Reporterzy w granicach rozsądku

W rosyjskich mediach od czterech lat obowiązują zasady czasów wojny. Trwa mobilizacja wysiłków na rzecz poprawy wizerunku władzy i kraju oraz wyciszanie tematów “niepoprawnych politycznie", w tym prawdziwej wojny, jaka toczy się na Kaukazie Północnym. Dotyczy to zwłaszcza głównego propagandowego filaru, na którym wspiera się władza - telewizji.
Czyta się kilka minut

Zaraz po zakończonej sukcesem parlamentarnej kampanii wyborczej “czwarta władza" ochoczo przystąpiła do wykonania kolejnego politycznego zamówienia “władzy pierwszej": umiłowany przywódca narodu ma wygrać marcowe wybory już w pierwszej turze.

Lepienie prezydenta

W rosyjskich mediach zrodziła się “nowa świecka tradycja" - pod koniec grudnia prezydent Putin odrywa się na trzy godziny od ważnych spraw wagi państwowej i za pośrednictwem telewizji kontaktuje się z narodem. Naród zadaje pytania, a prezydent odpowiada. W tym roku Rosjanie zadali prezydentowi półtora miliona pytań. Prezydent odpowiedział na 68 z nich, w tym na jedno zasadnicze: czy będzie startował w wyborach prezydenckich za trzy miesiące (czyżby ktokolwiek przypuszczał, że odpowiedź może być negatywna?). Pozostałe setki tysięcy pytań posłużą analitycznym oddziałom Kremla w usprawnieniu kampanii propagandowej na rzecz przekonania obywateli do głosowania na jedynie słusznego kandydata.

Według słów jednej z rosyjskich dziennikarek o prezydencie publicznie można mówić jak o nieboszczyku - albo dobrze, albo wcale. Prezydent sam może nic nie mówić, wystarczy, że dziesięć razy dziennie pokażą go dwa ogólnokrajowe kanały telewizyjne. Utrwalą w ten sposób “wytworzony" w czasie pierwszej kadencji obraz roztropnego polityka, z troską pochylonego nad losem kraju, a jednocześnie młodego, zdrowego, trzeźwego i wysportowanego człowieka, który równie dobrze czuje się na elitarnym raucie, co w skromnej chacie syberyjskiego drwala.

Jeśli chodzi o mistrzostwo słowa, to Władimir Putin ma na swoim koncie kilka wypowiedzi, które wryły się w pamięć społeczeństwu. Zwłaszcza podczas operacji “Dziedzic" w 1999 r., kiedy w ciągu zaledwie kilku tygodni trzeba było mocno zaakcentować pojawienie się na scenie politycznej nowego gracza. Na dodatek gracza, który zgarnia najwyższą pulę. Specjaliści od telewizyjnego wizerunku powtarzali zatem aż do pożądanego skutku emocjonalne groźby rzucone przez kandydata pod adresem czeczeńskich terrorystów, pokazywali Putina w mundurze marynarza, kasku pilota, tubietiejce, w garniturze i kimonie. Zadziałało.

Zadziała i teraz. Tym bardziej, że przez ostatnie cztery lata ekipa prezydencka, która większość czasu i energii poświęciła na udoskonalenie metod utrzymania się u władzy, główny akcent w walce o swój spokojny sen położyła na oczyszczenie medialnego pola.

Prawda ekranu

Dlaczego w Rosji “telewizja jest najważniejszą ze sztuk"? Tę parafrazę hasła wodza rewolucji październikowej można by dziś zastosować w odniesieniu do każdego kraju. Ale w Rosji telewizja jest nie tylko nośnikiem informacji, masową rozrywką czy instrumentem propagandy. Telewizja jest państwowotwórczym medium, scalającym ogromne terytorium, rozpięte od Smoleńska po Władywostok. Dlatego obraz wykreowany na srebrnym ekranie musi nieść odpowiednio spreparowane treści i nie pozostawiać pola do rozmyślań. Brak możliwości zweryfikowania podawanych “przez telewizor" prawd stwarza władzy nieprawdopodobne wprost możliwości manipulacji.

