MICHAŁ SOWIŃSKI: Twoja wystawa obejmuje pięć stuleci sztuki tworzonej przez kobiety. Co chciałaś pokazać, sięgając tak daleko w przeszłość?
ALISON M. GINGERAS: Chodziło mi o to, by tę historię uczynić czytelną i dostępną – pokazać, że artystki były obecne od zawsze. Wciąż funkcjonuje przekonanie, że pojawiły się dopiero na przełomie XIX i XX wieku, a to zupełna nieprawda. Zależało mi więc na ukazaniu ciągłości istnienia kobiet jako twórczyń kultury, intelektualistek, artystek. Chciałam, by publiczność mogła to zobaczyć wyraźnie i bezpośrednio.
Jednym z kluczowych wątków jest autoportret, zwłaszcza przedstawienie artystki przy pracy – z paletą. To właśnie kobieta wymyśliła ten gatunek w 1548 r. Dlatego wystawa rozpoczyna się około 1550 r., kiedy artystki zaczęły pokazywać siebie jako osoby sprawcze i zawodowo obecne w świecie sztuki. Znamy przecież niezliczone autoportrety malarzy z paletą, jak ten Rembrandta, ale niewiele osób wie, że ten motyw wyrósł z kobiecego doświadczenia. To był dla mnie kluczowy punkt wyjścia: zobaczyć, jak kobiety przedstawiały siebie i swoje życie twórcze na przestrzeni kolejnych stuleci.
Dlaczego – zamiast skupiać się wyłącznie na sztuce współczesnej – warto wracać do kanonu i przepisywać go z nowej perspektywy?
Nawet dziś, w największych muzeach świata, kobiet prawie nie ma. To nie tylko kwestia etyczna, ale przede wszystkim sposób, w jaki opowiadamy historię kultury. Chciałam stworzyć narrację, która wzmacnia odbiorców i jasno pokazuje: kobiety były obecne od zawsze, tylko z czasem zostały z tej historii usunięte.
Tytuł wystawy nawiązuje do Christine de Pizan, pierwszej zawodowej pisarki w Europie, która już w 1405 r. użyła pojęcia la querelle des dames – „kwestia kobieca”. Wielu badaczy wskazuje na ten symboliczny moment prehistorii feminizmu, zanim pojawiła się sama nazwa. To wtedy po raz pierwszy wyłania się społeczna i polityczna kategoria „kobiet”.
Fascynuje mnie, jak w historii sztuki i filozofii rozwój myślicielek i artystek biegnie równolegle. Dlatego sięgnęłam po to najwcześniejsze pojęcie jako tytuł wystawy. Chciałam pokazać, jak XX-wieczna historiografia wymazała kobiety z kultury, choć wiele z nich w swoich epokach cieszyło się sławą, uznaniem i obecnością na europejskich dworach. Zależało mi na tym, by przywrócić tę wiedzę publiczności.
Czy presja i ograniczenia, z jakimi kobiety mierzyły się przez wieki, wpłynęły na powstanie innego, bardziej subtelnego języka sztuki?
Myślę, że tak. Dobrym przykładem jest barokowy motyw „kobiet niezłomnych” – femmes fortes. Malowali go artyści obu płci, ale w pracach artystek widać subtelne różnice wynikające z osobistego doświadczenia. Najwyraźniej widać to u Artemisii Gentileschi, o której wiemy, że sama doświadczyła przemocy seksualnej. W jej przedstawieniach Judyty czy Zuzanny pojawia się zupełnie inny punkt widzenia niż w męskich interpretacjach: brak „męskiego spojrzenia”, a zamiast niego perspektywa kobiety, która wie, czym jest nękanie czy upokorzenie. Dzięki temu jej obrazy mają niezwykłą siłę.
Fascynujące jest też to, że kolejne pokolenia artystek wracają do tych motywów. Judyta pojawia się w sztuce współczesnej, w surrealizmie – stale interpretowana na nowo, wciąż żywa i prowokująca.
Ostatnia część wystawy poświęcona jest wojnie. Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na taki finał?
Bo to kontekst, w którym dziś żyjemy. W Polsce doświadczenie wojny jest bardzo obecne – nie tylko w pamięci historycznej, ale też w codzienności. Żyjemy obok ludzi uciekających przed rosyjską agresją, obok artystek i artystów z Ukrainy czy Białorusi, którym polskie instytucje – także MSN – dają bezpieczeństwo i przestrzeń do pracy.
Prywatnie również jestem związana z Polską i wiem, jak głęboko historia II wojny światowej i Zagłady ukształtowała polską tożsamość. Wystarczy przejść się po Warszawie, żeby zobaczyć, że ta pamięć wciąż jest żywa. Dlatego chciałam, by finał wystawy odnosił się właśnie do tego miejsca i tego, jak wpływa ono na naszą wrażliwość i poczucie solidarności.
Ten wątek pozwala też obalić stereotypowy podział: mężczyźni – wojownicy; kobiety – ofiary. To nieprawda. Pokazuje to polska historia – powstanie warszawskie, działalność konspiracyjna – i to, co widzimy dziś w Ukrainie. Kobiety zawsze uczestniczyły w wojnie aktywnie: walczyły, organizowały, dokumentowały. Uznałam, że taki finał wystawy będzie nie tylko poruszający, ale też wzmacniający.
Kobieca perspektywa daje także nowe spojrzenie na samo doświadczenie wojny. Widzimy ogromną różnorodność ról, które kobiety pełniły i pełnią. Są wśród nich osoby walczące na froncie – jak Bronisława Wilimowska, żołnierka i artystka uczestnicząca w powstaniu warszawskim – ale także współczesne twórczynie, takie jak Margarita Połowinko z Ukrainy, która zginęła rok temu na froncie, pozostawiając po sobie rysunkowy dziennik wojenny. To świadectwa, które podważają proste, binarne myślenie o płci i wojnie.
