Darmozjady”, „pasożyty”, „pięknoduchy” – dziś artyści w Polsce stali się przysłowiowymi chłopcami do bicia, na czym chętnie żerują media i zbijacze politycznych kapitałów. Nim znajdzie finał ustawa o socjalnym zabezpieczeniu twórców wykonujących zawody artystyczne, przyjrzyjmy się kinu, które od lat portretuje takich ludzi – wykonujących profesje pozbawiane, najczęściej z ignorancji czy frustracji, miana pracy.
Ale Łukasz Ronduda, wywodzący się jako kurator i badacz z kręgu sztuk wizualnych, nie idealizuje ani nie romantyzuje swoich bohaterów. Tym bardziej że są to jednak nazwiska mniej lub bardziej gwiazdorskie, trudne do uznania za próbkę reprezentatywną dla całego środowiska.
Czy Ronduda tworzy typowe filmowe biografie
A cóż to jest za osobliwy zwierz, ten artysta? Filmom Rondudy, tym fabularnym czy dokumentalnym, daleko także do egzotyzacji – zbyt dobrze zna reżyser ów „gatunek”. Przybliżając jakąś mikrospołeczność albo przetwarzając historie autentycznych, czasem mocno ekscentrycznych twórców, interesuje się przede wszystkim żywym, wielowymiarowym człowiekiem. Schowanym za swoimi dziełami, narosłymi wokół niego mitami czy głośnym nazwiskiem.
Z racji tego, że autor „Serca miłości” (2017) czy „Wszystkich naszych strachów” (2021) zna branżę od podszewki, łatwo byłoby go posądzić o kino „koleżeńskie”, promujące utalentowane koleżanki i kolegów. Tymczasem czerpiąc z artystycznych i osobistych biografii (Zuzanny Bartoszek, Wojciecha Bąkowskiego czy Daniela Rycharskiego), zamiast umiejscawiać artystę na skali jego osiągnięć, woli osadzić go w żywej społecznej tkance.
Czyli pokazać, jak ktoś żyjący głównie z kreacji i autokreacji funkcjonuje w odniesieniu do innych ludzi, tych bliższych i tych dalszych. Nie są to więc nigdy filmowe biografie. Zresztą, kiedy w 2010 r. napisał Ronduda, wespół z Łukaszem Gorczycą, książkę „W połowie puste. Życie i twórczość Oskara Dawickiego”, wybrał literacki eksperyment z pogranicza literatury (powieści, eseju z historii sztuki oraz dialogu autorów z artystą) oraz tak zwanej liberatury, gdzie graficzny kształt książki ściśle korespondował z jej tytułem i treścią.
Toteż, gdy pięć lat później, wspólnie z Maciejem Sobieszczańskim, Ronduda nakręcił debiutanckiego „Performera”, trudno było oczekiwać zrobionego po bożemu portretu. Ponieważ Dawickiego odtwarzał tutaj sam Dawicki, przed kamerą toczą się nieustanne gry między prawdziwym życiem, performansem w brokatowej marce i kinem z pogranicza różnych stylistyk.

Przy okazji dostajemy satyrę na modny światek artystyczny i jego niewyczerpane „żyły złota”, na czele z Holokaustem, grzebaniem w śmieciach i depresyjną legendą artysty. Oraz kokieteryjne pytania o koniec sztuki, w której wszystko przecież już było. A czego dowiadujemy się o samym artyście, który znany jest z tego, że obgryzł wszystkie jabłka z Drzewa Wiadomości, odtworzył zalany płynnym srebrem przełyk i nieustannie kwestionował swoje realne istnienie?
Najbardziej autentycznie pokazana została w filmie relacja bohatera z jego mistrzem, Zbigniewem Warpechowskim, którego zresztą film po performersku uśmiercił. Jednakże w swej hybrydowej formie i problematyce nazbyt hermetycznej dla zwykłego zjadacza chleba jest „Performer” ciągle jeszcze kinem bardziej „galeryjnym”.
