Restauracje i samoloty „tylko dla dorosłych”. Czym skończy się spór o strefy bez nieletnich?

Wypowiedzenie na głos zdania „nie lubię dzieci” zaczyna być deklaracją światopoglądową. Czy wprowadzenie „stref wolnych” od najmłodszych jest możliwe? I jakie może przynieść społeczne konsekwencje?
Czyta się kilka minut
Zabawa dzieci w parku w Pszczynie. 22 kwietnia 2018 r. // Fot. Adrian Ślązok / Reporter
Zabawa dzieci w parku w Pszczynie. 22 kwietnia 2018 r. // Fot. Adrian Ślązok / Reporter

Kobieta w ciąży ciągle jeszcze budzi pozytywne reakcje. Ustępuje się jej miejsca, przepuszcza w kolejce. Ludzie uśmiechem reagują na widoczny brzuch, próbując go dotknąć nawet wbrew jej woli. Traktowana jest jak talizman. Dziecko w macicy jest dobre, niewinne i oczekiwane.

Sytuacja zmienia się, gdy przychodzi ono na świat. Jego matka częściej niż słowa wsparcia słyszy narzekanie na płacz lub śmiech dziecka. Bywa, że nie widzi chętnych do pomocy, by wydostać się z wózkiem z tramwaju, bo przecież „mogła nie zachodzić w ciążę”. Gdy wchodzi do samolotu, widzi dezaprobatę na twarzach podróżnych. Na rynku najmu mieszkań oferty dla osób „bez dzieci i zwierząt” to już norma.

Powiedzenie na głos „nie lubię dzieci” bywa dziś deklaracją światopoglądową. Coraz więcej osób, zwłaszcza w dużych miastach, postuluje wprowadzenie stref wolnych od nich. Mówią, że chcą spokojnie zjeść, pracować, odpocząć i podróżować. To już więcej niż trend: nieformalny ruch, który w przyszłości może chcieć zrealizować swoje postulaty.

Czy są one zgodne z prawem? I jaki wpływ na społeczeństwo może mieć oddzielenie dzieci od dorosłych?

Na równi z pijanymi

Child-Free Zone to nie nowość w krajach rozwiniętych, choć w państwach Unii wprowadzanie takich stref bywa zdecydowanie trudniejsze poprzez restrykcyjne przepisy antydyskryminacyjne. Europie zależy na dzietności, więc tego typu pomysły uchodzą raczej za lokalne fanaberie, które szybko weryfikuje rynek, gdy stałymi i najwierniejszymi klientami okazują się rodzice.

Co innego w USA. Już samo posądzenie Amerykanina o dyskryminację jest odbierane jako dyskryminacja i atak na jego wolność. Obok lokali gastronomicznych, sklepów i atrakcji dla ogółu, funkcjonują więc też te z zakazem wprowadzania dzieci. Zdarzają się kontrowersje i gorące dyskusje lokalnych społeczności, ale kończą się przejściem do porządku dziennego nad zakazem. Amerykańskie linie lotnicze od lat bezskutecznie debatują nad wprowadzeniem takich stref w samolotach, powołując się na komfort pasażerów. Nie jest tu niczym zaskakującym, gdy podobne słowa wypowiadają najważniejsi politycy lub wykładowcy renomowanych uczelni. „Kto z nas o tym nie marzy. Pragnienie spokoju jest czymś głębokim” – komentował wyniki ankiety przeprowadzonej przez PhotoAiD Samuel Engel, wykładowca Boston University’s Questrom School of Business.

Wspomniane badanie wykazało, że 80 proc. podróżujących Amerykanów popiera ideę lotów tylko dla dorosłych, a 83 proc. tej grupy stanowią rodzice. Wśród respondentów sprzeciwiających się całkowitemu zakazowi lotów z dziećmi prawie 70 proc. odpowiedziało, że mimo to będą wspierać przynajmniej wyznaczenie stref wolnych od nich podczas lotów długodystansowych. Engel zauważa jednak, że wprowadzenie w życie takiego zakazu nie jest możliwe choćby z uwagi na koszty przystosowania samolotów. Zastanawia się też, czy zakaz nie powinien zostać rozszerzony na innych kłopotliwych pasażerów. I zestawia podróżujące dzieci z pasażerami pod wpływem alkoholu. „Co jest gorsze: dzieciak oglądający iPada czy zakrapiana impreza kawalerska w drodze do Pragi?” – pyta.

Osiedle tylko dla wybranych

W Polsce jedną z pierwszych dużych debat na ten temat mieliśmy w 2019 r., gdy poznańska restauracja Parma & Rukola opublikowała na swoim profilu zdjęcie zniszczonego stolika i oświadczyła, że po namyśle podjęto decyzję o zakazie wstępu dla dzieci poniżej 6. roku życia. „Nie wszystkie dzieci są takie same, ale nie będziemy robić selekcji” – argumentowali restauratorzy.