Są też artystki, które zamieniły doświadczenie wojny i obozów w wizualne świadectwa pamięci – jak Maja Berezowska czy Halina Ołomucka. Ich prace opowiadają o przetrwaniu i o politycznej oraz moralnej sile kobiet, które po wojnie domagały się, by nigdy więcej nie powtórzyły się podobne tragedie. Taka sztuka naprawdę zmienia nasze rozumienie wojny i tego, co po niej zostaje.
Czy spodziewasz się kontrowersji wokół wystawy? Na przykład pytań o brak mężczyzn?
Wbrew pozorom mężczyźni też się tu pojawiają. Umieściłam na przykład obraz wiktoriańskiego malarza Henry’ego Nelsona O’Neila, przedstawiający Tintoretta malującego portret swojej zmarłej córki. Ta scena świetnie pokazuje, jak działała pamięć o artystkach: jego córka sama była malarką, pracowała w warsztacie ojca i prowadziła własną praktykę, ale historia zapamiętała tylko jego nazwisko. Chciałam pokazać, że relacje ojciec–córka były w świecie sztuki kluczowe – czasem wspierające, a czasem ograniczające.
Bywało też odwrotnie, jak w przypadku Sofonisby Anguissoli i jej siostry Grisoli: ich ojciec nie był artystą, a mimo to w XVI wieku wysłał córki na profesjonalne studia malarskie. To było wtedy zupełnie niezwykłe. Te rodzinne historie dobrze pokazują, jak różne były drogi kobiet do sztuki i jak często zależały od pojedynczych decyzji – wsparcia albo dominacji.
Wystawa ma ogromną skalę. Pracowałaś z muzeami i galeriami z całego świata – to musiało być ogromne przedsięwzięcie.
To rzeczywiście ogromny projekt, ale mogłam oprzeć się na doświadczeniu zdobytym w instytucjach w Stanach i w Europie. Ogromną satysfakcję dało mi to, że tak wiele muzeów – jak Uffizi czy Akademia św. Łukasza w Rzymie – zgodziło się zestawić dawne mistrzynie ze sztuką współczesną. To wciąż rzadkość.
Pracę zaczynałam od dzieł dawnych – to wokół nich budowałam całą narrację. Kiedy udało się zdobyć obraz Artemisii Gentileschi, dopiero wtedy mogłam zacząć komponować dialog z późniejszą sztuką. Struktura wystawy zaczęła się wtedy wyłaniać naprawdę wyraźnie.
Niedawno przyjechał do nas transport z Niemiec z XVIII-wiecznym autoportretem Marie-Guillemine Benoist, malarki z czasów rewolucji francuskiej. Przedstawiciel muzeum, które wypożyczyło obraz, powiedział, że kiedy tylko przeczytali mój list, od razu wiedzieli, że chcą w tym projekcie uczestniczyć – bo tak szerokie wystawy powstają dziś niezwykle rzadko.
Ostatnia ekspozycja o podobnym zasięgu odbyła się pod koniec lat 70., gdy rodziła się feministyczna historia sztuki jako dyscyplina akademicka. Dziś, pięćdziesiąt lat później, jej idee stały się częścią głównego nurtu – to wydało mi się idealnym momentem, by do nich wrócić, ale już z perspektywy nowego stulecia i nowych wyzwań.
Co Cię najbardziej zaskoczyło podczas pracy nad tą wystawą?
Największym odkryciem była dla mnie historia obrazu z kolekcji Muzeum Narodowego w Gdańsku, dotąd przypisywanego anonimowemu twórcy zwanemu „Monogramistą z Brunszwiku”. Kuratorka Beata Purc, która przez lata badała to dzieło, powiedziała mi: „Nikt nie chciał tego słuchać, ale jestem przekonana, że namalowała je kobieta”.
Według niej autorką była Mayken Verhulst – matriarchini rodu Brueglów, artystka, która nauczyła malarstwa wszystkich Brueglów. To niezwykle intrygująca i bardzo przekonująca hipoteza. Ponieważ moją pierwszą pasją była sztuka flamandzka, zanurzyłam się w ten temat całkowicie: konsultowałam się z badaczami, przeglądałam archiwa, weryfikowałam każdy trop. To było jak rozwiązywanie artystycznej zagadki.
Właśnie to jest w feministycznej historii sztuki najbardziej ekscytujące – zachęca, by podważać anonimowość, wracać do archiwów i wyciągać na światło dzienne to, co przez stulecia pozostawało niewidoczne. Odkrycie Verhulst i możliwość pokazania jej obrazu – po raz pierwszy także w Gdańsku – było dla mnie wyjątkowym momentem. To przypomina, dlaczego warto pisać historię sztuki na nowo.

Alison M. Gingeras jest kuratorką i pisarką działającą w Nowym Jorku i Warszawie, wcześniej związaną z Solomon R. Guggenheim Museum, Centre Pompidou i Palazzo Grassi.
KWESTIA KOBIECA 1550–2025, kuratorka: Alison M. Gingeras, współpraca: Ewa Klekot, Beata Purc, Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, wystawa czynna 21.11.2025–3.05.2026
Wystawa „Kwestia kobieca 1550–2025”
21 listopada 2025 – 3 maja 2026
Kuratorka: Alison M. Gingeras
Wystawa „Miasto kobiet”
21 listopada 2025 – 4 maja 2026
Kuratorki: Karolina Gembara, Michalina Sablik, Vera Zalutskaya, Wiktoria Szczupacka, Julia Bryan-Wilson
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.




