Rozumiał to doskonale młody prezydent, który urzędowanie rozpoczął od usunięcia z dwóch najpopularniejszych kanałów telewizyjnych - ORT i NTW - ich właścicieli: media-magnatów Borysa Bieriezowskiego i Władimira Gusińskiego, którzy nie zrozumieli, że czasy się zmieniły i że krytyka głowy państwa nie jest mile widziana. Warto przypomnieć, że Kreml zastosował w walce przeciwko opornym mediom zabójczą broń, super skuteczną, nie pozostawiającą śladów bicia: przejęcie kontrolnego pakietu akcji (ORT) i przejęcie za długi na podstawie orzeczenia sądu (NTW). Dziennikarze NTW organizowali akcje protestu (w obronie lubianej stacji telewizyjnej zebrał się bodaj ostatni w “nowej Rosji" prawdziwy spontaniczny społeczny wiec), wzywali pomocy. Na próżno. Przekształcona, a właściwie odkształcona NTW działa do dziś, mało jednak przypomina poprzedniczkę. Jak mówią nieoficjalnie sami dziennikarze, działa “czynnik strachu" (tytuł jednego z popularnych programów tej stacji). Na ironię zakrawa fakt, że nawet polityczny talk-show “Wolność słowa", który za najważniejsze zadanie stawiał sobie pokazywanie na żywo reakcji zgromadzonej w studiu publiczności, od roku jest rejestrowany i dopiero po uzyskaniu wewnętrznej akceptacji prezentowany telewidzom.

Wydaje się, że krajobraz po bitwie o media do złudzenia przypomina sterowaną przez Wydział Ideologiczny KC KPZR radziecką szkatułkę propagandową, która przemawiała patetycznym głosem spikera sławiącego urodzaj na polach pod Krasnodarem. Sytuacja nie jest jednak tak jednoznaczna. Wprawdzie powszechnie działa telefoniczne prawo (tak nazywano w czasach Breżniewa interwencje i zamówienia kierowane pod adresem mediów przez partyjną górę; tak nazywa się też dzisiejszą praktykę wydawania dyrektyw przez prezydencką administrację odnośnie prezentowanych “treści programowych"), ale władza nadal ma ambicje, aby “uspokajanie" niepokornych mediów nie wyglądało na represyjne działanie cenzury. Kneblowanie ust dziennikarzy ma być dziełem ich własnych rąk.

Przełomowe momenty

Podczas ostatniej wizyty w Stanach Zjednoczonych prezydent Putin zaatakowany za duszenie wolności mediów bez zająknienia odparł, że w Rosji nigdy nie było wolności, w tym wolności mediów, przeto teraz nie ma czego żałować.

Prezydent wykazał się niedoskonałą pamięcią. W czasach Borysa Jelcyna wprawdzie też trudno było mówić o pełnej wolności, istniały jednak przynajmniej alternatywne media, niepaństwowe, niepodlegające bezpośrednim naciskom z Kremla (choć podlegające z kolei innym naciskom). Zresztą i one - jak wszystkie instytucje w burzliwych latach 90. - podlegały dynamicznym przemianom. Pierwszym znaczącym wydarzeniem, które powstrzymało entuzjastyczną naiwną wiarę w nieograniczoną wolność wypowiedzi, był październik 1993 r., kiedy prezydent Jelcyn przemówił do zbuntowanego parlamentu strzałami z czołgów, po czym na swobodną wymianę opinii nałożono kaganiec. Później jednak ponownie otwarto wentyle. Nawet rozpoczęta rok później wojna w Czeczenii mogła być nie tylko pokazywana, ale omawiana z różnych punktów widzenia, niekoniecznie zgodnych z oficjalną propagandą. A oficjalna propaganda pierwszą kampanię czeczeńską z kretesem przegrała. Wyciągnięto z tego wnioski w drugiej kampanii, kiedy zamurowano dziennikarzom dostęp do republiki.