Oświadczenie zaowocowało nawoływaniem do bojkotu restauracji, a ocena lokalu zaczęła dramatycznie spadać. Wahadło wychyliło się także w drugą stronę. Do knajpki tłumnie przybywali ludzie, którzy – jak twierdzili – od dawna czekali na tak odważny krok. Dziś po lokalu nie pozostał ślad na mapie Poznania. Ale kopalnią wiedzy na temat emocji i argumentów w tej sprawie są pozostawione na googlowskiej wizytówce oceny. „Będąc ojcem dwójki, całkowicie popieram właścicieli. Jeśli ktoś nie potrafi uszanować czyjejś własności, to niech siedzi w domu i je pomidorową” – komentował Przemysław. „W końcu miejsce, które jawnie przeciwstawia się ideologii, że jak jest dziecko, to może robić wszystko bez konsekwencji, bo jest małe” – dodawał Czak.

W debacie o „strefach wolnych” nie mówimy już tylko o lokalach usługowych. W 2021 r. jeden z deweloperów ogłosił rozpoczęcie na Śląsku budowy osiedla bez dzieci. Zaprojektowała je pracownia Ekotektura. „Założenie było takie, że nie ma tam infrastruktury ani miejsca, żeby zapewnić place zabaw, więc inwestor wpadł na pomysł, żeby od początku ogłaszać się jako osiedle bez dzieci” – bronił koncepcji architekt Piotr Pyrtek, podkreślając „równowagę rynkową”, skoro większość inwestycji reklamuje się jako przyjazne rodzinom.

Wyegzekwowanie zapisu, że kupujący nie zdecyduje się na rodzicielstwo, jest prawnie niemożliwe. Dlatego twórcy postawili na stworzenie „warunków niesprzyjających posiadaniu dzieci”. Pomysłodawcami podobnych rozwiązań są przedstawiciele pokolenia, które samo wychowało się na osiedlowych trzepakach, kopiąc piłkę między blokami. Jako dorośli doszli do wniosku, że place zabaw trzeba wyprowadzić jak najdalej od mieszkań, a sport eksmitować na podmiejskie „orliki”.

Mizoginia czy inkluzywność?

Zjawisku przygląda się dr Angelika Szelągowska-Mironiuk, psycholożka i dyplomowana psychoterapeutka. – Dzięki rozwojowi wrażliwości społecznej nie godzi się powiedzieć publicznie, że np. w muzeum czy w centrum miasta nie życzymy sobie osób z niepełnosprawnościami lub o innym odcieniu skóry. A jednak w wielu kręgach dopuszczalne jest stwierdzenie, że nie chcę w danym miejscu dzieci – mówi ekspertka. Jej zdaniem to jawna dyskryminacja, a deklaracja „nie lubię dzieci” jest uprzedmiotawiająca. – Dzieci nie są istotami samowystarczalnymi. Dla przetrwania i rozwoju potrzebują dorosłej osoby. Tworzenie stref Child-Free oznacza więc nie tylko zamknięcie przestrzeni dla dzieci, ale także ich opiekunów – podkreśla psycholożka i dodaje: – Osoba postawiona w takiej sytuacji może oczywiście wybrać inne miejsce, o ile żyje w większym mieście. Jeśli jest to jedyny lokal dostępny komunikacyjnie dla danej kobiety, to dostaje ona komunikat: „nie chcemy cię tutaj”. Niechęć do dzieci ściśle wiąże się zatem z mizoginią.

Dr Szelągowska-Mironiuk zwraca uwagę, że sami rodzice potrzebują czasami spędzić czas bez dzieci. – Nie oszukujmy się jednak, że w tworzeniu coraz większej liczby miejsc, gdzie dzieci mają wstęp wzbroniony, chodzi o troskę o rodziców. Ma to wiele wspólnego z darwinizmem społecznym, czyli wykluczaniem słabszych i potrzebujących wsparcia – ocenia psycholożka.

Z kolei zdaniem Edyty Brody, twórczyni portalu bezdzietnik.pl wspierającego świadomą bezdzietność, problem niechęci do dzieci w przestrzeni publicznej wynika paradoksalnie z inkluzywności. – Dawniej przestrzeń publiczna należała wyłącznie do dorosłych. Dzieci głosu w niej nie miały, co negatywnie odbijało się również na ich matkach. Zostały zmarginalizowane i zepchnięte do stref dziecięcych. Dziś kobiety odzyskują przestrzeń publiczną. Z dzieckiem można wejść wszędzie i to sprawiło, że wiele osób zatęskniło za miejscami tylko dla dorosłych – mówi.

