Ratowanie kroplówką

MICHAŁ LASZCZKOWSKI, prezes Fundacji Dziedzictwa Kulturowego: Gdy słyszę pytanie, co powinno się zmienić w polskiej polityce wobec dziedzictwa dawnej Rzeczypospolitej na Wschodzie, odpowiadam zawsze: powinno być więcej środków.
Witraż w budynku dawnej Galicyjskiej Kasy Oszczędności, założonej we Lwowie w połowie XIX wieku. Stan sprzed prac konserwatorskich, czerwiec 2013 r. /  / FUNDACJA DZIEDZICTWA KULTUROWEGO
Witraż w budynku dawnej Galicyjskiej Kasy Oszczędności, założonej we Lwowie w połowie XIX wieku. Stan sprzed prac konserwatorskich, czerwiec 2013 r. / / FUNDACJA DZIEDZICTWA KULTUROWEGO

WOJCIECH KONOŃCZUK, PIOTR KOSIEWSKI: Czy Polska poradziła sobie z ochroną swojego dziedzictwa na Wschodzie?

MICHAŁ LASZCZKOWSKI: Jeśli zobaczymy, ile zabytków udało się uratować za polskie pieniądze publiczne, to ten bilans jest bardzo niekorzystny. W ciągu 30 lat podjęto prace tylko przy kilkunastu dużych obiektach i kilkudziesięciu mniejszych. Trzeba jednak pamiętać, że w latach 90. XX w. zabytki na Wschodzie nie były sprawą pierwszej potrzeby ani dla Polski, ani dla Białorusi czy Ukrainy.

Jak ocenia Pan stan zachowania zabytków w chwili upadku Związku Sowieckiego i jak wygląda on obecnie?

Wiele z nich przez kilkadziesiąt lat nie miało właścicieli i przetrwało w stanie agonalnym. Paradoksalnie niepodległość Ukrainy i Białorusi często nie hamowała procesu destrukcji, lecz go przyspieszała, bo niejednokrotnie likwidacji ulegały instytucje, które dotąd mieściły się w zabytkowych pomieszczeniach. Poza tym wciąż nie wiemy, co dokładnie przetrwało.

Zabrakło kompleksowej inwentaryzacji?

W wielu przypadkach nie zrobiliśmy jej na czas. Przed rokiem 1989 nie było to możliwe, a później zwykle brakowało pieniędzy. W latach 90. na całe dziedzictwo za granicą Polska wydawała około miliona złotych rocznie. Obecnie ta suma wzrosła do ok. 20 mln zł, głównie dzięki znaczącemu zwiększeniu nakładów finansowych w ciągu ostatnich pięciu lat. Większość tych środków trafia na Ukrainę i Białoruś.

A co po 1989 r. udało się zrobić?

Bilans jest niejednoznaczny. Nadal jest źle, ale nie beznadziejnie. Mówiłem o kilkudziesięciu uratowanych obiektach. Bardzo ważne jest, że udało się nawiązać polsko-ukraińską współpracę konserwatorską. Obecnie wszystkie prace na Wschodzie prowadzone są we wspólnych zespołach polsko-ukraińskich lub polsko-białoruskich. Nasi sąsiedzi mają słabo rozwiniętą edukację konserwatorską, a dzięki współpracy z polskimi konserwatorami mogą uczyć się od najlepszych. Są też różne stypendia dla nich, m.in. „Gaude Polonia”. I przede wszystkim teraz trzeba ratować to, co jeszcze możliwe.

W końcu 2017 r. powstał Narodowy Instytut Polskiego Dziedzictwa Kulturowego za Granicą Polonika. Jak to wpłynęło na opiekę nad położonymi poza krajem zabytkami?

Za wielki sukces Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, a także osobiście w to zaangażowanego Piotra Glińskiego uważam powołanie pierwszej tego typu instytucji publicznej mogącej działać poza granicami. Wcześniej nie mieliśmy takiej szansy. Umożliwia ona prowadzenie prac wieloletnich i przy dużych obiektach. To powinno przyspieszyć konserwacje.

Jak wyglądał model prac konserwatorskich na Wschodzie po 1989 r.?

