Rejs rzeką dylematów

Luksusowy jacht, wykreowany w polskim pawilonie na Expo 2008, zabiera w multimedialną podróż krajoznawczą. Wielu załogantów zrozumie tę wizję dosłownie. Jednak wabimy ich ku wodom, po których nie da się pływać.

22.07.2008

Czyta się kilka minut

Po odwiedzeniu pawilonu-jachtu na wystawie w Saragossie, wielu wodniaków zapewne zechce następny urlop zaplanować w Polsce. Z internetu dowiedzą się, że kraj nad Wisłą jest europejską potęgą żeglugi śródlądowej, przez jego rzeki, kanały i jeziora wiedzie 3,8 tys. km dróg wodnych - prawie 10 proc. wyznaczonych we wszystkich państwach Unii Europejskiej.

Najdłuższa polska trasa, licząca ok. 1000 km, prowadzi właśnie Wisłą, od ujścia Przemszy pod Oświęcimiem aż po Bałtyk.

Szybki rzut oka na mapę europejskich dróg wodnych: dopłynięcie do Polski wcale nie jest trudne. No, może nie z Saragossy, ale z Paryża, Rotterdamu czy Antwerpii. Właśnie w Antwerpii rozpoczyna się międzynarodowa droga wodna E-70, łącząca Polskę z systemem szlaków wodnych Europy Zachodniej. Niemieckimi rzekami i kanałami prowadzi do Berlina, potem kanałem Hawela-Odra do polskiej granicy. Dalej Odra, Warta, Noteć, kanał bydgoski. Za Bydgoszczą E-70 prowadzi dolną Wisłą do Gdańska albo Nogatem przez Malbork do Zalewu Wiślanego i dalej do Elbląga, Kaliningradu, Wilna.

Płyniemy?

Barki

W biurze kapitana żeglugi śródlądowej Witolda Łożewskiego z Fordonu, położonym na wiślanym brzegu dzielnicy Bydgoszczy, dzwoni telefon:

- Jestem szyprem niemieckiego jachtu "Blue Star", długość 12,8 metra, zanurzenie 90 cm. Rejs z Berlina do Gdyni. Na 778. kilometrze utknęliśmy na mieliźnie. Czy mógłby nam pan pomóc? - słychać w słuchawce.

Takie telefony od płynących wiślanym odcinkiem międzynarodowej drogi wodnej E-70 Łożewski odbiera często. Nigdy nie odmawia. Wysyła holownik, uwalnia pechowe jednostki. Nie dziwi się załogom.

- Rzeka jest trudna - tłumaczy. - Na szlakach wodnych w Europie podawana jest dopuszczalna głębokość zanurzenia jednostek, które mogą po nich przepłynąć. Na Odrze też, choć tam do danych nie można mieć bezkrytycznego zaufania. Na Wiśle nie podaje się żadnych danych.

Kapitana Łożewskiego nazywają "wiślanym szamanem", bo swoimi barkami przepływa przez miejsca, przez które nie da się przepłynąć. Albo "ostatnim flisakiem", bo oprócz niego nikt już towarowo po rzecze nie żegluje. Od wielu lat udowadnia, że barki na Wiśle są potrzebne. I że można na tym zarabiać.

Armatorów nie ma, a wozić jest co, lecz Łożewski nie będzie nikogo przekonywał, by rozkręcał rzeczny interes.

- Lepiej kupić tira - stawia sprawę jasno. - Wisły nikt nie pogłębia, jest trudna. Wypatruję mielizn, kluczę między nimi. Płynie się 50 km, a potem pięć nie do przejścia. Trzeba się zatrzymać, jakoś przechytrzyć rzekę. Portów, nabrzeży wyładunkowych nie ma, a jeśli są - to zdewastowane. Standardy zachodnich dróg wodnych są zupełnie inne. Koledzy wycofali się z kraju. Pływają na Zachodzie. Tam, gdzie jest normalnie.

Związek Polskich Armatorów Śródlądowych - Łożewski jest jego wiceprezesem - od lat kontestuje kuriozalne rozwiązanie prawne, mocą którego zarząd nad drogami wodnymi został przekazany Ministerstwu Ochrony Środowiska. Armatorzy oskarżają ministerstwo o to, że zamiast dbać o drogi wodne, po cichu je renaturalizuje, pozbawia jakiegokolwiek znaczenia żeglugowego.

