Reklama

Pożegnania

Pożegnania

25.01.2006
Czyta się kilka minut
Dwa spotkania
R

Ryszard Matuszewski

Janku drogi! Myślę, że Twoja gorąca wiara ograniczyła do minimum to, czego się wszyscy na ogół obawiamy: udrękę umierania. Wiem, jestem pewien, że myślałeś wtedy przede wszystkim o tym, że za chwilę staniesz przed obliczem Ojca Najwyższego, i ta wizja pomagała Ci opuścić ze spokojem i nadzieją miejsca, które Ci na ziemi Bóg wyznaczył. I w których również i mnie dane było szczęście spotykania się z Tobą.

Znana jest osobliwa właściwość ludzkiej pamięci w późnych latach życia: wydarzenia wręcz zamierzchłe w czasie trwają w niej żywiej, rysują się plastyczniej niż późniejszy bieg życia. Dlatego zacznę właśnie od naszego ostatniego spotkania. Wiedziałem, że już nie odnajdę Cię, jak dawniej, w zakrystii kościoła Wizytek, gdzie odwiedzałem Cię przez długie lata, uważając za szczególnie szczęśliwą okoliczność losu fakt, że to właśnie mój dawny "szkolny" kościół był scenerią naszych spotkań. Wiedziałem, że już nie opuszczasz swojego mieszkania, położonego zresztą kilkadziesiąt kroków za kościołem. Na propozycję odwiedzenia Cię zareagowałeś jednak z właściwą Ci serdecznością i radością.

I nie była to tylko nasza ostatnia w życiu rozmowa. Kiedy w pewnej chwili spytałem, jak w Twoim stanie zdrowia wypełniasz swe kapłańskie powinności, dowiedziałem się, że odprawiasz w domu Mszę przy swoim biurku. I w takiej Mszy przez Ciebie odprawianej miałem szczęście wziąć udział. Nie muszę dodawać, że otaczał Cię krąg osób kochających i sprawujących nad Tobą najczulszą pieczę.

Zaprosiłeś mnie wtedy do odwiedzania Cię i kiedy wkrótce potem spotkały mnie również różne właściwe naszemu wiekowi zdrowotne przypadłości, wśród zaniedbań nimi spowodowanych jawiła mi się często jak wyrzut sumienia myśl o tym, że czas najwyższy na następne u Ciebie odwiedziny. Ale kiedy 12 stycznia tego roku spotkałem osobę z grona tych, co się Tobą zajmowały, z uczuciem gorzkiego niepokoju odebrałem wiadomość, że nie jesteś już u siebie, lecz poddany szpitalnej opiece. A na moje pytanie, kiedy spodziewany jest Twój powrót do domu, otrzymałem odpowiedź, która właściwie już tylko antycypowała o sześć dni późniejszą wiadomość, że odszedłeś do domu Ojca. Nie tracę nadziei, że tam nastąpi też nasze najbliższe spotkanie.

Ale zanim ono nastąpi, pozwól, bym wyjaśnił czytelnikom "Tygodnika Powszechnego", jeżeli nie czytali tego, co już zdarzało mi się o Tobie pisać, w jakich okolicznościach zrodziła się nasza znajomość. Moje wspomnienie nabiera bowiem wagi właśnie z tej racji, że jako Twój rówieśnik zetknąłem się z Tobą po raz pierwszy dawniej niż ktokolwiek z jeszcze żyjących.

Było to na początku roku 1932, a więc siedemdziesiąt cztery lata temu, w redakcji "Kuźni Młodych". Specyfikę tego pisma, redagowanego w praktyce przez abiturientów gimnazjów warszawskich, ale z udziałem zdradzających pociąg do pióra uczniów szkół z całej Polski, stanowił polityczny protektorat prezydenta Ignacego Mościckiego i, w pierwszym okresie istnienia "Kuźni", jej lokal mieszczący się nie byle gdzie, bo w samym Zamku Królewskim, w dwu pokoikach sąsiadujących z odwachem żandarmerii chroniącej siedzibę Prezydenta.

Tam właśnie, na wieczorze młodych poetów, który redakcja "Kuźni" zorganizowała, zobaczyłem Cię i usłyszałem po raz pierwszy. Byłeś wówczas uczniem gimnazjum im. Czackiego. Twoje wiersze uczyniły na mnie i na moich rówieśnikach od razu duże wrażenie. Było w nich coś świeżego i ujmującego, choć miało to miejsce na wiele lat przed czasem, w którym gwiazda Twojej poezji miała zalśnić pełnym blaskiem.

