Reklama

Purée z kartofli i kiszona kapusta

Purée z kartofli i kiszona kapusta

02.08.2006
Czyta się kilka minut
Nie trzeba przedstawiać go nikomu, kto dałby się poćwiartować za inteligentną i zabawną intrygę kryminalną. Borys Akunin jest autorem trzech cyklów powieściowych, które zrobiły furorę w Rosji i na całym świecie.
N

Nie trzeba też przypominać, że pod tym pseudonimem skrywa się wybitny japonista i ceniony literaturoznawca. To w przypadku Grigorija Czchartwiszwili ważna informacja, bo każdy jego cykl - "Przygody mniszki Pelagii", "Przygody Erasta Fandorina" czy "Przygody magistra" - to zabawy, w których Akunin po mistrzowsku żongluje stylami i konwencjami. Jego powieści - o czym mówił przed rokiem w wywiadzie dla "Tygodnika" - to hołd, jaki kultura masowa oddaje kulturze wysokiej. Warto o tym pamiętać, sięgając po "Powieść szpiegowską", pierwszą z nowego cyklu, który nazywa się, a jakże, "Gatunki"...

Gatunki literackie, rzecz jasna. Jest w tej powieści wszystko, co niezbędne w jej gatunkowej rekwizytorni: intryga z zapierającymi dech zwrotami akcji, walka bezwzględnych wywiadów, tajemnice, szyfry, rozdziały utajnione ze względu na dobro państwa, moce ciemności spiskujące przeciw... mocom ciemności, demoniczni szefowie wywiadów, złe kobiety i anielice, zdrady, zdrady i jeszcze raz zdrady. Jednym słowem fajerwerki, jakich nie powstydziłby się Le Carré z Ludlumem na dokładkę. Ale czy któryś z nich zdołałby napisać powieść o Kandydzie, który wstąpił do NKWD?

Goszcząc w ubiegłym roku w Krakowie na Festiwalu Powieści Kryminalnej, Akunin przyznał, że czyta mnóstwo powieści sensacyjnych, ale zawsze kończy lekturę na trzydziestej stronie, bo nie interesuje go, kto zabił, lecz jak powieść jest napisana. Jeśli ma się nos, wie się to po trzydziestu stronach, na więcej zwykle szkoda czasu. Może tę metodę zastosować do "Powieści szpiegowskiej"? A zatem przeczytajmy jej pierwsze rozdziały.

Prolog. Wiosną 1941 r. w gabinecie Hitlera odbywa się tajna narada Führera z szefami Abwehry. Hitler jak to Hitler: szepcze i krzyczy, miewa prorocze wizje, roztacza magię znanego całemu światu półuśmiechu. Ale jego słuchaczom nie jest do śmiechu. Hitler chce zaatakować Związek Radziecki i rozbić w puch Armię Czerwoną. Najlepiej zaraz i z zaskoczenia. - Ależ to niemożliwe, mein Führer - powiada szef Abwehry - na to trzeba czasu i sił. - Niemożliwe? - dziwi się Hitler. - Daję panom dwadzieścia cztery godziny, byście znaleźli sposób zaskoczenia przeciwnika, jeśli nie - proszę o pomoc innych.

Panowie z Abwehry domyślają się, że taki obrót sprawy groziłby im niezbyt miłymi konsekwencjami. Na odchodne Führer daje im dwie rady: celujcie w Azjatę i żadnego pruskiego pięknoduchostwa, wszystkie środki dozwolone.

Scena druga: w gabinecie szefa Abwehry. Szef drapie za uchem ukochaną jamniczkę, odzianą w malinowe majtki, bo suczka ma swój czas. Rozmyśla przy tym o mądrości tkwiącej w buddyjskim nauczaniu, bez której człowiek nie osiągnie Oświecenia: nie przyglądaj się Złu, nie słuchaj Zła, nie głoś Zła. - Za dużo filozofujesz, Willi - wtrąca drugi z panów - pora na sformułowanie zadania. - No cóż, spróbujmy - zgadza się admirał, rozkładając małe rączki. - Powinniśmy dążyć do tego, by Rosjanie widzieli drzewa, lecz nie domyślili się, że to ciemny las, w którym chowają się groźne wilki. Odwracamy uwagę przeciwnika: Ribbentrop rozmawia z Mołotowem, Führer udaje paranoiczny strach przed niepokonanym Albionem. - Niezłe - cmoka drugi z panów - ale czym jest purée z kartofli i kiszona kapusta bez solidnego kawałka mięsa? - Masz rację, stary - zgadza się admirał - do sukcesu brakuje efektownego ciosu.

- Wiesz, Willi - wpada mu w słowo amator kartofli z kiszoną kapustą - świnia jest genialna (świnią panowie z Abwehry poufale nazywali Führera). Świnia powiedziała genialne słowo. Po czym nachyla się ku admirałowi i szepce mu coś na ucho. Gdyby ktoś podsłuchał, nic by nie zrozumiał. Wiadomo tylko, że w pewnej chwili jeden z nich powiedział: "Wasser", a wtedy ten drugi zmienił się na twarzy. Jakie genialne słowo rzekła świnia? By celować w Azjatę? Kim jest ów Azjata? Nie, to niemożliwe, by chodziło o Ojca Narodów!