Konserwacja jest dziedziną artystyczną bardzo kosztowną, czasochłonną i wykonywaną przez wykwalifikowanych specjalistów. Tymczasem programy dotacyjne ministra kultury dla polskich organizacji dotyczyły okresów rocznych. Zwykle w marcu-kwietniu dowiadywaliśmy się, ile mamy pieniędzy do wydania do końca roku. A co, gdy trzeba zakupić np. sezonowane drewno, aby za dwa lata przystąpić do prac restauratorskich? Także dlatego „rynek” konserwatorów działających na Wschodzie jest ograniczony. Nie każdy ma samozaparcie, aby działać w takich warunkach.

Problemem jest brak finansowania wieloletniego?

Tak. W tej sytuacji to nic dziwnego, że np. prace przy kolegiacie w Żółkwi trwają od 30 lat, a przy kościele św. Mikołaja w Kamieńcu Podolskim od 20 lat. I wciąż nie są zakończone.

W jakim stopniu polskie projekty konserwatorskie na Wschodzie angażują miejscowych konserwatorów?

Co do zasady kierownikami prac są Polacy, jako bardziej doświadczeni. W naszych projektach 40 proc. konserwatorów to Polacy, a 60 proc. to Ukraińcy czy Białorusini. Staramy się dowiadywać, kto kończy np. Akademię Sztuk Pięknych czy konserwację na Politechnice Lwowskiej, i najlepszych zapraszamy do współpracy. W wielu przypadkach trwa ona już kilka lat.

Czy pojawiły się środki miejscowe, które współfinansowałyby realizowane tam polskie projekty?

Bazujemy na polskich środkach publicznych, ale pojawiają się sporadyczne próby. Np. władze obwodu wołyńskiego wydzieliły środki na przygotowanie programu konserwatorskiego. Niestety z powodów proceduralnych to się nie udało. Gdy prowadziliśmy prace przy jednym z ukraińskich nagrobków na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie, to padła propozycja współfinansowania ich przez stronę ukraińską.

Jaki jest stosunek władz białoruskich i ukraińskich do zabytków? Czy są tu jakieś różnice w podejściu?

Na Białorusi wszystko musi być zatwierdzone na najwyższym szczeblu, inaczej nic się nie wydarzy. Na Ukrainie jest odwrotnie: wiele zależy od nastawienia władz lokalnych. Ale chcę podkreślić, że od prawie 10 lat pracujemy na Ukrainie i nigdy nie spotkaliśmy się z niechęcią, ale zwykle z poparciem. Czasami samorządy ukraińskie zgłaszają się do nas z propozycją wykonania jakichś prac. Na Białorusi uczestniczyłem w przygotowaniu projektu renowacji dworu Rejtanów w Hruszówce. Widać było dumę Białorusinów, że Tadeusz Rejtan związany był z tą miejscowością.

A czy na Ukrainie i Białorusi zmienia się podejście do polskiego dziedzictwa?

Białorusini i Ukraińcy coraz częściej podchodzą do tego dziedzictwa jako dobra wspólnego. Wcześniej dawne polskie zabytki nie zawsze były traktowane jako ich własne dziedzictwo. A powinno nam przecież zależeć, żeby mieszkańcy tamtych ziem uznali je za takie i o nie zadbali. Zaczynają także dostrzegać, że zabytki mogą generować zyski z turystyki. To ważna zmiana.

Jakie są dziś główne problemy w działalności konserwatorskiej na Wschodzie?

Poza epidemią i związanymi z nią kłopotami z przekraczaniem granicy, dużym problemem jest brak tam profesjonalnej służby konserwatorskiej. To sprawia, że przepisy i zakres ochrony często są dla nas niejasne.

Polskie wsparcie konserwatorskie skupiało się na dużych obiektach, a prace trwają bardzo długo.

Obiekty te ratowane są swoistą kroplówką – co jakiś czas przekazywane są środki na różne etapy prac. Żaden z nich nie był restaurowany kompleksowo. Np. kolegiata w Żółkwi: w 2023 r. skończymy konserwację zewnętrznego fryzu, a pracujemy nad nim od pięciu lat. Wtedy konieczny będzie przegląd stanu drewnianych ołtarzy, konserwowanych na początku lat 90. Z kolei renowacja katedry łacińskiej we Lwowie, z niezwykle cennym wyposażeniem, kosztowała dotąd kilka milionów złotych, ale nadal wymaga prac. W ubiegłym roku konserwowaliśmy rzeźby z ogrodzenia, a Instytut Polonika przygotowuje renowację organów i malowideł. Nie zaczęto jeszcze prac w kilku kaplicach bocznych. Porównajmy skalę działania: w Polsce 80 mln zł kosztowała konserwacja pałacu w Łańcucie, a 16 mln zł – ołtarza Wita Stwosza w Krakowie.

