Przypadki, którymi rządziła opatrzność

Jego biografię budują w równym stopniu badania rękopisów z Qumran, co pamięć żydowskiej tożsamości, doświadczenie Holokaustu i lata skomplikowanych relacji z Kościołem katolickim.
Czyta się kilka minut
Geza Vermes / Fot. Geraint Lewis / WRITER PICTURES / FORUM
Geza Vermes / Fot. Geraint Lewis / WRITER PICTURES / FORUM

8 maja 2013 r. w Oksfordzie zmarł prof. Geza Vermes – jeden z najwybitniejszych badaczy historycznego Jezusa i wczesnego chrześcijaństwa, wydawca przekładu rękopisów znad Morza Martwego, członek Akademii Brytyjskiej, wieloletni dyrektor studiów judaistycznych w Oksfordzie i redaktor „Journal of Jewish Studies”, laureat wielu honorowych doktoratów i międzynarodowych nagród.

Swoją autobiografię zatytułował: „Opatrznościowe przypadki” („Providential Accidents. An Autobiography”, Londyn 1998; wszystkie poniższe przekłady własne – KB). Paradoksalność tytułu polega na przekonaniu, że w ludzkim doświadczeniu zderzają się dwa przeciwne sobie czynniki – zupełna przypadkowość oraz przemyślana konsekwencja – i dopiero ich wypadkowa wyznacza kierunek, w którym życie nabiera pełni i rozpędu. A odkrywanie punktów, w których przypadek (lub wypadek) staje się zrządzeniem opatrzności, jest najbardziej fascynującą przygodą, która przynosi spełnienie wtedy, gdy pytamy o sens.

Sam autor tłumaczy tytuł, przywołując moment śmierci swojej pierwszej żony w 1993 r.: „Minęło szesnaście miesięcy od tej fatalnej nocy, i oto teraz jestem tutaj, ledwie co po siedemdziesiątce, i próbuję poskładać historię mojego życia i jej sens. Najlepiej mogę je podsumować jako ciąg opatrznościowych przypadków, odwołując się na przemian do religijnej i świeckiej wyobraźni”.

Lektura „Providential Accidents” przekonuje, że szkicowanie intelektualnej biografii Vermesa jest skazane na niepowodzenie bez uwzględnienia jego życiowych doświadczeń. Tę biografię budują w równym stopniu badania rękopisów z Qumran, co pamięć żydowskiej tożsamości, doświadczenie Holokaustu i długie lata skomplikowanych relacji z Kościołem katolickim. Jest to biografia utraceń i – na przemian – spotkań. A także upartych poszukiwań i wierności rozpoznawanym w sobie przekonaniom, których brak stałości jest wypadkową zewnętrznej przypadkowości i wewnętrznej uczciwości.

Czy tytuł wymyślony przez Vermesa w siódmej dekadzie życia jest równoznaczny z wyznaniem, że tak naprawdę „nie ma przypadków”? Czy narodziny, Holokaust, śmierć bliskich, nawrócenia, odejścia i ponowne nawrócenia stanowią tylko przypadki bez żadnego znaczenia? Czy też mamy przyjąć, że wszystko, co nas spotyka (nawet bolesne, straszne i niemożliwe do pojęcia), stanowi część zawsze pogodnej Opatrzności, której uśmiech dociera do nas z pewnym opóźnieniem?

Biografia Vermesa nie jest ani wyznaniem naiwnej wiary, że wszystkie rzeczy mają ukryte znaczenie i ich jasna strona zawsze – prędzej czy później – odsłoni się, ani próbą apoteozowania przypadków i wypadków, których mroku żadna opatrzność przebić nie jest w stanie. Jest zapisem procesu zdumienia nad tym, w jak niepojęty sposób życie biegnie pośród przeciwieństw.


KONWERSJA NA KATOLICYZM


Najbardziej opatrznościowym przypadkiem w życiu Vermesa było to, że pewien Arab w 1947 r. odkrył w pustynnej grocie rękopisy z Qumran. To one stały się dla badacza drogą do zdobycia pozycji, przywiodły upragniony spokój i stanowiły nieustanną inspirację do nowych poszukiwań. Rękopisy zaprowadziły go do Oksfordu, zdeterminowały jego myśl i badania, wyposażyły go w kompetencje językowe i historyczne, których bezpośrednią kontynuację stanowiły poszukiwania historycznego Jezusa. Życie Vermesa przekonuje, że najbardziej nawet odległe przypadki możemy wciągnąć w orbitę własnego kosmosu przez właściwe rozpoznanie ich znaczeń. Wtedy stają się opatrznościowymi przypadkami także naszego życia.

