Reklama

Posiadać trzeba odpowiedzialnie

Posiadać trzeba odpowiedzialnie

30.06.2009
Czyta się kilka minut
Spór o własność jest wytyczaniem pola odpowiedzialności człowieka. Prowadzi do pytania o ludzką kondycję i zasadę budowania wspólnoty.
P

Pożółkłe strony 35. numeru "Tygodnika Powszechnego" z 1987 r. zdradzają upływ czasu. Stary papier kruszeje, druk sprzed epoki cyfrowej przyprawia o ból oczu, a toczone na łamach pisma spory - jak ten ks. Józefa ­Tischnera zatytułowany wymownie i co do treści, i co do czasów: "Własność prywatna i jej wrogowie" - sprawiają wrażenie dokumentu minionej epoki. Jednak odpowiedź na marksistowską krytykę nie jest oczywista, kiedy medialne raporty o światowym kryzysie napływają zewsząd, a sympatię zyskują myśliciele tacy, jak Slavoj Žižek, pokazujący, że z Marksa warto zetrzeć kurz. Lewicowa diagnoza znów brzmi dobitnie.

Konsumpcja i wolność

W liceum Tischner, niedługo po wojnie, zdobył "Manifest komunistyczny". Dowiedział się, że tekst jest na kościelnym "indeksie", ale ten był nie do dostania. Uspokajając tym sumienie, zapoznał się z Marksem. Przez niemal cztery następne dekady toczył z jego myślą polemikę, nierzadko przejawiającą dozę fascynacji myślicielem z Trewiru. Pod koniec życia, po dekadzie demokratycznej Polski, przyznał: "Myślę, że gdybym nie wierzył w Boga, kiedyś zostałbym marksistą". Bo nastolatek, jak każdy po doświadczeniu II wojny światowej, chciał wierzyć w budowę sprawiedliwego społeczeństwa, bo chłopcy na uczelni w czerwonych krawatach przejawiali inicjatywę i ochoczo brali się za tę budowę, i wreszcie - bo nie było alternatywy.

Podobne odczucie - życia w świecie jednowymiarowym, gdzie monopol na rację przysługuje instytucjom i systemowi działającemu wysoko ponad ludzkimi głowami - ma dziś wiele osób. Konsumpcjonizm musi kiedyś zjeść własny ogon - wieszczono - bo nie da się bogacić bez ustanku, zwłaszcza obierając za metodę spekulowanie; bańka finansowa pęknie.

Dziś jest na to dowód: kryzys gospodarczy - skutki polityki finansowej elit uderzają w najsłabszych, a globalni gracze zamiast poczuwać się do odpowiedzialności, oczekują wsparcia na poziomie rządów narodowych, a więc z pieniędzy podatników. Dyskurs wyklucza alternatywę dla kapitalistycznego ułożenia świata zdominowanego przez wolny rynek. Rozwój, który miał wyzwalać, zakuł człowieka w nowe kajdany. Bezustanna konsumpcja stała się nieuświadamianą zasadą życia - człowiek nie jest więc wolny, ma tylko możliwość wyboru produktów. Więcej pracujemy, by móc więcej konsumować, a im więcej posiadamy dóbr, tym mniej wiemy, kim sami jesteśmy.

Droga

Anegdota mówi, że Tischner seminarzysta podczas wakacji przekonywał swego dziadka o wyższości rolnictwa skolektywizowanego nad prywatnym. Odpowiedzi górala nie znamy. Można się domyślać, że dała przyszłemu filozofowi nie mniej do myślenia niż polemiki z marksizmem ks. Jana Piwowarczyka prowadzone na łamach "Tygodnika". Wojciech Bonowicz, biograf autora "Etyki solidarności", podkreśla, że echa tamtych artykułów słychać wyraźnie w tekstach Tischnera z lat 70.

Ks. Piwowarczyk uczulał na etyczne konsekwencje myśli marksistowskiej, szczególnie w momentach, kiedy ta naruszała zasady moralne. Jednak Tischner czuł się poniekąd bezradny wobec rozwijającego się socjalizmu: kiedy był w seminarium, katolicka nauka społeczna wchodziła w okres fascynacji ideą sprawiedliwości społecznej i właściwie nie dawała argumentów do konfrontacji z marksizmem.

Rozpoczynając studia doktoranckie na UJ, zetknął się za to z dwoma postaciami, których bezkompromisowa wobec marksizmu i władz postawa odcisnęła na Tischnerze piętno. Byli to Roman Ingarden i Izydora Dąmbska. Wtedy też młody ksiądz poznał na seminarium marksistę Jana Szewczyka, z którym przyjaźń wysoko cenił.

Wreszcie zaczęło się pisanie tekstów polemicznych, tworzenie zrębów filozofii pracy, refleksja nad etyką katolicką wobec "realnego socjalizmu" w ramach Studium Myśli Współczesnej prowadzonego z polecenia kard. Karola Wojtyły, odpowiedź na "Kościół, lewicę, dialog" Michnika w postaci książki "Polski kształt dialogu", "Etyka solidarności"...