W całej Unii Europejskiej - za wyjątkiem Polski - realizowany jest jeden z podstawowych celów unijnej polityki transportowej: rewitalizacja żeglugi śródlądowej. Dla odciążenia i "odsmrodzenia" autostrad. Bo transport rzeczny został uznany za najbardziej przyjazny dla środowiska. I najtańszy. Niemcy policzyli, że przy użyciu jednego litra paliwa tonę ładunku można przemieścić samochodem ciężarowym na odległość 20 km, koleją - 66,7 km, a drogą wodną - aż na 100 km.

Co więcej, żegluga śródlądowa jest o wiele bezpieczniejsza od transportu kołowego. Na zatłoczonych barkami drogach wodnych Holandii właściwie nie notuje się wypadków śmiertelnych. A jedna barka zabiera przynajmniej tyle ładunku, co 20 tirów.

W Niemczech udział żeglugi śródlądowej w transporcie wynosi ok. 12 proc. i stale rośnie. W Holandii - 31 proc. W krajach "starej Unii" - ok. 7 proc. Bruksela planuje, że wskaźnik ten dla całej Unii będzie wzrastał, może dojść aż do 30 proc. Tymczasem w Polsce to tylko ok. 0,7 proc.

Kapitan Łożewski powoli traci wiarę w to, że Wisła, którą pływało kiedyś mrowie szkut, dubasów, komieg, byków, batów, wicin, galarów - ponownie stanie się transportową arterią Polski, jak za czasów Jagiellonów czy Wazów. - Barki dzisiaj wszystkich uwierają. Wygrywa natura. Barka to wstyd - twierdzi.

Ptaki

Tomasz Aleksandrowicz mieszka i pracuje w Żyrardowie. We wsi Podgórze, przy sześćsetnym kilometrze wiślanej drogi wodnej, kupił gospodarstwo. Dziewięć lat temu, kiedy ceny jeszcze nie oszalały. Stara się tu spędzać każdy weekend. - Idylla, po prostu idylla - uśmiecha się szeroko. - Nie spodziewałem się, że na stare lata tak blisko zwiążę się z przyrodą. Ptaszki sobie podpatruję. Rybki łowię. Leszczyk często się trafia. Czasem sum.

Świnkę też w okolicy można kupić, prawdziwą, niekarmioną mączką rybną. Miejscowy rzeźnik oporządzi ją za 150 zł, smakowitych wędlinek naszykuje. W żadnym sklepie takich się nie kupi.

Coraz więcej tutejszych gospodarstw wykupują miastowi. Ziemia podrożała, i to znacznie. Ale zaprzyjaźniony z miejscowymi Aleksandrowicz może się rozejrzeć za okazją, jak by co, bo jeszcze się trafiają.

Z książek opisujących polską przyrodę dowiedzieć się można, że wieś Podgórze leży w "unikatowym obiekcie przyrodniczym w skali Europy", rozciągającym się wzdłuż Wisły od Sandomierza po Płock. Powstał dzięki rzece, która w swym środkowym biegu płynie naturalnie, meandruje, tworzy starorzecza, rozlewiska oraz piaszczyste wyspy. Jej brzegi "porastają lasy łęgowe, porównywalne pod względem bogactwa gatunkowego roślin i zwierząt do niektórych lasów deszczowych strefy tropikalnej".

Wiślane wyspy, urwiste brzegi i porastające je lasy są siedliskami lęgowymi dla ponad 320 gatunków ptaków. Wiele z nich można zobaczyć już tylko tutaj. To kraina ślepowrona, bączka, płaskonosa, podgorzałki, nurogęsi, błotniaka łąkowego, brodźca piskliwego, ogorzałka, głowienka, bataliona...

Dr Zenon Tederko z zarządu Ogólnopolskiego Towarzystwa Ochrony Ptaków (OTOP) mówi, że ekolodzy z całej Europy przyjeżdżają się uczyć Wisły. - By uzyskać wyobrażenie, jak wygląda europejska rzeka naturalna. W oparciu o Wisłę realizują projekty renaturalizacji u siebie. Wisła jest modelową, dziką, żywą rzeką - wylicza.

Ekolodzy nie godzą się na udrażnianie Wisły, bo - ich zdaniem - oznacza to niszczenie nadrzecznych lasów, zatrzymywanie życiodajnych wylewów, likwidowanie cennych przyrodniczo płycizn i wysp. Przyrodniczą dewastację oraz fizyczną eksterminację ptaków.

- Wisła nie może pełnić roli kanału transportowego - stanowczo stwierdza Tederko. - Sprowadzanie jej do takiej roli nie ma uzasadnienia ekonomicznego, jest sprzeczne z charakterem rzeki. I z jej współczesnym, chronionym prawem statusem ekologicznym.