Bez względu na to, że prócz wspomnianych performerów czy Andy Rottenberg zagrali w nim znani aktorzy: Agata Buzek czy Andrzej Chyra. Dopiero w następnych filmach zacznie Ronduda naprawdę „nicować” i „uczłowieczać” swoich bohaterów. Reżyser przyjrzy się nie tylko środowiskowym, ale także osobistym uwikłaniom i słabościom ludzi zajmujących się na co dzień sztuką.
Miejsce artysty w lokalnej społeczności
Bo czy w samym akcie tworzenia nie ma czegoś z gruntu egocentrycznego i zawłaszczającego?
Zawsze przecież z kogoś się czerpie, coś się poświęca, z kimś rywalizuje... Zupełnie jak bohaterowie „Serca miłości”, czyli wspomniana para Bartoszek i Bąkowski, zagrana przez Justynę Wasilewską i Jacka Poniedziałka. Z wygolonymi głowami, w czarnych ascetycznych stylówkach, wydają się identyczni i androginiczni, chociaż to on, dużo starszy mężczyzna, wszechstronny artysta i uznany audioperformer, pociąga za sznurki.
Próbuje stwarzać swoją partnerkę jako artystkę, lecz przy okazji podkrada jej pomysły, a nawet sny. I mimo, że film szczególnie dba o oryginalną narrację tudzież stronę wizualną (artyści niczym para kosmitów krążą po różnych warszawskich miejscach i niemiejscach, analizując i przetwarzając konsumpcyjną rzeczywistość), udało się ocalić emocje. Głównie za sprawą Wasilewskiej, której pięknie filmowana twarz zdaje się odsłaniać wszystko. Może nawet więcej, niż chciałyby pokazać pierwowzory tych postaci, jakkolwiek film otrzymał ich „błogosławieństwo”.
Podobnie „Wszystkie nasze strachy”, najbardziej dotąd nagradzany i najbardziej przystępny film Rondudy, współreżyserowany przez operatora Łukasza Gutta. Sam punkt wyjścia był z pewnością wyjątkowy i szczególnie w Polsce będący wyzwaniem – wszak twórczość Daniela Rycharskiego łączy tematykę wiejską z krytyką społeczną, a queerowość z imaginarium religijnym.
Dlatego filmowa opowieść miała być czymś więcej niż odtworzeniem okoliczności powstania słynnej instalacji inspirowanej Drogą Krzyżową, złożonej z krzyży ubranych w rzeczy skrzywdzonych osób LGBT+. Niosła refleksję o miejscu artysty w lokalnej społeczności, o jego natchnieniach i nadużyciach, co często powraca w filmach Rondudy.
Ile jest bowiem w pracy artystycznej czerpania z własnych trzewi i potrzeby zbawiania świata, a ile z wyrachowania czy zwykłej pychy?
Dawid Ogrodnik w zapożyczonej od Rycharskiego czarnej bluzie z tęczowymi lampasami odtwarza postać pogubioną w meandrach seksualnej odmienności i religijnej misji, społecznego zaangażowania i wampirycznego rynku sztuki. Dziś widać, że przez tę wielowątkowość oraz własną misyjność „Strachy” trochę się zestarzały, chociaż problemy, których dotykają, niestety ciągle nie.
Czy performowanie lęków ma terapeutyczny sens
Słynna praca Rycharskiego pojawia się zresztą w najnowszym filmie Rondudy, „Powiedz mi, co czujesz”, łączącym wątki tamtego filmu z „Sercem miłości”. Zanim trafimy na wernisaż do stołecznego Muzeum Sztuki Nowoczesnej, z którym reżyser jest związany, poznajemy parę młodych artystów, zdeterminowanych w dużej mierze przez swoje pochodzenie społeczne.
Patryk (wzorowany na malarzu Patryku Różyckim i zagrany przez Jana Sałasińskiego) przyjechał ze wsi i ciągnie się za nim, oprócz wspomnień z zagraconego gumna, wielka rodzinna trauma. Maria (pierwowzorem była artystka wizualna Karolina Balcer i gra ją Izabella Dudziak) jest, dla odmiany, wielkomiejską „terapiarą” z zamożnego domu. Zaś jej artystyczny projekt to znany skądinąd „Skup łez”, choć Patryk nie potrafi wycisnąć z siebie chociażby jednej. Oglądamy więc nieustające zgrywy i porywy, w których dwoje „Zetek” za wszelką cenę chciałoby uniknąć przywiązania, a jednocześnie bardzo pragnie bliskości. Czy twórczość może im w tym pomóc?