Posiadamy samych siebie

Numer 35. "Tygodnika" z 1987 r. i sąsiednie aż roją się od charakterystycznego nawiasu: [ - - - - ]. Ingerencje cenzury - które wówczas redakcje miały już prawo zaznaczać - wiele pokazują.

Jak wtedy, gdy kwadratowy nawias pojawia się pod listem Polaka mieszkającego w USA. Ma imię i nazwisko, ale nie ma biografii. Jego życie stało się "kapitałem", który mógłby źle zaowocować: zaintrygować, zainspirować, a nawet sprowokować. Więc nie można go "puścić w obieg". Kapitał Tischnera był podwójny: jako filozof wadził się, ale też inspirował marksizmem, jako człowiek był pod wpływem świadectwa ludzi bezkompromisowych.

I reagował, gdy był przekonany, że lewicowa wrażliwość społeczna, choć wartościowa, prowadzi do złych wyborów etycznych.

We "Własności prywatnej i jej wrogach" - tekście pisanym w czasie, kiedy zainteresowanie filozofa potyczkami z marksizmem, toczonymi od lat, już wygasało - jeszcze raz stawia pytanie o charakterystyczne słowa "być" i "mieć". "Być" wskazuje na byty i przedmioty, opisuje świat nam zadany; "mieć" wskazuje zaś na dobra i wartości, na świat zwrócony ku nam.

Tischner zauważał, że stłamszenie doświadczenia "mieć" prowadzi do absurdu, do przeistoczenia człowieka w posąg. Posąg z kolei - zastygły w bezwoli i marazmie - staje się własnością tych, którzy "lepiej wiedzą" i na poziomie administracji zarządzają życiem społecznym, a więc relacjami międzyludzkimi. Nie ma doświadczenia "być" bez doświadczenia "mieć" - bo ostatecznie posiadamy także samych siebie.

I to my sami budujemy wspólnotę. Chodzi zatem o odpowiedzialność, która wynika z posiadania.

Tischner pisał wówczas wręcz, że "nie ma innej odpowiedzialności niż »prywatna«. Nawet odpowiedzialność za zbawienie całego świata jest i musi być »prywatna«".

Aby dać, trzeba mieć

Jarosław Gowin, znawca myśli filozofa, w posłowiu do wznowienia "Polskiego kształtu dialogu" (Kraków 2002) zwraca uwagę, że Tischner wkroczył z filozofią pracy w okresie, kiedy tradycyjne nauczanie Kościoła wiele mówiło o własności prywatnej i jej nadużyciach. W opisie wyzysku ekonomicznego Tischner szedł za Marksem - udowadnia Gowin: wyzysk jest wymuszaniem pracy ponad siły i zaniżaniem płacy, co umożliwia pracodawcy zawłaszczanie "wartości dodatkowej". W "Tygodniku" ­Tischner wyjaśniał, że problem etyczny pojawia się, jeśli ludzie i przedmioty stają się kapitałem, są traktowani jako instrumenty do jego pomnażania.

"Marks mówił, że własność prywatna czyni człowieka ciasnym - pisał filozof - każąc mu widzieć jedynie ten wycinek świata, który odpowiada jego żądzy posiadania". Tischner, analizuje Gowin, zgadzał się z autorem "Kapitału" również i w tym, że wyzysk jest związany z prywatnym charakterem posiadania. Dodawał jednak stanowczo, że nie zniesienie własności prywatnej jest rozwiązaniem, bo do tej - powtarzał za Marksem - trzeba najpierw dorosnąć, aby ją przerosnąć.

Rozumienie pracy jako walki określał mianem patologii. Praca to budowanie solidarności międzyludzkiej, sugerował autor "Etyki solidarności"; to dialog prowadzony dla dobra jednostki i wspólnoty. Wyzysk zaś to celowe wtrącenie człowieka w bezsilność, która sprawia, że nie jest w stanie urzeczywistnić wartości, jakie pragnie realizować. Dzisiejszy kryzys gospodarczy znów stawia pytania o lewicową wrażliwość i etyczne wybory związane z posiadaniem.

Po przełomie Okrągłego Stołu Tischner polemizował z opinią, że pierwsi chrześcijanie byli komunistami: czy nie rozdawali własnych dóbr ubogim? Owszem, odpowiadał Tischner. "Ale jest pewna różnica: chrześcijanie rozdawali to, co mieli, co wpierw było ich własnością, a nie to, czego nie mieli. Aby dać, trzeba mieć". Komuniści zaś rozdawali to, co nie było ich własnością.

I cytował "Rerum novarum" Leona XIII: "Niech więc pozostanie jako prawda zasadnicza, że nietykalność własności prywatnej stanowi pierwszy fundament, na którym należy oprzeć dobrobyt ludu".

***

Praca to wyraz nadziei ziemskiej na "uczynienie sobie ziemi poddaną" - pisał Tischner w książeczce "Etyka wartości i nadziei" . Ale człowiek, dodawał natychmiast, ma też nadzieję inną, nadziemską, związaną z niebem i życiem wiecznym. Przejawem tej nadzi jest modlitwa.

"Praca jest często modlitwą, a modlitwa pracą", choć służą innym nadziejom - stwierdzał filozof. I podkreślał: "Losem człowieka jest życie, które bierze się z obydwu nadziei".

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]