Reklama

Polska nas potrzebuje

Polska nas potrzebuje

01.06.2009
Czyta się kilka minut
1 września 1939 - w dniu, który rozpoczął niszczenie polskiej nieodległości na kolejne 50 lat - wojna zaczęła się w wielu miejscach. Także w Szymankowie, na stacji kolejowej między niemieckim Malborkiem a polskim Tczewem.
P

Poranny ekspres z Gdyni do Warszawy po raz pierwszy przekracza Wisłę w Tczewie, ponownie zatrzymując się dopiero w Malborku, po niespełna 20 minutach. Podróżni, zajęci prasą lub szukający samotności w muzyce, sączącej się ze słuchawek podłączonych do komórek, wybijają się z rytmu tylko dwukrotnie. Najpierw, gdy głuchy stukot kół sygnalizuje wjazd na jeden z tczewskich mostów, zbudowany w drugiej połowie XIX w. Trzydzieści metrów na południe od niego stoi drugi most, z charakterystycznymi sylwetami neogotyckich wież. Pierwotnie również był to most kolejowy, ale po oddaniu do użytku obecnego mostu, zamieniono go na drogowy. Drugi raz wzrok podróżnych odrywa się od laptopów, gdy ekspres przekracza Nogat. Zamku malborskiego nie sposób zignorować. Łatwo natomiast przeoczyć niewielką stację, leżącą mniej więcej w połowie drogi między Malborkiem a Tczewem: Szymankowo, niegdyś Simonsdorf.

Miasto nad Wisłą

Gdy Grzegorz Ciechowski powiedział w jednym z wywiadów, że wywodzi się z "małego miasteczka pod Gdańskiem", w Tczewie zawrzało. Patriotyzm lokalny nie zmieni jednak faktu, że jedną z zalet także mojego rodzinnego miasta jest korzystne położenie wobec Trójmiasta. W przeszłości było podobnie, choć znaczenie Tczewa było większe. Po I wojnie światowej i utworzeniu Wolnego Miasta Gdańska, polski już Tczew stał się ważnym węzłem komunikacyjnym: tu zbiegały się szlaki drogowe i kolejowe z południa na północ i z zachodu na wschód. Tory kolejowe z Berlina do Prus Wschodnich biegły przez mosty na Wiśle.

W 1920 r. utworzono w Tczewie Szkołę Morską, która - zanim po 10 latach przeniesiono ją do Gdyni - wykształciła 140 absolwentów. Istniał też port rzeczny, a przez pewien czas rozważano nawet projekt utworzenia portu morskiego (pomysł wzniesienia portu w Gdyni, na kaszubskich piaskach, nie wszystkim wydawał się możliwy).

Także w międzywojniu wzniesiono w mieście koszary Wojska Polskiego, w których od 1930 r. stacjonował 2. Batalion Strzelców. W budynkach koszarowych, prócz szkolenia kolejnych roczników poborowych, działał także ośrodek wywiadu: stąd zbierano informacje wywiadowcze z Wolnego Miasta i Prus oraz prowadzono przeszkolenie wojskowe dla pracowników Poczty Polskiej w Gdańsku. Tutejsza jednostka była również zaangażowana w potajemne dostarczanie broni załodze Wojskowej Składnicy Tranzytowej na Westerplatte.

Ale najważniejszym jej zadaniem - w przypadku wojny - była obrona tczewskich mostów i niedopuszczenie, aby dostały się cało w ręce wroga.

"Zdrada" Alfonsa Lessnaua

Alfons Lessnau urodził się w Gdańsku jako poddany cesarza Wilhelma II, dokładnie na pół roku przed wybuchem I wojny światowej. Po osiągnięciu pełnoletności otrzymał już obywatelstwo gdańskie. Gdy ukończył szkołę powszechną (z niemieckim językiem nauczania, prowadzoną przez Senat Wolnego Miasta), zaczął naukę w Gimnazjum Polskim w Gdańsku.