Okazuje się, że performowanie przez bohaterów swoich lęków i wstydów niesie terapeutyczny sens, jakkolwiek raz jeszcze pojawia się u Rondudy deziluzja związana z ideą sztuki w pełni demokratycznej, będącej z założenia ponad podziałami.
Zaproszeni na wielkomiejską wystawę wiejscy rodzice artysty poczują się obrażeni jego obrazami. Mimo to same poszukiwania przez głównych bohaterów artystycznej i emocjonalnej szczerości mają swój filmowy urok. „Powiedz mi”, ilustrowane muzyką Seweryna czy Błażeja Króla, z pewnością zyskuje na autentyzmie, ilekroć oddaje pola prowokacyjnej młodości, skrywanej kruchości, niezgrabnym gestom bohaterów, gorzej natomiast, kiedy próbuje na ten temat zbyt dosłownie rozprawiać.
Ronduda zwraca też uwagę na rozmaite patologie związane z utowarowieniem sztuki oraz jej snobistyczne mechanizmy wkluczania i wykluczania. Przeciwko nim występuje poniekąd jego najnowszy dokument, „Freak Show”, zrealizowany z Filipem Pawlakiem, twórcą teatralnym i rzecznikiem artystów z niepełnosprawnościami.
Tytułowe „dziwowisko” to bowiem grupa osób występujących na scenach nie pomimo swoich cielesnych dysfunkcji, ale wręcz przeciwnie – ostentacyjnie je wygrywając i przejmując pełną kontrolę nad emocjami widowni. Zgodnie z ideą, że prawdziwa sztuka nie jest po to, by się podobać, a żeby budzić dyskomfort i ryć nasze leniwe mózgi.
Co wyłania się z dekonstrukcji
Tak jak twórczość Romana Stańczaka – rzeźbiarza, który siedem lat temu wywrócił na nice samolot i w takiej postaci pokazał go na biennale w Wenecji. Dokument „Lot” (2022), zrealizowany przez Rondudę (także współkuratora weneckiego projektu) i Annę Zakrzewską, pokazuje z bliska sam skomplikowany proces.
„Czy sztuka jest tego warta?” – pyta ktoś w filmie na widok morderczej pracy, polegającej na wybebeszaniu i przekształcaniu samolotu w swoją niepokojącą podszewkę. Wyłania się z tej dekonstrukcji, odbieranej jako krytyczny komentarz społeczny i aluzję do smoleńskiej katastrofy, coś bardzo osobistego, morderczego i bolesnego zarazem. Dopełnia to przywołana w filmie zdawkowo osobista biografia Stańczaka.
Rondudę, obok portretów polskich artystów wizualnych, interesują również artystyczne i społeczne utopie. Jedną z nich była w Polsce najntisowa eksplozja muzyki techno, dająca przez chwilę złudzenie wolności i wspólnoty, co przedstawiał dokument „Rave”, nakręcony dwa lata temu wraz z Dawidem Nickelem.

To zresztą kolejna cecha tej twórczości filmowej – kino Rondudy, zazwyczaj podpisywane dwoma nazwiskami, pozostaje niejako w kontrze do rozbuchanego indywidualizmu, który zbyt długo bywał wyznacznikiem „prawdziwej” twórczości. W tych filmach rozmaici artyści i artystki schodzą z wyobrażonych parnasów i odsłaniają swoją mniej lub bardziej wrażliwą podszewkę, żeby stać się przekaźnikami własnych czy zbiorowych niepokojów.
Filmy o nich tylko dyskretnie podpowiadają, po co właściwie jest ta cała sztuka i czemu/komu ona ma służyć, przy okazji zaś poszerzają horyzonty polskiego kina o zupełnie nowe obszary.
RETROSPEKTYWA FILMÓW ŁUKASZA RONDUDY na festiwalu TAURON Nowe Horyzonty. Wrocław, 23 lipca – 2 sierpnia. Online 23 lipca – 9 sierpnia.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.