Po zagadkowym prologu następuje rozdział pierwszy, a w nim Jegor Dorin zdobywa mistrzostwo Moskwy w boksie, pokonując Siergieja Kriukowa z Klubu Sportowego Robotniczo-Chłopskiej Armii Czerwonej. Jegor to chłopak jak się patrzy, ma olśniewające zęby, bo dwa razy dziennie szoruje je proszkiem "Leninowska Żarówka". Po zwycięstwie popędził pod prysznic, bo za parę minut miał się spotkać z uroczym zjawiskiem, no po prostu zagadką antropologiczną! Kiedy się pluskał, poczuł niepokojącą ciszę w szatni. Gdy się odwrócił, ujrzał dowódcę w skórzanym płaszczu. Acha - domyślił się - nasz człowiek z NKWD. Nasz, bo Jegorek też służył w organach. I wciągnął majtki, by przedmiotem osobistego użytku nie trząść przed dowództwem.

- Patrzyłem na was i zachwycałem się - zaczął niemłody już dowódca, a w jego bławatkowych oczach zabłysły iskierki. I dodał: - Mądrze walczycie na ringu.

Na to Jegorek: - Boks, towarzyszu dowódco, to dobra szkoła życia, Majakowskiego pamiętacie?

- Mögen Sie Gedichte? - przeszedł na niemiecki dowódca. - Lubicie poezję? Chcecie ze mną pracować? Ale uprzedzam, operacja jest ryzykowna, można dostać w czapę.

Jegor otworzył usta...

Rozdział trzeci opowiada o zagadce antropologicznej. Poprzedniego wieczoru Jegor wybrał się do klubu "Kolejarza" na wykład z cyklu "Miłość i przyjaźń w epoce socjalistycznej". Po wykładzie obił mordę żulom, którzy napastowali obywatelkę z białym węzełkiem w ręku. - Jestem panu zobowiązana - powiada obywatelka. Znaczy się inteligencja - westchnął Jegorek i postanowił się zmyć, ale gdy obywatelka stanęła pod latarnią, zobaczył, że ma długie rzęsy. Biorę ją na muszkę - pomyślał, co znaczyło... zresztą mniejsza z tym. - Co pani tu ma? - zagaił, wskazując na biały węzełek. - Paschę i babę wielkanocną, byłam w cerkwi - ona na to. On: - Dla babci, choruje, co? - Dlaczego dla babci? - zdziwiła się Nadia. Nie mam babci, mieszkam z tatusiem, a pan jest komsomolcem?

Jegor wzruszył ramionami, od pół roku był kandydatem na członka partii, ale z dziewczynami o poważnych sprawach nie rozmawiał. - Chodźmy do mnie, bo już dłużej nie mogę - zaproponowała zagadka antropologiczna. Macie "inteligencję"! - obruszył się Jegor, ale zaproszenie przyjął, bo sam też już dłużej nie mógł. Gdy zaś po upojnej nocy zaszedł do kuchni, ujrzał tatusia Nadii, który z przekąsem czytał sprawozdanie z dekady sztuki tadżyckiej: "W sali Teatru Wielkiego odbyła się prezentacja widowiska muzycznego »Łoła«. Akcja pierwszego aktu toczy się przed kołchozowym młynem, gdzie zebrała się postępowa młodzież, żeby się poweselić, potańczyć i posłuchać żartów młynarza Bobo-Naboda, kawalera licznych orderów. Wśród dziewcząt jest zawołana śpiewaczka Kumri, której brygada zajęła pierwsze miejsce podczas prac siewnych. W akcie drugim miejscem akcji jest kołchozowa herbaciarnia, gdzie zbieracze bawełny czynią przygotowania do święta tulipanów. Uroczystość kończy się chórem na cześć Wielkiego Przyjaciela i Wodza Narodów".

Rozdział trzeci: Jegor otworzył usta, dowódca zaś podniósł brew. A ponieważ stało się to na stronie trzydziestej dziewiątej, ani słowa więcej, co się wydarzyło na następnych dwustu. Ale gwarantuję: "Powieść szpiegowska" jest przezabawna, a i nie głupia, bo nasz radziecki Kandyd, przyjąwszy propozycję majora Październicyna, walczyć będzie nie tylko z tajemniczym Wasserem, ale przede wszystkim pozna niejeden sekret Łubianki i zrozumie, kim są prawdziwi wrogowie ludu.

Historia skończy się dobrze, to znaczy - źle. Październicyn strzeli sobie w łeb co dawno przepowiedziała Stara Cyganka, ale jego wierny pomocnik dozna Oświecenia i przestanie patrzeć na Zło, czynić Zło, głosić Zło. Więcej zdradzić nie wolno, bo za to należałaby się czapa; no, może jeszcze tylko to, że ostatnie słowo przypadnie Stalinowi. I to dopiero będzie purée.

Świetna powieść. Prześmiewcza parodia konwencji szpiegowskiej i socrealistycznych powieścideł, szczególnie tych, które opiewały żelaznego Feliksa Edmundowicza i jego czerwone rycerstwo. Z niecierpliwością czekamy na dalszy ciąg "Gatunków". Może kiedyś się dowiemy, jakie naprawdę nazwisko nosił Październicyn i co go łączyło z Jegorem ze wsi Dorino, która przed rewolucją należała do jakichś von Dornów i gdzie jeden z nich, zwany Słodkim Paniskiem, bałamucił wiejskie dziewki...

Boris Akunin, "Powieść szpiegowska", przełożył Jerzy Czech, Warszawa 2006, Świat Książki

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]