Sprzeciwia się też próbom pogłębiania koryta Wisły. - Bo to wiąże się z naruszeniem sedymentu - lekkich frakcji, które później bardzo daleko płyną z wodą. Są groźne, zatykają skrzela ryb - tłumaczy.

Tederko zdaje sobie sprawę, że na brzegach trwa inicjowana przez samorządowców kontrrewolucja ekologiczna. Toczą się boje o projekt mostu pod Grudziądzem, czy tamy w Nieszawie. Tłumaczy, że organizacje ekologiczne nie sabotują prób zagospodarowania rzeki. - Powinna to być jednak mądra działalność, która nie niszczy natury - uważa.

OTOP jest krajowym koordynatorem unijnego projektu "Inwestycje dla bioróżnorodności". W jego ramach udzielane są kredyty wspierające "rozwój pro-przyrodniczych inwestycji w małych i średnich przedsiębiorstwach na terenach cennych przyrodniczo". Czy jednak proponowana działalność, na przykład zbieranie dziko rosnących ziół, runa leśnego, wyplatanie mebli z wikliny, produkcja biopaliw z "trzciny czy zrąbków wierzby" - zainteresuje mieszkańców nadwiślańskich wsi i miasteczek?

Dr Tederko, który w OTOP odpowiada za realizację tego projektu, wskazuje, że są w nim obietnice wsparcia również innych form biznesowej aktywności: turystyki wędkarskiej, ornitologicznej, spływów rzecznych.

- Nad Wisłą jest wiele ośrodków kultury, miejscowości ważnych dla historii Polski - przekonuje. - Dlatego propozycja działalności gospodarczej dla Wisły powinna łączyć w sobie wartości przyrodnicze i kulturowe rzeki.

Turyści

Wisła Łukasza Krajewskiego, 33-letniego biznesmena z Jaworzna, wije się pomiędzy kolorowymi pinezkami wbitymi w wiszącą na ścianie jego gabinetu mapę Polski. - Oznaczają miejscowości, w których sprzedajemy nasze opony - wyjaśnia.

Grupa Krajewski, którą współtworzy wraz z ojcem i starszym bratem, jest potentatem na rynku opon wulkanizowanych. Na ich produktach jeździ kilkanaście tysięcy autobusów w całej Polsce. Branża mało romantyczna, lecz dochodowa. Żyć z czegoś trzeba.

Po raz pierwszy przepłynął Wisłą z Krakowa do Gdańska trzy lata temu. W towarzystwie żony. Na "Foce", małym jachciku wyposażonym w niewielki silnik.

Romantyczną podróż zamienia teraz na profesjonalny produkt turystyczny. Został armatorem, który postanowił się zmierzyć z Wisłą. Z całą, a nie tylko jej kawałkiem przepływającym przez Sandomierz, Warszawę czy Toruń. Od kwietnia pięć jachtów należącej do Krajewskiego flotylli "Żeglugi Wiślanej" odbywa regularne rejsy między Krakowem a Gdańskiem.

Świeżo upieczony armator przyznaje, że coraz więcej wodniaków z całej Europy wygooglowuje stronę internetową jego firmy, dzwoni, dopytuje o warunki żeglowania na Wiśle. Tłumaczy im, że to trudna rzeka, a luksusowymi jachtami można po niej pływać wyłącznie wirtualnie.

W 2004 r. próbował zdobyć Wisłę luksusowy wycieczkowiec niemiecki "Frederic Chopin". Była to sprytna jednostka. Na zanurzonym tylko do 1,2 m kadłubie dźwigała pięciogwiazdkowy hotel, z kajutami dla 80 osób. Miała regularnie pływać między Gdańskiem i Warszawą. Choć bilety kosztowały od 900 do 2,5 tys. euro, armator nie miał problemu z ich sprzedażą. Rzeka okazała się jednak za trudna dla "Chopina". Został z niej wycofany już po drugim rejsie. Pływa teraz między Poczdamem i Pragą.

Pamiętając o tym, na swych jachtach Krajewski starał się osiągnąć kompromis między możliwościami żeglugowymi rzeki a komfortem podróżowania. W kabinach jachtów turyści znajdą kuchnie gazowe, lodówki, toalety. - Na więcej nie pozwala rzeka. I tak łódki mają ok. 40 cm zanurzenia. To dużo, jak na Wisłę. Spychanie jachtów z mielizn jest jedną z atrakcji rejsu - opowiada. - Ale zwiedzamy również nadwiślańskie miasta, podziwiamy przyrodę, łowimy ryby.

