Referendalna wysypka

Wzywanie do bojkotu, choć gryzie się z wyobrażeniem o demokracji, jest racjonalne z punktu widzenia absurdalnych reguł gry. Identyczne komunikaty wysyłał Jarosław Kaczyński, gdy w Łodzi było referendum w sprawie odwołania prezydenta Kropiwnickiego.

07.10.2013

Czyta się kilka minut

Głosowanie w sprawie odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz z funkcji prezydenta stolicy ma swoją wagę, lecz nie sposób nie dostrzec, że na rok przed wyborami samorządowymi sypnęło referendami w całym kraju: od Wadowic po Kędzierzyn-Koźle. Ta wysypka, wraz z towarzyszącą jej gorączką podchodów i oskarżeń, jest objawem bardzo konkretnej choroby – mającej przyczyny równie żałosne, co łatwe do usunięcia.

W WYBORACH JEST TRUDNIEJ

Wysyp referendów jest w części wynikiem słabnięcia partii rządzącej, a w części rosnącego niezadowolenia społecznego – problemów związanych z ustawą śmieciową, zadłużeniem miast itd. Powinien nam jednak dać do myślenia fakt, że wiele grup, które chciałyby dokonać zmian w samorządzie, nie czeka do przyszłorocznych wyborów, lecz sięga po nadzwyczajne środki. Nadzwyczajne narzędzia nie powinny być łatwiejsze w stosowaniu niż środki standardowe.

Problem w tym, że w wyborach trudniej pozbyć się urzędującego wójta, burmistrza czy prezydenta (którego dla wygody najlepiej nazwać z łaciny inkumbentem – termin powszechnie stosowany przez Amerykanów). W referendum jest łatwiej, bo nie trzeba przedstawiać konkurenta. Wokół referendum mogą zjednoczyć się wszyscy, którzy są w opozycji, niezależnie od dzielących ich różnic. Ta pozorna jedność opiera się na strategii: najpierw usuniemy rywala, potem będziemy się rozliczać pomiędzy sobą.

Wyniki referendów podczas trwania kadencji w prawie wszystkich przypadkach wskazują na zwolenników odwołania. Niezadowolonych łatwiej zaciągnąć do urny niż tych, którzy są zadowoleni. Zadowoleni głosują z nawyku wtedy, kiedy są regularne wybory. Jeśli zaś nie starcza motywacji wynikającej z zadowolenia, dodatkową przewagę daje im to, że oponenci są z reguły mocno podzieleni. Inkumbenci mogą wykorzystywać animozje pomiędzy potencjalnymi konkurentami – w szczególności jeśli odsunęli się od partii, która wyniosła ich na urząd, i przedstawiają się jako „bezpartyjni”.

OGÓLNOPOLSKA MOBILIZACJA

Jak w wielu innych przypadkach polskiego prawa próba pogodzenia dwóch skrajności doprowadziła do fatalnego kompromisu. Wybranego włodarza można usunąć, lecz – by rzecz nie była zbyt łatwa – postawiono w referendum warunek frekwencyjnej ważności. Użyto wskaźnika równie prostego, co bezsensownego: tak samo liczą się zwolennicy, jak przeciwnicy odwołania inkumbenta. To właśnie uruchamia absurdalną grę: głosy oddawane w obronie burmistrza czy prezydenta mogą doprowadzić do jego odwołania.

Mamy więc do czynienia z niespotykaną w żadnych innych okolicznościach sytuacją, w której nawet prezydent i premier nawołują do bojkotu wyborów. Owszem, gryzie się to z wyobrażeniem o demokracji, ale jest racjonalne z punktu widzenia absurdalnych reguł gry. Identyczne komunikaty wysyłał Jarosław Kaczyński, gdy w Łodzi przeprowadzano referendum w sprawie odwołania prezydenta Jerzego Kropiwnickiego.

Ci, którym najbardziej zależy na powodzeniu referendum, w szczególności lider PiS, potępiają Tuska i Komorowskiego za apel o niegłosowanie. Jednak gdyby za rok prezydent i premier apelowali do zwolenników PO, żeby zostali w domu podczas wyborów, na pewno nie wywołałoby to sprzeciwu ze strony pozostałych sił politycznych. Tym razem jednak przeciwnicy pani prezydent Warszawy są zainteresowani tym, żeby jakaś część jej zwolenników wzięła udział w referendum. Można by się spodziewać, że prezes PiS otwarcie zaapeluje do wyborców PO, żeby poszli zagłosować, gdyby nie to, że taki apel miałby prawdopodobnie skutek odwrotny do zamierzonego.