Jest jeszcze wspomniany już wielki cmentarz Łyczakowski…

Tam znajduje się kilkanaście tysięcy obiektów, z których większość wymaga konserwacji. Każde pieniądze zostaną tam wykorzystane. Jak na każdym dużym zabytkowym cmentarzu, konserwacja na Łyczakowie nigdy się nie skończy, nawet przy znaczących środkach.

Od kilku lat pracujecie też przy XVII-wiecznej radziwiłłowskiej kolegiacie w Ołyce na Wołyniu, niezwykłym obiekcie, który jeszcze niedawno groził zawaleniem.

Pierwszy raz byłem tam w 2012 r. Zaskoczyła mnie jego wielkość i fasada, niczym w rzymskich kościołach. Nawet nie sądziłem, że tego się podejmiemy! Po roku ekspertyzy pokazały nam, jak dramatyczny jest stan świątyni. Na szczęście miała dach, co ją uratowało. Pamiętam, że nieżyjący już dyrektor Jacek Miller z MKiDN mówił, że porywamy się z motyką na słońce. Ale dzięki odrobinie brawury po ośmiu latach prawie zakończyliśmy konserwację zewnętrznych ścian i przygotowujemy się do prac we wnętrzu.

Co zostanie zrobione?

Okazuje się, że wiele z wyposażenia udało się ocalić. Przychodzą do nas mieszkańcy i przynoszą to, co przechowali w domu. Mamy materiał ikonograficzny, który pozwoli na rekonstrukcję wnętrza, ale ostateczną decyzję podejmą komisje eksperckie. A czas prac będzie zależeć od dostępności środków, szacujemy je na co najmniej 8 mln zł. To jeden z największych polskich projektów konserwatorskich za granicą, na który już wydano ok. 5 mln zł.

Jakie są kryteria wyboru obiektów do odnowienia?

W Ołyce to był zachwyt, a kościół św. Mikołaja w Kamieńcu Podolskim to przypadek. Do Kamieńca pojechałem jeszcze jako student, na pierwszy w życiu wolontariat na Ukrainie, aby po latach wrócić tam już jako organizator prac konserwatorskich. Ważne są działania przy pomnikowych obiektach, ale staramy się być też w mniejszych miejscowościach, gdzie są cenne zabytki, jak Złoczów czy Krzemieniec. Reakcja na miejscu na ich odnowienie jest ogromna. Mało kto się spodziewał, że przyjadą Polacy, aby coś tutaj przywrócić do świetności.

Co powinno się zmienić organizacyjnie i finansowo w polskiej polityce wobec dziedzictwa na Wschodzie?

Zdecydowanie powinno być więcej środków. Gdyby Polonika miała większy budżet, mogłaby działać na większą skalę.

W ostatnich miesiącach są sygnały, że Ukraina może wreszcie znaleźć większe środki na zabytki. Pojawił się zarys programu „Wielka konserwacja”, który w ciągu czterech lat miałby objąć 150 obiektów.

Choć on jest jeszcze w powijakach, rozpala ogromne emocje. Podobno na liście ma być zamek Radziwiłłów w Ołyce, co daje szanse na całościową rewitalizację tej miejscowości. Ważne jednak, aby prowadzić prace w sposób profesjonalny.

Pojawia się tu kwestia dostępności konserwatorów, których na Ukrainie brakuje.

Widzę w tym zagrożenie, ale mam nadzieję, że za programem rządu ukraińskiego stoi głębsza myśl. Że to będzie prawdziwa reforma, a nie jej pozory. Cztery lata to byłoby bardzo szybkie tempo. Praca przy dużych obiektach wymaga choćby poważnych badań przed rozpoczęciem prac.