Nasz kontakt w "Kuźni" był przelotny i nie tu miejsce, by snuć opowieść o dziejach naszej przyjaźni, której źródłem była z pewnością przede wszystkim Twoja nieskończona dobroć i życzliwość, jaką zawsze raczyłeś mi okazywać, i której czułą pamiątką są choćby liczne dedykacje na moich egzemplarzach Twoich książek. Ja z kolei starałem się, jak umiałem i gdzie tylko mogłem, podkreślać niezwykłe i niepowtarzalne walory Twojej poezji, Twego sposobu widzenia świata oraz myślenia o nim i o jego Stwórcy.

Miałem okazję również do swoistej konfrontacji Twojej wizji Boga, ku któremu zmierza człowiek z prostej potrzeby serca, z wizjami może bardziej uczonymi i ambitnymi w zamiarze objęcia wielkości Bożej wersetami teologicznych traktatów, ale w moim odczuciu mniej przekonującymi niż Twoja najczystsza wiara płynąca z serca. To, co po sobie pozostawiłeś, twoja cudowna poezja, to jeden z największych darów, jaki mi jako miłośnikowi poezji przypadł w udziale.

Autor jest historykiem literatury i krytykiem.

Więcej dusz niż liter

Krzysztof Śliwiński

"Właściwie odnajdujemy w »Naśladowaniu« wyrażoną na różne sposoby tę jedną wielką prawdę, którą Jezus zawarł w przypowieści o skarbie ukrytym w roli. Wobec wspaniałości Boga nic się nie liczy" - zapisał ks. Jan Twardowski w swoich notatkach, poprzedzających współczesny przekład książki Tomasza ? Kempis "O naśladowaniu Chrystusa" autorstwa Anny Kamieńskiej, z którą był zaprzyjaźniony. "Wybitna poetka zbliżyła nam tekst »Naśladowania« swoim mądrym i prostym słowem. Dla czytelnika nie jest rzeczą obojętną język dzieła" - notował. A wcześniej: "Przecież Chrystus umarł za każdego człowieka, kocha każdego - nie tylko dlatego, że każdy z nas jest częścią wielkiego tłumu. Myślę, że wzrusza nas rozmowa wewnętrzna Chrystusa z duszą wierzącą - tak często spotykana w »Naśladowaniu«. Rozmowa z Umiłowanym Niewidzialnym. Źródło liryki religijnej. (...) Słowa starej, pobożnej książki, natchnione duchem rozmowy Chrystusa z uczniem - weszły do modlitwy liturgicznej Kościoła. Czy »Naśladowanie« jest książką tylko dla zakonników? Tak może się wydawać. Myślę jednak, że jest dla wszystkich. Mam znajomego, który wyznał, że dostarczony mu do obozu koncentracyjnego egzemplarz pomógł mu przetrwać. Znam ludzi świeckich, dla których ta książka stawała się nagle bliska, choćby na krótko, w pewnych chwilach ich życia - choroby, nawrócenia, śmierci kogoś z rodziny czy przyjaciół. (...) »Naśladowanie« ma swoje tajemnice. Może się czasem wydawać przestarzałe, za surowe, trochę nie z tego świata, jak często jednak nieoczekiwanie toruje drogę łasce. Nieraz jako ksiądz w rozmowach przy odwiedzaniu chorych jestem zdumiony, do jakich ludzi trafia. Nie wdając się zbytnio w teologiczne rozważania, jest książką ekumeniczną, ukazuje, co łączy wiernych, a nie to, co dzieli. Żarliwe. Kocha Boga. Można je nazwać modlitewnikiem".

I jeszcze uwagi praktyczne, które zapisywał ks. Jan Twardowski. Z listu Jerzego Lieberta do Agnieszki: "»Naśladowanie Chrystusa« czytam stale, bo sama wiesz najlepiej, że tej książki »przeczytać« w trybie dokonanym nie można nigdy". I z listu Piotra Chmielowskiego (historyka literatury) do Antoniego Sygietyńskiego: "Tomasza ? Kempis nie należy czytać systematycznie, tylko dorywczo i na chybił trafił". W innym miejscu ks. Twardowski zanotował: "Ciekawe, że książka »O naśladowaniu«, choć wydaje się pod względem językowym archaiczna, bliska jest współczesnej poezji, która chce podać po prostu - niestylizowane, bez ozdobników - nagie słowo".

"Zarzucano domniemanemu autorowi Tomaszowi ? Kempis to, że ani razu nie wspomina Matki Bożej". W notatkach zapisał: "Merton w jednym ze swoich wierszy nazwał Matkę Bożą milczeniem, atmosferą, w jakiej jedynie można spotkać się z Jezusem. Myślę, że nie wspomniana, kryje się w całej książce [»O naśladowaniu«], która mówiąc o pokorze, o prawdzie, o posłuszeństwie Bogu, o unikaniu nadmiaru słów - w najbardziej dyskretny sposób przybliża nam Jej obraz".