Jak twierdzi moskiewski dziennikarz Dmitrij Babicz, dla środowiska dziennikarskiego najbardziej znaczący okazał się rok 1996 - rok wyborów prezydenckich, kiedy to Borys Jelcyn zażarcie walczył o drugą kadencję z komunistą Giennadijem Ziuganowem. Klepiący na ogół biedę, owładnięci romantycznymi ideami i upojeni darowaną swobodą dziennikarze raptem zaczęli zarabiać krocie za napisane lub nakręcone na zamówienie materiały wyborcze. Napływ wielkiej gotówki (kampanię wyborczą Jelcyna sponsorowali rosyjscy oligarchowie) przyczynił się do zdemoralizowania dużej części dziennikarskiej korporacji. Wielu ludzi przyzwyczaiło się do tej łatwizny, do wyższego poziomu życia i obecnie nadal zgadza się na pisanie czy kręcenie dyspozycyjnych materiałów, aby zachować wysoki status materialny. Z etyką zawodu nie ma to nic wspólnego, ale za to pozwala utrzymać się na powierzchni. Nikt nie chce się wychylać. Są oczywiście takie tytuły prasowe czy dziennikarze, którzy nie są zdemoralizowani i uczciwie wykonują zawód (np. ukazująca się dwa razy w tygodniu “Nowaja Gazieta" - ostatnio coraz bardziej radykalna i antyprezydencka, z odważnymi artykułami Anny Politkowskiej, a także niekomercyjne tygodniki “Nowoje Wriemia", “Jeżeniedielnyj Żurnał" czy “Moskowskije Nowosti").

Zdaniem Olega Panfiłowa, dyrektora Centrum Ekstremalnego Dziennikarstwa, problem z uprawianiem rzetelnego dziennikarstwa polega nie tylko na ograniczaniu dostępu do informacji czy odcinaniu możliwości krytykowania władz różnych szczebli, ale także - a może nawet przede wszystkim - na nieprofesjonalnym podejściu dziennikarzy do zawodu. Zwłaszcza stara gwardia, wyuczona chodzenia w sowieckim zaprzęgu, realizuje po prostu zamówienia na teksty, starając się nie podpaść. Dziennikarze na ogół nie znają swoich praw do uzyskania informacji (prawo to gwarantuje im ustawa o mediach), polegają na płynącym z “góry" objawieniu. Według Panfiłowa, większość nie rozumie, że wolność słowa to nie “pisanie wszystkiego, jak się chce", tylko odpowiedzialność.

Natomiast władza przemawia dziennikarzom do wyobraźni także poprzez prześladowanie za ujawnianie tajemnicy państwowej tych, którzy w swoich publikacjach wykroczyli poza określone przez władze ramy, złamali niepisaną umowę o tematach zakazanych (weźmy choćby przykład Grigorija Paśki skazanego za opublikowanie rzekomo tajnych danych o marynarce wojennej).

Po objęciu przez Władimira Putina fotela prezydenckiego obserwujemy stopniowe zawężanie pola niekontrolowanych przez władzę mediów i wydłużanie się listy tematów tabu. Procesy te ulegają przyspieszeniu w chwilach kryzysów. Widzieliśmy to w sierpniu 2001 r. po zatonięciu okrętu podwodnego “Kursk", kiedy wersje podawane przez pracujących na miejscu katastrofy dziennikarzy oraz oficjalne czynniki, z prezydentem Putinem włącznie, znacznie się od siebie różniły. Winnymi okazały się media, którym zarzucono nieadekwatne komentowanie wydarzeń. Ostatecznym przypieczętowaniem stanu pełnej kontroli Kremla nad telewizją było zaostrzenie przepisów dotyczących środków przekazu po zeszłorocznym zamachu na teatr na Dubrowce. Stacja NTW, która nadawała na żywo z miejsca tragedii, została postawiona pod pręgierzem za rzekome ujawnienie strategicznych posunięć służb specjalnych. Władze wykorzystały sytuację do wprowadzenia drakońskiej ustawy o mediach.