Dla młodego człowieka nie był to tylko wybór formy kształcenia. Na polsko-niemieckim pograniczu kaszubskie nazwisko Lessnau mogło uchodzić za niemieckie. Przecież gdańscy Niemcy nazywali się nie tylko Hallmann czy Grass, ale i Krajewski czy Wesolowski. Brzmiące z polska nazwisko nie było przeszkodą do kariery. Przeciwnie: gdańska bezpieka (gestapo) ceniła funkcjonariuszy, którzy z racji znajomości polskiego lub kaszubskiego mogli być bardziej skuteczni.

Podjęcie przez Lessnaua nauki w szkole średniej prowadzonej przez polską Macierz Szkolną - szkole, która od 1935 r. przyjęła imię Piłsudskiego i której świadectwa do 1933 r. nie były uznawane przez gdańskie władze - oznaczało, że młody Alf przestał być "hiesige" ("tutejszy") i stał się Polakiem. Brzmiące z niemiecka nazwisko mogło mu odtąd jedynie zaszkodzić. Bo dla gdańskich Niemców, którzy od pojawienia się w 1930 r. w tym państwie-mieście gauleitera Alberta Forstera coraz bardziej ulegali brunatnej propagandzie, solą w oku byli uczniowie w polskich mundurkach, członkowie harcerstwa czy polskich organizacji sportowych urodzeni nie "w Polsce", lecz "tu, na niemieckiej ziemi". Najłagodniejszym epitetem było "Landesverräter", "zdrajca ojczyzny". W grę wchodziły też inne argumenty, siłowe. Nieżyjący już kuzyn mojego dziadka Wilhelm Kliński, także uczeń Gimnazjum Polskiego, określił to lapidarnie: "Myśmy się w kółko prali z tymi hajotami" (tj. członkami HJ, Hitlerjugend).

Odliczanie

W sierpniu 1939 r. młodzi Polacy z obywatelstwem gdańskim zgłaszali się na ochotnika do polskiego wojska w Tczewie i Gdyni. Nie byli przyjmowani. Czy polskie władze traktowały ich jako element niepewny, czy też wolały unikać przyjmowania obcych obywateli? Tak czy owak, wielu młodych "Danzigerów" odebrało to jako upokorzenie. Podobnych rozterek nie miały władze niemieckie, które pod koniec wojny potrafiły wcielać do swych formacji nawet dawnych działaczy Polonii gdańskiej (przykładem los niejakiego Josefa Tuska).

Już wcześniej, od początku 1939 r., atmosfera w Gdańsku była tak napięta, że dla wszystkich stało się jasne, iż konflikt to kwestia czasu. Otwarte było tylko pytanie, czy wojna obejmie cały kraj, czy tylko lokalnie Gdańsk - w trakcie próby wcielenia go do Rzeszy, co udaremni polskie wojsko. Wielu Polaków żyło tu w przekonaniu, że ich zadaniem jest wytrwać na swych placówkach od kilku godzin do kilku dni, do nadejścia odsieczy. Nie zdawali sobie sprawy, że polskie plany dotyczące interwencji w Gdańsku zostały w ostatniej chwili zmodyfikowane i pomoc nie nadejdzie.

W marcu 1939 r. tczewskie koszary odwiedził Inspektor Armii gen. Władysław Bortnowski. Wydał instrukcje na wypadek wojny dowódcy 2. Batalionu Strzelców ppłk. Stanisławowi Janikowi. Dla obrony mostów i miasta utworzono Oddział Wydzielony "Tczew" z Janikiem na czele; w jego skład prócz 2. Batalionu wszedł w marcu pluton saperów z Bydgoszczy. W sierpniu dołączył pluton czołgów z Legionowa.

Saperzy przystąpili w pełnej konspiracji do działania. Przebrani za polskich kolejarzy lub robotników, pod pozorem konserwacji mostów rozpoczęli ich zaminowywanie. W czerwcu oba mosty były gotowe do wysadzenia. Niemcy orientowali się w polskich planach: dowództwo Wehrmachtu skoordynowało czas ataku na tczewskie mosty z działaniami na Westerplatte.