Konfesjonał, w którym ks. Jan Twardowski przez kilkadziesiąt lat słuchał spowiedzi, stoi w prawej nawie warszawskiego kościoła sióstr wizytek, obok ołtarza św. Franciszka Salezego, doktora Kościoła i patrona pisarzy. W Mszale Rzymskim (z dodaniem nabożeństw nieszpornych), z którego w młodości modlił się ks. Twardowski, przeczytać można, że w samym Chablais św. Franciszek Salezy nawrócił około 72 tys. dusz do wiary katolickiej "przez swą gorliwość apostolską i cichą świętość". Czytamy tam także, że święty "był apostołem tej miłości, o której głosi św. Paweł, że jest cierpliwą i łaskawą, że złości nie wyrządza i nie szuka swego. Wśród licznych powiedzeń świętego sławnym jest to, że »dobro nie czyni hałasu, a hałas nie może dać dobra« i że »więcej much złapie się na jedną łyżeczkę miodu niż na sto beczek octu«". Od ks. Twardowskiego wiem, że św. Franciszek Salezy mówił: "książka Tomasza ? Kempis więcej nawróciła i uświęciła ludzi niż zawiera liter".

Tych, którzy lubili jego wiersze, proszę o odmówienie jednego "Zdrowaś Mario" i przeczytanie jednego rozdziału z "Naśladowania".

Autor jest doktorem biologii. Wiele lat spędził w Afryce - ostatnio, w latach 2000-04, jako ambasador w RPA. Działacz opozycji demokratycznej oraz współpracownik "TP" i "Znaku" od lat 60.

Poezja dyskretnego znikania

Abp Józef Życiński

W którejś ze swych homilii sugerował, aby zamiast "umarł" mówić "wymknął się naszym oczom". Wymykając się nam z pola widzenia, niczym Chrystus ze szlaku wędrowców do Emaus, pozostawił jako swój ślad poczucie pałania serc w obliczu nadziei odnalezionej po raz wtóry. Pozostawił po sobie także ujmujące świadectwo piękna Ewangelii, które potrafił ukazywać, odsłaniając poetycki wymiar codziennej prozy życia. Poezja ta fascynowała prostotą i delikatnością, w której odnajdujemy styl Ewangelii błogosławieństw i logikę Bożych paradoksów.

Kilka miesięcy wcześniej w warszawskim kościele sióstr wizytek z okazji 90-lecia jego urodzin zgromadzili się przedstawiciele bodaj 40 szkół, które noszą już imię ks. Jana. Zastanawiałem się nad tajemnicą jego duchowego oddziaływania, patrząc na skupione twarze młodzieży i słuchając zwierzeń pokolenia, u którego pragmatyzm ma ponoć zdecydowanie dominować nad poetycką wrażliwością. Przypomniałem sobie wtedy scenę ze srebrnego jubileuszu kapłaństwa ks. Jana. Podobne rocznice nieuchronnie prowadzą do sytuacji, w których dominują komplementy i patos. Gdy skończyła się rzeka jubileuszowych pochwał, zabrał głos sam jubilat i przepraszającym tonem podsumował całą uroczystość mówiąc: "Tak właściwie to istnieje tylko jeden kapłan - Jezus Chrystus. Jego kapłaństwo nie jest ani srebrne, ani złote, tylko wieczne. Natomiast my, słabi ludzie, jesteśmy jak te stare rondle i dlatego lubimy się wysrebrzać i wyzłacać".

Porównanie do starych rondli zabrzmiało w tamtej podniosłej oprawie jak zgrzyt żelaza po szkle. Była w nim jednak cała prawda o filozofii życia podzielanej przez kogoś, kto miał za patrona św. Jana Chrzciciela. Potrafił znikać, jak ewangeliczny prorok Adwentu, po to, aby Chrystusa było widać pełniej i wyraźniej. Zniknął i wymknął się naszym oczom. Serca nasze będą jednak jeszcze długo pałać. Gdy dzień się nachyli, a smutek się zmiesza z zadumą, przetrwa w nich pamięć dyskretnej poezji Emaus. Jest to poezja pisana sercem, które potrafiło harmonijnie złączyć miłość Boga z miłością do ludzi; nawet, gdy ci ostatni odchodzą szybko, wymykając się naszym oczom, ale nie naszym uczuciom. Siła oddziaływania tej poezji wyraża się w konsekwentnej postawie, która każe nam znikać po to, aby Chrystusa było lepiej widać.

Autor jest metropolitą lubelskim.

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]