takie jak ten powyżej nie są już dominujące. Dzieje się tak głównie z powodu postępującej prekaryzacji wielu zawodów inteligenckich (w tym choćby samego dziennikarstwa). W związku z tym zderzeniem z realiami wolnego rynku wśród inteligencji pojawiło się większe zrozumienie dla potrzeby obrony praw pracowniczych. Uzwiązkowieni górnicy ze skazanego na wymarcie gatunku przeistaczają się… we wzór do naśladowania.

„Górnicy to grupa, która potrafi się zorganizować i wspólnie ostro walczyć o swój interes. Nawet jeśli godzi to w poczucie estetyki społecznych arbitrów elegancji” – napisał niedawno w „Super Expressie” Tomasz Walczak. A ja się z nim zgadzam. Bo w kapitalizmie tylko realna siła i determinacja w obronie swoich interesów potrafią wystraszyć każdą władzę. Tak polityczną jak korporacyjną. Dlatego nie żałujcie górnikom 100 proc. postojowego. Cieszcie się, że mają lepiej od was. Bo tylko tak możemy wydobyć się z chorej logiki równania w dół. I zacząć wreszcie iść w górę.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarz ekonomiczny, laureat m.in. Nagrody im. Dariusza Fikusa, Nagrody NBP im. Władysława Grabskiego i Grand Press Economy, wielokrotnie nominowany do innych nagród dziennikarskich, np...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

No tak. Analogiczną logikę stosują przeciwnicy PiS w sprawie 500+. Dlaczego dawać rodzinom i to jeszcze wielodzietnym. Po co tyle dzieci? A taki singiel, czy singiel + zwierzę też ma potrzeby. Nie godzimy się, aby z naszych podatków wspierać cudze dzieci. A niektórzy idą dalej. Ludzi też za dużo. I tylko śmiecą.

cała branża górnicza miliardami dotowana rok w rok przez podatników, nadaje się do likwidacji a nie do postojowego
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]