Wojna nerwów

Stacją graniczną między Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem od strony północnej było Hohenstein (Pszczółki). Posterunek straży granicznej znajdował się na dworcu w Tczewie. Kolejny odcinek granicy polsko-gdańskiej biegł wzdłuż Wisły. Polska kończyła się za wschodnim przyczółkiem mostowym; wieś Lisewo Malborskie (Liessau) ze stacją kolejki wąskotorowej leżała już w Wolnym Mieście. Dalej była stacja Szymankowo, a jeszcze dalej Kałdowo (Kalthof). Na Nogacie znajdowała się kolejna granica państwowa: Gdańska z Prusami Wschodnimi, stanowiącymi część Rzeszy. Malbork leżał już na jej terenie.

Mundur polskiego kolejarza - obok munduru polskiego pocztowca, celnika i żołnierza - należał do najbardziej znienawidzonych nad Motławą. Przypominał o niepełnej suwerenności Wolnego Miasta, ograniczonej traktatem wersalskim na rzecz Polski. Tymczasem wiosną 1939 polskie władze kolejowe w Wolnym Mieście skierowały 25-letniego pracownika PKP Alfonsa Lessnaua właśnie do Kałdowa, w ramach akcji wzmacniania załóg kolejarskich w związku ze spodziewanym wybuchem wojny.

Od pierwszych dni stało się jasne, że trafił w miejsce, gdzie trzeba mieć żelazne nerwy. W maju "nieznani sprawcy" napadli w Kałdowie na polskiego celnika, który w obronie własnej zastrzelił jednego z napastników - jak się okazało, miejscowego rzeźnika i opoja, a zarazem członka bojówki SA. Roztrzęsiony celnik zwrócił się o pomoc do polskich kolejarzy w Kałdowie, którzy sprowadzili z Tczewa parowóz i pod osłoną nocy wywieźli go do Polski. Lessnau, uczestnik nocnego rajdu przez Wisłę, po pewnych rozterkach wrócił do Kałdowa, gdzie został przesłuchany przez miejscową żandarmerię. Wcześniej jego mieszkanie zrewidowano, a żonę powiadomiono, że uciekł do Polski. Wypadki te skłoniły polskie władze do ustawienia na poboczu stacji dwóch wagonów osobowych dla celników. Hitlerowcy starali się ich pozbyć, gdyż ich obecność utrudniała transport żołnierzy i broni z Prus do Gdańska. Ale mimo nagonki prasowej, celnicy zostali na posterunku. Strzelanina spowodowała też wzmocnienie polskich załóg kolejowych na trasie Szymankowo-Kałdowo.

W czerwcu Lessnau przeniósł się z żoną do Szymankowa. W Kałdowie sklepikarze odmawiali im sprzedawania żywności, a niemieckie dzieci opluwały na ulicy. Napięcie rosło. Latem na stacji ustawicznie kręcili się młodzi Niemcy w cywilu, którzy z akcentem wskazującym na pochodzenie z głębi Rzeszy pytali o drogę. Byli to żołnierze jadący nielegalnie do Gdańska. Około 25 sierpnia w Kałdowie zjawił się żołnierz SS-Heimwehr Danzig, który obserwował nastawnię kolejową. Jego obecność miała zapewne związek z pierwotną datą ataku na Polskę, który miał nastąpić w nocy z 25 na 26 sierpnia. Było jasne, że coś się święci.

Atak

31 sierpnia nastawniczy z Szymankowa Alfons Klepinowski pełnił służbę od 7.00 do 19.00, bo jego zmiennik nie dotarł do pracy. Kolejarze zgromadzeni w biurze myśleli, co dalej. Próba dodzwonienia się do dyrekcji PKP w Gdańsku nie powiodła się. Lessnau zapytał zawiadowcę Pawła Szczecińskiego, co robić. Ten rzekł: "Nie mogę nikogo z was zmusić do pozostania. Jednak uważam, że powinniście być na miejscu, bo Polska może nas potrzebować".

