Dwadzieścia cztery centymetry: trudno uwierzyć, że poniedziałkowy odczyt z wodowskazu na warszawskim bulwarach dotyczyć może Wisły. Najprościej zrzucić winę na katastrofę klimatyczną. Jednym z jej bezpośrednich skutków jest przedłużająca się susza oraz nieregularność opadów. Te ostatnie, gdy już się pojawiają, są gwałtowne i nawalne. Woda nie ma kiedy przesiąknąć do gleby, zamiast tego wybetonowanymi korytami ulic i rzek ekspresowo spływa do morza.
To również efekt dawnej polityki melioracji i regulacji polskiego krajobrazu, która wciąż znajduje swoje odzwierciedlenie w działaniach spółki Wody Polskie (nadzorującej polskie wody śródlądowe). Na niemal każdą uregulowaną rzekę raz na kilka lat wjeżdżają koparki. W ramach tzw. prac utrzymaniowych prostują jej koryto, pogłębiają je, a także czyszczą je z przybrzeżnej roślinności. Wszystko w imię jak najszybszego pozbywania się wody z krajobrazu, a więc wbrew naukowej wiedzy i mimo zupełnie innych potrzeb rolnictwa.
Jako kraj wydajemy miliony złotych na budowę ogromnych betonowych zbiorników retencyjnych, rezygnując z samoistnej i darmowej retencji naturalnej. Wiele małych, anonimowych dla większości z nas rzek w ostatniej dekadzie stało się ciekami sezonowymi, niosącymi wodę przede wszystkim w chłodniejszej połowie roku. Latem ich koryta po prostu wysychają. Przykładów takich rzek na polskim niżu jest na pęczki, a ich znikanie odbywa się po cichu.
Przypadek Wisły jest nietypowy, bo dotyczy rzeki ogromnej i w dużej mierze wtórnie zdziczałej (na długich odcinkach Wisły dawne regulacje straciły swoją moc, a rzeka przeszła procesy samoistnej renaturyzacji). Na warszawskim odcinku jej koryto jest jednak wąskie i dalekie od naturalnego.
Jak przekonuje radny Jan Mencwel (autor książki „Hydrozagadka. Kto zabiera polską wodę i jak ją odzyskać”), do złej sytuacji Wisły w Warszawie przyczyniają się również stołeczne piaskarnie. Mencwel przywołuje badania Ewy Kaznowskiej i Michała Wasilewicza, naukowców z Katedry Inżynierii Wodnej i Geologii Stosowanej Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, według których na obniżanie się lustra wody w Wiśle w znacznym stopniu wpływa praca kilku komercyjnych kopalni piasku.
Znajdują się one zarówno w górę, jak i w dół od centrum miasta. Piach jest w nich wydobywany bezpośrednio z rzeki, a następnie stanowi źródło taniego surowca do produkcji betonu dla branży budowlanej. Efekt? Podobny jak w przypadku prac utrzymaniowych – przyspieszony spływ wody i opadanie jej lustra. Mencwel tłumaczy, że Warszawa powinna pójść śladem wielu innych europejskich miast, które zakazały podobnej eksploatacji swoich rzek.
Ale problemem polskich rzek jest również to, że gdy ich sytuacja w końcu się normuje, szybko zapominamy o kłopotach. To się nazywa „business as usual”. Polityka wodna Polski wciąż opiera się na niewłaściwych założeniach, a jedna ręka nie wie, co robi druga.
Wymowną ilustracją stanu rzeczy jest fakt, że spółka Wody Polskie znajduje się w zarządzie resortu infrastruktury, a nie środowiska. Najwyraźniej rzeki są dla nas jak węgiel – gdy znikną, po prostu przestawimy gospodarkę na coś innego.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