W ostatnich słowach autobiografii Geza Vermes podaje „metodę na życie”: „Ufaj swojej intuicji; ona rzadko zawodzi. / Idź za nią i z całego serca czyń, co uważasz, że należy czynić. / Postąpiwszy najlepiej, jak mogłeś, czekaj na opatrznościowe przypadki, które – o ile moje doświadczenie ma tu cokolwiek do rzeczy – całkiem często się zdarzają”.

O swoich początkach pisze następująco: „Urodziłem się 22 czerwca 1924 roku w Makó, wojewódzkim mieście w południowych Węgrzech, słynącym cebulą i czosnkiem. Ich potworny zapach wypełniał ulice, na których stały magazyny, a czosnek do dzisiaj przyprawia mnie o mdłości”.

Pierwszym ważnym wydarzeniem, uznanym za symboliczne zarówno przez samego Vermesa, jak i jego późniejszych biografów, była konwersja całej rodziny na katolicyzm. „Późnym latem roku 1931 mój nauczyciel wziął mnie na bok po lekcji religii i zapytał: ­»Zamierzasz się ochrzcić czy nie? Wkrótce będę musiał wypełnić twoje dokumenty. Co mam wpisać do rubryki: żyd czy katolik?«. Ostatecznie wpisał: rzymski katolik. Moi rodzice w końcu zdecydowali się przekroczyć Rubikon. (...) Dorastałem więc jako młody katolik, ale nigdy nie pozwolono mi zapomnieć o moich początkach. Matka zabroniła mi kiedykolwiek wspominać o konwersji prababci. Nie mam pojęcia, czy prababcia to odkryła, czy nie. Mam nadzieję, że nie”.

Ten zastanawiający dialog tradycji żydowskiej z katolicyzmem trwał przez całe życie Vermesa i ogarniał zarówno jego osobiste odczucia, jak i wszelkie możliwe relacje z bliskimi. Kiedy po wojnie znalazł się na chwilę w środowisku budapeszteńskich żydów i odszukał kilkoro ocalałych członków rodziny, usłyszał od wuja drwiące słowa: „Widzę, że zajmuje cię to, czego powinieneś był się nauczyć w dzieciństwie”.

To samo wahanie, niejednoznaczność, ten sam dystans i namysł pojawiają się zawsze, ilekroć Vermes podejmuje kwestie religijne. „Moja matka stała się gorliwą katoliczką; modliła się codziennie, co niedzielę chodziła na msze do kościoła, nie jadła mięsa w piątki i obracała się niemal wyłącznie w chrześcijańskich kręgach. Co stało się z jej pobożnością w piekle Auschwitz czy w jakimkolwiek innym piekle, przez jakie musiała przejść, Bóg jeden wie. Mogę jedynie mieć nadzieję, że jej pomogła”.


W CIENIU HOLOKAUSTU


Całe wychowanie religijne Gezy Vermesa, od chrztu po święcenia kapłańskie, zdominowały doświadczenia negatywne: brak pasji, przekonania i nade wszystko wykształcenia. Wcześnie obudzone pragnienie rozwoju intelektualnego od samego początku nie mogło – mimo uporczywych starań – znaleźć sobie żadnego miejsca realizacji: „Mówiono nam, że religii należy się uczyć od Kościoła, a nie o niej dyskutować. Na marginesie: podczas ośmiu lat religijnego wychowania w gimnazjum nigdy nie dostałem do ręki Biblii – było to coś dla protestantów. Zamiast tego musieliśmy posiadać książeczkę do nabożeństwa i różaniec”.

Przyszły uczony i rekonwertyta przez lata nie mógł trafić na ani jednego nauczyciela, który umiałby odpowiedzieć na jego intuicje i oczekiwania. Intrygujące też, że właśnie w Kościele Vermes lokował nadzieje na intelektualny rozwój. A także to, że przez długie lata znajdował tam tak niewiele możliwości jego realizacji.

Po maturze Vermes zdecydował się na drogę do kapłaństwa: „W poszukiwaniu intelektualnych wyzwań, najpierw zwróciłem się do jezuitów cenionych za ich doskonałość. W odpowiedzi otrzymałem list z uprzejmą i zwięzłą odmową. Oczywiście nie zdawałem sobie wówczas sprawy, że w tamtych czasach Towarzystwo Jezusowe z zasady odmawiało przyjmowania w swoje szeregi nawróconych żydów”. Po dwóch latach podjął jeszcze jedną próbę wejścia w środowisko, w którym spodziewał się lepiej zrealizować swoje marzenia o duchowym i intelektualnym rozwoju, i złożył swoje podanie o przyjęcie do dominikanów. Jednak i tam mu odmówiono. Ostatecznie, jesienią 1942 r. trafił do seminarium duchownego w Nagyvárad, rozpoczął naukę jesienią 1942 r.