Poza telewizją istnieją jeszcze wyspy wolnej myśli i swobody słowa. Ale czy długo jeszcze? Według pisarza Władimira Wojnowicza władza jak w czymś zasmakuje, to nie spocznie, aż doprowadzi rzecz do końca. Tak też będzie z mediami: najpierw podporządkujemy telewizję (bo bez niej nie sposób rządzić), potem kilka najważniejszych wysokonakładowych gazet, radio, wreszcie zaczną nam przeszkadzać ci niezadowoleni dziennikarze z niszowych tygodników, więc im też odetniemy tlen albo pozwolimy, by powoli zjadł ich kornik samocenzury.

Nowy ład medialny

Zneutralizowanie w mediach elektronicznych opozycji systemowej pozwoliło władzy na utrzymanie pełnej kontroli nad procesem wyborczym. W opracowanym przez Centrum Ekstremalnego Dziennikarstwa raporcie “Prasa i wybory" przedstawiono ów doskonale funkcjonujący mechanizm kontrolny: od zastraszania poszczególnych dziennikarzy czy tytułów prasowych (władze mają szerokie możliwości odbierania koncesji niepokornym), poprzez dowolne interpretowanie przepisów prawa i represjonowanie niewygodnych mediów, wymuszanie posłuszeństwa wobec obowiązującej linii propagandowej (wychwalanie proprezydenckiej partii “Jedinaja Rossija"), wywieranie nacisku przez władze regionalne. Wspomnijmy jeszcze o “broni drukarskiej". Otóż o ile gazety mogą należeć nie tylko do państwa, to drukarnie są w Rosji wyłącznie państwowe. W każdej chwili zatem jakaś gazeta, która “nie zrozumie" ostrzeżeń, może zostać pozbawiona możliwości druku. Znacznie słabnie też protest dziennikarzy: w ubiegłym roku liczba protestów lokalnych gazet wobec poczynań regionalnej administracji zmniejszyła się z 90 do 14. Bynajmniej nie dlatego, że powodów do zatargów było mniej.

O tym, jak skuteczny jest mechanizm oddziaływania mediów na społeczeństwo, świadczy następująca osobliwość: według badań opinii publicznej aż 12 proc. pytanych za najbardziej udane uznało wystąpienia w debatach telewizyjnych przedstawicieli partii “Jedinaja Rossija". Szkopuł w tym, że partia ta odmówiła udziału w debatach. Ale za to jej liderzy pojawiali się codziennie w wiadomościach.

A nie zapominajmy, że prześwietlanie mózgów błękitnym promieniem następuje nie tylko w warstwie informacyjno-publicystycznej. Obrany cztery lata temu kurs na wzmocnienie państwa w oparciu o ideologię narodowo-patriotyczną zaowocował także zwiększeniem liczby programów i filmów poświęconych chwale oręża (przypomina się zwłaszcza wielkie osiągnięcia ZSRR), zwycięskiej (sic!) wojnie na Kaukazie, sprawiedliwym milicjantom, dzielnym czekistom, a z drugiej strony zdradzieckim “abrekom" (pogardliwe określenie Czeczena), bandytom, zmanierowanym przez Zachód gnidom itd. Jeśli wziąć pod uwagę, że dla znakomitej większości rosyjskiego społeczeństwa dwa kanały państwowej telewizji są jedynym źródłem informacji i że wywierają one przemożny wpływ na kształtowanie się postaw politycznych i społecznych, to można z niepokojem założyć, iż za jakiś czas serwowane treści, okraszone patriotycznym śpiewem grupy “Liube", pomogą w odnalezieniu imperialnej idei narodowej, poszukiwaniom której oddaje się pospołu elita i pozostałe warstwy społeczne.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 01/2004