Na Wschodzie Pana fundacja ratuje polskie dziedzictwo, w Polsce pracuje głównie przy obiektach związanych z mniejszościami narodowymi: na cmentarzach żydowskich czy cmentarzu tatarskim w Bohonikach.

Dziedzictwo trudno rozgraniczyć, bo ono jest dziełem różnych narodów, które tworzyły dawną Rzeczpospolitą. Staramy się zajmować tym, co jeszcze nie jest odkryte lub czym nikt się nie zaopiekował. Bliska jest mi kategoria wspólnego dziedzictwa. Często to też jedyna możliwość, aby te obiekty przetrwały.

Klimat polityczny nie zawsze sprzyja podobnemu myśleniu.

Zawsze najgłośniej słychać opinie najbardziej radykalne, a te często są marginesem.

Jakie widzi Pan problemy z zachowaniem dziedzictwa w wymiarze lokalnym tu w Polsce?

Mam pozytywne doświadczenie kontaktów z lokalnymi organizacjami i samorządami. Dlatego powołaliśmy koalicję opiekunów cmentarzy żydowskich w Polsce, skupiającą tych, którzy zajmują się nimi lub chcą się nimi opiekować. Na terenie Polski mamy 1200 cmentarzy żydowskich, z tego 800 przetrwało w formie nieprzekształconej trwale. W ostatnich latach 120 cmentarzy porządkowano wolontariacko. Chcemy wspierać tę aktywność. Polaków coraz bardziej interesuje to, co dookoła nich. Rezonans takich działań jest wielki.

Jakie są reakcje władz lokalnych?

Często wójt czy burmistrz wie, że ma na swoim terenie cmentarz żydowski, i chciałby się nim zająć. Jest jednak lęk przed konkretnymi działaniami. Wiadomo, że tych cmentarzy z powodów religijnych nie można naruszać. Niektórzy w tej sytuacji wolą nic nie robić. A przecież jest komisja rabiniczna ds. cmentarzy, która udziela stosownych porad.

Wasz największy projekt to cmentarz żydowski przy ul. Okopowej w Warszawie.

To największy w Polsce cmentarz żydowski pod względem liczby zachowanych nagrobków: prawie 100 tys. obiektów na 33 hektarach dżungli, która wyrosła tam po 1945 r. To także niemal jedyny materialny ślad życia Żydów warszawskich, do niedawna zupełnie nieodkryty. Przez dziesięciolecia spadały liście, nikt ich nie grabił, powstawały kolejne warstwy, które przykryły wiele nagrobków.

Co było największym zaskoczeniem przy pracach?

Pod warstwami ziemi jest wielka historia, nieopisana na razie w żadnym przewodniku. Stopniowo odkrywamy kolejne tajemnice. Gdy idziemy na cmentarz żydowski, raczej nie spodziewamy się, że odkryjemy pochówki powstańców listopadowych i styczniowych, żołnierzy z walk o niepodległość, działaczy Solidarności itd. Ten cmentarz pokazuje całą złożoną historię polsko-żydowską. Bez tego fragmentu opowieści nasza historia nigdy nie będzie pełna. Są tam pochowani np. wydawca pierwszej nowoczesnej encyklopedii Samuel Orgelbrand, skarbnik rządu narodowego w powstaniu styczniowym Henryk Wohl czy współtwórca adwokatury polskiej po 1918 r. Zygmunt Tykociner. Takich biografii są tam tysiące.

Skąd środki na te działania?

Początkowo we współpracy z gminą żydowską zaczęliśmy prowadzić prace wolontariackie. W 2017 r. państwo polskie przekazało naszej fundacji 100 mln zł jako fundusz żelazny. W Polsce to rzadkie rozwiązanie, zastosowane m.in. w przypadku Fundacji Auschwitz-Birkenau. Pieniądze są inwestowane, a zyski przeznaczamy na konserwację nagrobków na cmentarzu żydowskim.

Model funduszu żelaznego jest ciekawy, ale sama forma przyznania tak znaczących środków publicznych bez konkursu jednej organizacji może budzić wątpliwości.

Rozumiem wątpliwości co do okoliczności, w jakich ten fundusz powstał. Środki przyznał jednak parlament. Ustawę w tej sprawie poparło 416 na 426 posłów, którzy uczestniczyli w głosowaniu. Wiadomo było, że instytucje publiczne nie mogą zarządzać funduszem żelaznym. Zarazem nie ma wielu organizacji pozarządowych z tego sektora, które mają do tego potencjał.