Kto mógł, położył się spać. Lessnau spał niespokojnie. Rankiem obudził go warkot samolotów. Z oddali od strony Tczewa grzmiały detonacje. Gdy wyjrzał przez okno, zobaczył samoloty lecące w stronę Malborka. Były to bombowce Ju 87B, które od stycznia 1939 r. stacjonowały w Elblągu i miały zbombardować Tczew, by utrudnić wysadzenie mostów. Pierwsze junkersy wystartowały o godzinie 4.26; gdy Lessnau je dostrzegł, wracały już do bazy. Zaniepokojony, pospiesznie się ubrał i wyszedł. Nie dostrzegł nic niepokojącego.

W mieszkaniu obudził ciężarną żonę i kolegę kasjera Artura Okroya. Nagle przez okno dostrzegł, że od nastawni ze strony Malborka zbliża się nastawniczy Roman Grubba z Oliwy, eskortowany przez żołnierza ­SS-Heimwehr Danzig z karabinem. Kolejarze zapalili papierosa. W głowie kołatała się myśl o ucieczce, ale było za późno. Elżbieta Lessnau dostrzegła przez okno, że od stacji w Szymankowie idzie grupa mężczyzn: torowy Jan Żelewski, zwrotniczy Paweł Plath i nieznany dziś celnik, przebrany za kolejarza. Eskortował ich starszy wachmistrz policji Hermann Gröning (komendant posterunku żandarmerii w Szymankowie) wraz z bojówkarzami SA z grupy "Kriewald", która podlegała gdańskiej placówce Abwehry. Rekrutowali się z mieszkańców Żuław pochodzenia rolniczego i robotniczego; przeszli wojskowe szkolenie. Teraz pastwili się nad zatrzymanymi, każąc im po drodze robić "padnij - powstań".

Rzeź

Mieszkanie Lessnauów było na parterze. Gdy rozległo się walenie do drzwi, Elżbieta otworzyła. Wachmistrz kazał wszystkim przejść do biura w innej części budynku. Lessnau zerknął na zegar: była 4.45. Na korytarzu natknął się na kolegę Żelewskiego, który wyglądał na załamanego. Dostrzegł też pozostałych dwóch mężczyzn, widzianych wcześniej przez okno. SA-mani i wachmistrz przebywali wtedy na klatce schodowej. Korzystając z tego, Lessnau zadzwonił do nastawni, gdzie mieściła się centrala telefoniczna stacji. Ale nikt nie odebrał.

Nagle jeden z SA-manów zawołał: "Chodźcie no wszyscy bliżej!". Korytarz między biurem a klatką schodową był wąski, kolejarze szli parami, Lessnau na końcu. "Gdy byliśmy blisko drzwi, rozległy się liczne strzały - wspominał w 1977 r. - Nie wiem, kto wtedy upadł, lecz poczułem, jak od moich stóp do głowy przebiegł nagle jakiś prąd, włosy stanęły mi dęba i zacząłem się trząść jak w febrze. Gdy zobaczyłem, że mam czerwoną od krwi koszulę, uprzytomniłem sobie, że Niemcy chcą nas zabić. Wskoczyłem do pokoju archiwalnego; wtedy otrzymałem jeszcze bolesny strzał w ramię i upadłem twarzą na podłogę".

Udawał nieżywego, a jego świadomość rejestrowała, co się dzieje. Do pomieszczenia archiwum wpadł Żelewski i zwalił się na podłogę. Inni rozpierzchli się po budynku, szukając schronienia. Na próżno. Do Okroya oddano dziewięć strzałów. Jęczący Żelewski został dobity przez SA-mana. Oprawca zatrzymał się nad Lessnauem, który wstrzymał oddech. SA-man uznał go za martwego i przeszedł do innego pomieszczenia, skąd padły trzy strzały. Alfons Lessnau pojął, że nie ma już żony.