Kilka lat temu autorka na swoim blogu pokazała czytelnikom anglojęzyczną przeglądarkę, która umożliwiała znalezienie lokali i hoteli, w których nie spotkamy dzieci. Idea spotkała się z tak dużym zainteresowaniem, że zgłosiła się do niej grupa programistów z propozycją stworzenia podobnej aplikacji w języku polskim. – Odzew ze strony biznesu gastronomicznego i hotelarskiego był duży, aplikacja była chętnie odwiedzana, mając ok. 2 tysięcy wejść dziennie. Sporo ofert pochodziło od przedstawicieli branży agroturystycznej czy niewielkich, klimatycznych hotelików. Co ciekawe, uzasadnieniem dla ograniczeń nie zawsze było przekonanie, że potrzebne są strefy Child-Free. Bardzo często właścicielom chodziło o to, by dzieci nie brudziły pieczołowicie wykończonych wnętrz, nie niszczyły zabytkowych mebli. Było też sporo barów, które nastawiały się na nocne rozrywki przy alkoholu – komentuje współtwórczyni aplikacji bez-dzieci.pl.

Zainteresowanie nie przełożyło się jednak na rozwój aplikacji. Wielu przedsiębiorców było niechętnych, by mówić głośno o nastawieniu na wypoczynek bez dzieci, wystawiając się na ostracyzm społeczny. Projekt wygaszono.

– Potrzeba istnienia stref bez dzieci istnieje. Jest wiele miejsc, które oferują tego typu wypoczynek. Organizowane są turnusy i wycieczki tylko dla osób dorosłych. Ten segment wciąż się rozwija, tylko niszowo i raczej po cichu – mówi Edyta Broda.

Nie będę pracować na pani dziecko

Bywa, że za niechęcią do dzieci stoi pokoleniowe poczucie niesprawiedliwości. Podczas zaobserwowanej niedawno kłótni w wagonie ciszy relacji Warszawa-Kraków starła się młoda dziewczyna próbująca pracować zdalnie ze starszą kobietą stającą w obronie matki z płaczącym dzieckiem. „Jak się jedzie z nieprzewidywalnym dzieckiem, to nie kupuje się miejsca w wagonie ciszy. Ja tu pracuję na pani emeryturę i 500 plus tego bachora!” – wykrzyczała zirytowana dziewczyna. „A pani myśli, że od dziecka sama pracowała na siebie?” – kontrowała staruszka.

– Wielu bezdzietnych czuje się rozgoryczonych tym, że państwo traktuje ich jak piąte koło u wozu albo „bankomat”. Rozbudowane programy socjalne kierowane do rodziców finansowane są również z podatków bezdzietnych – mówi Edyta Broda. Winę za to ponoszą politycy, którzy przez lata nie wypracowali odpowiedniej edukacji prospołecznej i obywatelskiej. W świecie indywidualistów programy socjalne czy wspieranie grup szczególnie wrażliwych to trigger uruchamiający sprzeciw.

Problem zauważa również dr Szelągowska-Mironiuk. Jej zdaniem poczucie bycia „sponsorem” bierze się z mówienia o dzieciach niemal wyłącznie w kontekście gospodarczym. – Wiemy, że system ubezpieczeń społecznych opiera się na zastępowalności pokoleń, jednak w żadnym stopniu nie usprawiedliwia to traktowania dzieci jako kogoś, kto jest nam winny pracę na naszą rzecz. Dzieci zasługują na szacunek nie dlatego, że kiedyś będą wyrabiać PKB, ale dlatego, że są ludźmi. Prawa człowieka, a więc też prawo do gromadzenia się czy przemieszczania, przysługują nie tylko tym, którzy generują dochód – zauważa psycholożka.

W stronę egoizmu

Według niej w dłuższej perspektywie wykluczanie dzieci i ich opiekunów będzie miało negatywne skutki dla wszystkich. – Osoby opiekujące się dziećmi również potrzebują kontaktu z innymi dorosłymi, tak samo zresztą jak dzieci potrzebują dostępu do świata dorosłych. Poczucie samotności młodego rodzica może sprzyjać depresji i wypaleniu rodzicielskiemu, które fatalnie przełoży się na jego relacje z samym dzieckiem – zaznacza dr Szelągowska-Mironiuk.

Przyszli młodzi dorośli, którzy wyrosną z wykluczanych dzieci, zmierzą się z brakiem zdolności do empatii i współczucia. Sami zaczną wykluczać kolejne grupy społeczne na skalę dzisiaj nam nieznaną. Wprowadzając Child-Free Zone, prosimy się o poważny kryzys więzi, czyli podstawowego spoiwa społeczeństwa.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Jerzy Skakun dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 25/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Tylko dla dorosłych