Prokurator domaga się, by za zniesławienie prezydenta spędził trzy lata w kolonii karnej. Dla Andrzeja - który bywał także autorem "Tygodnika" i który zawsze pomagał nam w pracy na Białorusi - więzienie to chleb powszedni, siedział za udział w demonstracjach i za działalność dziennikarską. Nigdy nie tracił pogody ducha: uśmiechał się zza krat milicyjnej suki. O swoich perypetiach z władzą opowiadał z humorem, wie, że taki jest los dziennikarza w dyktatorskim państwie. Andrzej to przypadek szczególny: nie siedzi przez ambicje polityczne. Zawsze podkreślał, że nie jest opozycjonistą, nie walczy z reżimem, tylko chce, by respektowano prawo do wolności słowa w jego kraju. Mówił, że przecież w dyktaturze Aleksandra Łukaszenki też istnieją kodeksy, niech więc władza ich przestrzega.
Wiele wskazuje na to, że wyrok w jego sprawie zapadnie już po wydrukowaniu tego numeru "Tygodnika". Nawet jeżeli okaże się najwyższy, Andrzej nie da się złamać. Będzie mu żal wszystkich współwięźniów, bo na Białorusi prawie codziennie za kraty trafiają uczestnicy milczących protestów. Kiedy w grudniu ub.r. uwięziono go za udział w manifestacjach powyborczych, w pierwszych słowach po zwolnieniu stwierdził: "Tam zostało tyle młodych dziewczyn, dlaczego wypuścili mnie?". Zawsze myślał o sobie na końcu.
We wzruszającym felietonie internetowym pisał niedawno o synku aresztowanego kontrkandydata Łukaszenki w wyborach prezydenckich Andreja Sannikaua, który na tatę będzie musiał poczekać kilka lat. Na Andrzeja też czeka dwójka dzieci.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