Dwa lata studiów filozoficznych wspomina jako zdecydowanie nudne: „Wykładowcy wydawali się znudzeni i konsekwentnie byli nudni. Większość wykładów polegała na głośnym odczytywaniu tekstu podręcznika z nielicznymi komentarzami tu i tam”.

19 marca 1944 r., pod koniec drugiego roku studiów Vermesa, do Budapesztu, celem zorganizowania „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” na Węgrzech, przyjechał Adolf Eichmann. Dwa miesiące później rodzinny świat Gezy przestał istnieć – ostatnia wymiana korespondencji z rodziną miała miejsce na początku maja. Vermesa zmuszono do opuszczenia seminarium: „Jeden z moich przełożonych, nie pamiętam już który, uprzejmie poinformował mnie, że ze względu na moje własne bezpieczeństwo byłoby lepiej, gdybym opuścił seminarium i pozostał w ukryciu, najlepiej w jakimś miejscu, w którym byłbym nieznany, aż do czasu, gdy sprawy się nieco uspokoją”.

Siedem miesięcy tułaczki i ukrywania się zakończyło się w grudniu 1944 r. wraz z wkroczeniem na Węgry Armii Czerwonej. Geza przebywał wówczas w Budapeszcie. Piesza wędrówka do Gyula (ok. 230 kilometrów) miała być powrotem do domu. Okazała się powrotem donikąd: „Większość ludzi była ta sama. Brakowało zaledwie kilku młodych mężczyzn, wziętych do niewoli lub zabitych na froncie wschodnim. Zarazem jednak brakowało wszystkich żydów. Spędziłem tam dwa tygodnie, mieszkając przy katolickiej parafii, usiłując nieustannie, ale i bezowocnie znaleźć odpowiedź na pytanie, gdzie w ogóle jestem, co mam robić i gdzie”. Zniknęli ludzie, majątek, wszelkie przedmioty codziennego użytku.


ODKRYCIE BIBLII


Ostatecznie Vermes postanowił wrócić do seminarium w Nagyvárad. Oprócz Gezy było tam jeszcze dwóch nawróconych żydów – Miki Frank i Adrew Villányi. Całą trójkę na lata połączyła szczera przyjaźń, w której sam Geza dostrzegł „początek wewnętrznej przemiany, która miała dojrzewać ponad dwadzieścia lat”. Vermes zdał sobie wtedy sprawę, że bycie księdzem na węgierskiej prowincji nie jest jego powołaniem i że coraz silniejsze były w nim potrzeby intelektualnych poszukiwań.

Fascynacja filozofią i lektura wszystkich dzieł św. Tomasza w oryginale zbiegła się z brzemiennym w skutki wydarzeniem – spotkaniem z Gezą Follmannem, dyrektorem kolegium, biblistą, a zwłaszcza z jego pracownią, w której przyszły profesor Oksfordu robił porządki, pierwszy raz w życiu dotykał hebrajskiej Biblii i pochłaniał jak leci kolejne woluminy „Revue Biblique” i „Études Bibliques”. Odejście z seminarium stało się nieuchronne i wpisało się w historię rozstań, które i dotąd, i później były milowymi kamieniami jego życia.

Ostatecznie spełnieniem dotychczasowych marzeń okazał się zakon ojców Matki Bożej Syjonu (Religieux Notre Dame de Sion): „Tęskniłem do kongenialnego rozwiązania, w którym moje żydowskie pochodzenie nie byłoby przeszkodą, a zarazem moje intelektualne aspiracje mogłyby się bez przeszkód rozwijać”. Zakon ojców Matki Bożej Syjonu, założony w 1855 r. przez nawróconych żydów i dla nawróconych żydów oraz skoncentrowany na studiach biblijnych i rozwoju intelektualnym, nadawał się do tego celu znakomicie.

Kolejnych 10 lat życia w Paryżu i w Louvain było pod każdym względem błogosławione: zakończyło okres tułaczki, poszukiwań i niespełnienia, przyniosło spotkanie z rękopisami z Qumran oraz otworzyło drogę do kolejnego etapu. Vermes wstąpił do nowicjatu w Louvain 2 października 1946 r. Rok później rozpoczął studia. Jego uwaga koncentrowała się na kursach o św. Pawle i nowotestamentalnych kontekstach żydowskich, a prawdziwym impulsem do nauki był nadzieja na spotkanie ze Starym Testamentem i językiem hebrajskim w następnym roku studiów.