Cały ten spór ma uboczne skutki: podgrzewa atmosferę między głównymi siłami politycznymi. Apele premiera i prezydenta akurat w Warszawie mogą zwiększać szanse na odwołanie prezydent Warszawy. Narastające napięcie mobilizuje elektorat ogólnopolski. Należy pamiętać, że w polskich miastach frekwencja różni się istotnie pomiędzy wyborami ogólnopolskimi a samorządowymi. W stolicy co czwarty z tych, którzy zagłosowali w 2011 r. w wyborach sejmowych, nie wziął rok wcześniej udziału w wybieraniu samorządu.

Jeśli referendum stanie się przede wszystkim instrumentem ogólnopolskiej polityki, może zachęcić większą grupę wyborców do udziału w „ustawce” pomiędzy głównymi partiami. Gdyby wszyscy wyborcy, którzy w 2011 r. głosowali w Warszawie przeciwko PO, poszli do referendum, byłoby ono ważne nawet przy stuprocentowej absencji ówczesnych wyborców PO.

Mobilizacja ogólnopolskiego elektoratu sprawia, że i pozostali gracze zaczynają się zachowywać niepewnie. SLD już kluczy, ponieważ widzi, że ewentualne zwycięstwo PiS może się lewicy nie opłacać: spowoduje powrót obaw przed „kaczyzmem” i skupienie zniechęconych wyborców pod sztandarem PO.

ODDECH KONKURENCJI

Te wszystkie kontrowersje powinny skłonić do refleksji nad obowiązującym prawem. Konieczna jest zmiana, ale nie taka, jaką w obliczu epidemii referendów zgłosił ostatnio prezydent, postulując podniesienie progu frekwencji. Ten zabieg nie usunie sprzeczności pomiędzy ekspresją i strategią (chęć wyrażenia poparcia dla burmistrza może doprowadzić do jego zguby). Tu akurat problem można usunąć w prosty sposób – wystarczy, by wymóg liczby oddanych głosów dotyczył tylko głosów przeciw. Wtedy do spełnienia wymogu nie byłyby liczone głosy oddane w obronie urzędującego wójta, burmistrza czy prezydenta. Przy takiej regule jakikolwiek apel o bojkot nie miałby sensu, ponieważ nie byłoby zagrożenia, że pójście do referendum zwolenników inkumbentów może im zaszkodzić.

Również przewagę referendum nad zwykłymi wyborami – jako środka na zmianę władzy – całkiem łatwo zlikwidować. Wystarczy nakazać inicjatorom referendum zgłoszenie kontrkandydata. W takiej sytuacji referendum połączone byłoby z wyborami na prezydenta, co oszczędzałoby koszty i czyniło sytuację bardziej klarowną: pokazałoby wyborcom, jaka jest alternatywa.

Tyle tylko, że samo osłabienie referendum nie jest szczególnie dobrym pomysłem. Przeciwnie: jest potrzeba, by inkumbenci czuli na plecach oddech konkurencji bardziej niż do tej pory. A skoro tak, warto rozważyć jeszcze jedną zmianę: by zwykłe wybory za rok były w przypadku startu inkumbenta jednocześnie referendum w sprawie jego odwołania. W pierwszej kolejności wyborca odpowiada, czy chce pozostawienia urzędującego wójta, burmistrza lub prezydenta, a jeśli jest za jego odwołaniem, dopiero wtedy wskazuje konkurenta. Jeśli ponad połowa wyborców opowiada się za odwołaniem inkumbenta, nie liczy się on już w dalszej rywalizacji. Jeśli żaden z kontrkandydatów nie zdobędzie połowy głosów, odbywa się druga tura, do której nie wchodzi już ten, który został odwołany w trakcie pierwszej. Wydaje się, że tą metodą zostałaby przywrócona równowaga pomiędzy inkumbentami a pretendentami.

Bardzo potrzebujemy takiej równowagi. Jej brak prowadzi w tej chwili do poszukiwania innych sposobów zmiany nieudolnych prezydentów, wójtów czy burmistrzów. Przy takich manewrach jak warszawskie cierpi duch obywatelski i samorządowy. Szkodzi mu sztuczne podgrzewanie atmosfery i sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem zachowania w wyborach. To złe prawo zrodziło te pokusy. Jeśli się je zmieni, będzie można bez żadnych dodatkowych dylematów głosować za lub przeciw odwołaniu dziś rządzących.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Socjolog, publicysta, komentator polityczny, bloger („Zygzaki władzy”). Stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Pracuje na Wydziale Zarządzania i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Specjalizuje się w zakresie socjologii polityki,… więcej

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2013