I pływają, bo choć rzeka dalej jest zanieczyszczona, są już miejsca, gdzie można próbować kąpieli.

Turysta musi się liczyć z tym, że na Wiśle brakuje wszystkiego: od pomostów, pól campingowych, sanitariatów, pryszniców, po miejsca, w których wodniacy mogliby zostawić śmieci. Jedyna stacja benzynowa, do której da się przybić motorowym jachtem, znajduje się w Gdańsku. W mijanych miastach - za wyjątkiem Płocka, Włocławka i Tczewa - nie ma marin. Dla Krajewskiego Wisła była przede wszystkim szaradą logistyczną. Pomogli mu przedsiębiorcy, których poznał dzięki branży oponiarskiej.

Zagranicznych wodniaków Krajewski nie odstrasza. Mówi im, że jeśli tylko poradzą sobie z trudnościami, to odbędą rejs życia po ostatniej tak długiej dzikiej rzece cywilizowanej Europy.

Mieszkańcy

Przystań Warszawskiego Towarzystwa Wioślarskiego mieści się na prawym brzegu kanału czerniakowskiego. Przy drugim brzegu stoi kilka barek, wyglądają na zamieszkane. W Rotterdamie czy Amsterdamie rezydowanie na barkach kojarzy się z prestiżem i luksusami. Tymczasem te warszawskie przypominają rzeczne slumsy. - My je nazywamy koszarkami - mówi dozorca przystani WTW. - Trochę Polaków tam mieszka, ale przeważają Ukraińcy. Bo taniej niż na mieście. O, w tamtej mieszka Ukrainiec, mówią na niego Rockefeller. Podobno, zanim tutaj zacumował, przepłynął cały świat.

Czy to dobre sąsiedztwo? - Z mieszkańcami barek były kiedyś problemy. Bo to jednak głupio wyglądało, gdy kajakarz robił wywrotkę i wracał oblepiony obierkami z ziemniaków. Czasami to nie tylko obierki były... Ale porozmawiało się i teraz jest lepiej.

Trudno na pokładach dostrzec mieszkańców. Tylko na jednej mężczyzna z wędką. Udaje, że nie słyszy. Znika pod pokładem. Jakby czuł się intruzem na Wiśle.

Co innego Stanisław Jańczak, który uważa się za pełnoprawnego mieszkańca Wisły. Mówi, że jego miejscem zameldowania jest marina Włocławek. Tu cumuje swój house­boat, przemyślnie udomowiony jacht "Sasanka". Żeby go kupić, sprzedał mieszkanie w centrum Włocławka. Gości podejmuje winem z czeremchy i nalewką kapitańską z jabłuszek pigwowca.

Jańczak był kiedyś policjantem. Smaki rzek i ich brzegów poznaje na emeryturze.

W sezonie opiekuje się mariną. Wiosną i jesienią rusza w rejsy po polskich rzekach i kanałach, po pętli Żuław i po pętli wielkopolskiej. Odwiedza córkę w Szczecinie oraz osiadłych nad wodą znajomych. Planuje wielką podróż po drogach wodnych Europy, na pewno dotrze do Paryża. - Takich jak ja jest w Polsce niewielu, ale są - mówi z dumą. - Po rzekach kręci się też trochę Niemców.

Czasem zawiera z nimi bliższe znajomości, chociażby przed śluzą w Czersku Polskim pod Bydgoszczą, kiedy męski głos poinformował przez megafon, że z powodu awarii na śluzowanie żeglarze będą musieli czekać tydzień.

Jańczak narzeka, że po Wiśle pływa się coraz trudniej, bo nikt jej nie reguluje. Zastanawia się, czy rzeka ma jeszcze żeglugową przyszłość. - Może gdyby Holendrzy tu jeszcze raz przyszli? - pyta. - To przecież Olendrzy (kolonizatorzy z XVI w.) porządkowali kiedyś Wisłę, po gospodarsku traktowali dziką rzekę. Gdyby nie oni, na Żuławach wciąż byłyby tylko bagna.

A jaką miałaby być ta Wisła, ponownie po gospodarsku potraktowana? Popijając nalewkę kapitańską, Jańczak dochodzi do wniosku, że musiałaby to być Wisła konsensu godzącego interesy Łożewskich, Pysiów, Aleksandrowiczów, Tederków, Jańczaków, Krajewskich oraz kwokaczy, płatkonogów szydłodziobych, ostryjadów, ślepowronów, kulonów.

Tylko czy taki konsens w ogóle jest możliwy?

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 30/2008