W przypadku cmentarza żydowskiego same środki sprawy nie załatwią. Potrzebny jest czas.

To projekt na długie lata, bo to jeden z pięciu najważniejszych, ale i największych polskich cmentarzy. Prace konserwatorskie są żmudne. Chcielibyśmy działać szybciej, ale często się nie da. Nie można sprowadzić koparek do usuwania ziemi, trzeba to robić ręcznie. I każdy miesiąc przynosi niezwykłe odkrycia. Niedawno odkryliśmy pozostałości dwóch oheli, czyli żydowskich grobowców wznoszonych nad grobami cadyków. Nie jedynych.

Ważna jest też edukacja. Często mieszkańcy polskich miast nie zdają sobie sprawy, że ich miejscowości były ważnymi żydowskimi ośrodkami religijnymi, w których rezydowali istotni przywódcy duchowi. Chciałbym, aby odkrywali te historie. Na cmentarzu przy ul. Okopowej pochowanych jest kilkudziesięciu cadyków z terenu Polski i obecnej Białorusi. Marzy mi się projekt, że burmistrzowie miejscowości, w których mieszkali ci pochowani, przyjadą i sfotografują się przy ohelach „swoich” cadyków. ©


FUNDACJA DZIEDZICTWA KULTUROWEGO to jedna z największych polskich organizacji pozarządowych, prowadzących prace konserwatorskie przy obiektach polskiego dziedzictwa za granicą – tych pamiętających czasy przedrozbiorowej Rzeczypospolitej Wielu Narodów, i tych późniejszych z wieku XIX oraz pierwszej połowy wieku XX.

W ciągu niemal dekady swojej działalności zrealizowała kilkadziesiąt projektów o łącznej wartości 25 mln zł, w większości na Ukrainie. Do czołowych projektów fundacji należą trwające nadal prace przy kolegiacie w Ołyce na Wołyniu, kościele św. Mikołaja w Kamieńcu Podolskim i na cmentarzu Łyczakowskim we Lwowie. Na Białorusi prowadziła prace m.in. przy farze Witoldowej w Nowogródku, na Łotwie przy kościele Wniebowzięcia NMP w Przydrujsku, a we Francji przy szeregu polskich nagrobków. Środki na swoją działalność fundacja pozyskuje m.in. z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Instytutu Polonika oraz Senatu RP.

W Polsce fundacja prowadzi – we współpracy z gminą żydowską – prace na cmentarzu żydowskim w Warszawie. Na jego odnowienie otrzymała w 2017 r. na drodze ustawy fundusz żelazny w wysokości 100 mln zł.

O PROBLEMIE POLSKIEGO DZIEDZICTWA KULTUROWEGO NA WSCHODZIE opowiada raport Ośrodka Studiów Wschodnich z 2020 r. pt. „Zagrożone dziedzictwo. Polskie dobra kultury na Ukrainie i Białorusi”, autorstwa Wojciecha Konończuka i Piotra Kosiewskiego (dostępny na stronie internetowej: www.osw.waw.pl). Jest to pierwsza próba całościowego spojrzenia na tę problematykę, szerokiego pokazania stanu zachowania zabytków związanych z dawną Rzecząpospolitą, zaangażowania państwa polskiego w ich ratowanie po 1989 r., a także polityki Kijowa i Mińska wobec tej spuścizny.

Na temat zabytków dawnej Rzeczypospolitej, znajdujących się dziś na Ukrainie i Białorusi, pisaliśmy także w „TP” nr 20/2020.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]
Dyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich im. Marka Karpia w Warszawie. Specjalizuje się głównie w problematyce politycznej i gospodarczej państw Europy Wschodniej oraz ich politykach historycznych. Od 2014 r. stale współpracuje z "Tygodnikiem Powszechnym". Autor… więcej
Krytyk sztuki, dziennikarz, redaktor, stały współpracownik „Tygodnika Powszechnego”. Laureat Nagrody Krytyki Artystycznej im. Jerzego Stajudy za 2013 rok.

Artykuł pochodzi z numeru Nr 16/2021