REWOLUCJA MIMOCHODEM


Biblijne studia Vermesa przebiegały w okresie, w którym z jednej strony nadal żywa była pamięć dekretów Papieskiej Komisji Biblijnej (z lat 1906-10), z drugiej zaś encyklika Piusa XII „Divino afflante Spiritu” (1953) dopiero torowała drogę do prawdziwych badań biblijnych. Dekrety nakazywały biblistom bezkrytyczne przyjmowanie Dawidowego autorstwa wszystkich Psalmów, Mojżeszowego autorstwa całego Pięcioksięgu, a zarazem zabraniały przyjmowania do wiadomości istnienia kilku warstw redakcyjnych Księgi Izajasza, która stała się zresztą przedmiotem pierwszej pracy akademickiej Vermesa.

Krytyczny umysł Vermesa szukał nowych wyzwań. Być może odkrycie zwojów znad Morza Martwego stało się swego rodzaju wyzwoleniem i ucieczką – pozwoliło zdystansować się do bieżących sporów, których jałowość już nawet wtedy była oczywista – i pomogło skupić się na przedmiocie, który z konieczności wolny był od uwikłań interpretacyjnych i ideologicznych. Najpierw przecież należało go przeczytać, wydać i przetłumaczyć. Czas na to potrzebny wystarczył, żeby rewolucja w naukach biblijnych zdążyła się dokonać.

W kluczowym momencie Vermes widział swoje zadanie jasno: „Ojciec Lambert, chociaż wychwalał zalety pozytywnych aspektów nowej encykliki, podtrzymywał wiele obaw na temat działania Komisji Biblijnej. Wprawdzie zachęcał mnie do specjalizowania się w dziedzinie badań nad Starym Testamentem, ale równocześnie ostrzegał, że muszę stąpać bardzo ostrożnie: nigdy nie należy ufać autorytetom. Byłem zachwycony i zdumiony zarazem. (...) Oto miałem szukać drogi do przekonania Rzymu, że powinien skorygować wiele wypaczonych chrześcijańskich koncepcji na temat żydów oraz dać swym uczonym pełną wolność badań w dziedzinie nauk biblijnych! (...) Gdybym był prorokiem, mógłbym przewidzieć wielkie zmiany, jakie miały nastąpić w drugiej połowie wieku: formalne odrzucenie antyżydowskich trendów w teologii katolickiej i w liturgii przez Sobór Watykański II, stopniową rewaluację postbiblijnego judaizmu w myśli chrześcijańskiej czy odkrycie (jak zabawnie brzmi to dzisiaj!) żydowskości Jezusa”.

Losy Vermesa potoczyły się w paradoksalny sposób: jego marzenia w większości się spełniły, choć bez jego udziału; czy może raczej z jego udziałem, ale z zupełnie innego miejsca.


***


Ostatecznie, po niemal trzydziestu latach poszukiwań, napięć i nieustannego rozdarcia, życie Vermesa uczyniły szczęśliwym dwie rzeczy: nauka wyrosła z tradycji biblijnych i teologicznych, ale zawsze poszukująca poza znanym dotąd horyzontem, oraz miłość. W swojej autobiografii notuje dwa fakty, które zmieniły jego życie: wiadomość o rękopisach z Qumran oraz znajomość z Johnem Bradbourne’em, który stał się katalizatorem miłości do Pam: „Zwoje odwiodły mnie od zainteresowania Pieśniami Sługi Pańskiego z Księgi Izajasza i skierowały mnie na badania, które trwają do dzisiaj, a kilka lat później Bogu ducha winny John miał się stać niebezpośrednio i niezamierzenie odpowiedzialny za zmianę biegu mojego życia”.

Jedno i drugie stanowi scenariusz na zupełnie inną opowieść, w której nauka i cierpliwość poszukiwań splotły się z przejmującym doświadczeniem dobroci i miłości, budując postawę, której nie mogło złamać już żadne nowe odejście, żadne pęknięcie. A każdy kolejny przypadek stawał się opatrznościowy natychmiast, bez czekania na zmianę perspektywy. Odwaga podążania za intuicjami przyniosła w życiu Gezy błogosławione owoce, zarówno w nauce, na czym korzystamy wszyscy, jak i w życiu, czego dotknąć mogło niewielu. Życie Gezy i jego nauka pozostawiły po sobie pogodny ślad. 

Po polsku ukazały się cztery książki Gezy Vermesa: „Jezus Żyd: ewangelia w oczach historyka” (Znak 2003), „Kto był kim w czasach Jezusa” (Amber 2006), „Twarze Jezusa” (Homini 2008) oraz „Autentyczna Ewangelia Jezusa” (Homini 2009).

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 22/2013