Rzeź objęła 21 bezbronnych osób: kolejarzy, celników i ich rodziny, bez względu na wiek i płeć. Warto wymienić niektórych sprawców: Bruno Schott, lat 48 (wcześniej nosił nazwisko Szczodrowski i był listonoszem w Szymankowie), Paul Foth (sołtys); wśród oprawców byli też niemieccy kolejarze, którzy znali Polaków z pracy. Johann Engler, członek SA, był torowym; Johann Dombrowski pomocnikiem dróżnika. Te nazwiska to tylko fragment długiej listy.

Śmietnik

Lessnau dożył wolnej Polski; zmarł we wrześniu 1989 r. Paradoks chce, że życie zawdzięczał Niemcom: gdy SA-mani wyszli z budynku, w którym został ranny, nadeszła kolejna grupa Niemców. Wspominał: "Było mi już wszystko jedno. Kołatała we mnie myśl, że wojsko polskie i tak nie nadejdzie, więc albo Niemcy mi pomogą, albo mnie dobiją". Próbę dobicia powstrzymał niemiecki oficer, który postawił przy nim strażnika i wezwał pomoc medyczną. Dla oficera było niepojęte, że człowiek ten został ranny tylko za to, że był członkiem "polskiej mniejszości", jak wyjaśnił zapytany przez niego niemiecki kolejarz. Jeszcze w szpitalu w Malborku dowiadywał się o niego wachmistrz Gröning, któremu zależało na "dostarczeniu" go do obozu koncentracyjnego w Stutthofie. Dzięki opiece doktora Aue i sióstr zakonnych, które okłamywały policjanta co do stanu zdrowia Lessnaua, udało mu się wymknąć. Skierowany do obozu jenieckiego (Stalagu I) w Iławie Pruskiej (dziś Bagrationowsk), doczekał końca wojny.

1 września wieczorem SA-mani pochowali swe ofiary na skraju wsi w zbiorowej mogile; ustawili tabliczkę: "Tu leży polska mniejszość narodowa". Później w tym miejscu urządzono śmietnik. Ciała ekshumowano w 1947 r. i uroczyście pochowano na Cmentarzu Ofiar Faszyzmu w Gdańsku Zaspie, gdzie spoczywają też więźniowie Stutthofu, polscy pocztowcy i ofiary innych zbrodni.

Mord dokonany przez "zwykłych Niemców" był zemstą za to, że polskim kolejarzom z Szymankowa udało się rozszyfrować plan Niemców i skierować na boczny tor pociąg pancerny, który miał posłużyć do ataku na tczewskie mosty. Atak się nie udał, mosty wysadzono. Ale to osobna opowieść.

***

70 lat temu, wybierając się w podróż z Tczewa do Simonsdorf, musielibyśmy zabrać paszport. Dziś większość pociągów nie zatrzymuje się w Szymankowie. Wtedy, przed 70 laty, wielu urzędników z polskim obywatelstwem, a nie "podejrzanym" gdańskim, wolało wybrać bezpieczniejszy kierunek podróży. Na przykład do Zaleszczyk.

Raz w roku, 1 września, pociągi przejeżdżające przez Szymankowo wydają donośny gwizd. To polscy kolejarze pozdrawiają kolegów. Tych, którzy tamtego dnia nigdzie nie wyjechali, bo Polska ich potrzebowała. Może i dziś warto na chwilę wyłączyć komórkę i laptopa...

TOMASZ ŻUROCH-PIECHOWSKI jest historykiem, autorem wierszy i opowiadań. Publikował m.in. w "Przeglądzie Powszechnym", "Toposie", miesięczniku "Pomerania" i "Więzi".

Pisząc artykuł, korzystałem m.in. z relacji Polaków z Gdańska, opracowanych przez Brunona Zwarrę w tomie "Gdańsk 1939" (2002) i artykułów o początku wojny w Tczewie, opublikowanych w "Kociewskim Magazynie Regionalnym" (nr 1/1986, 2/1987 i 7/1989).

Ten materiał jest bezpłatny, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]