Podwójna miara

Straciliśmy prawie połowę terytorium przedwojennego i jeśliby nie przyszło do rekompensaty w postaci Ziem Zachodnich, Polski pozostałoby bardzo niewiele. Dlatego nie bardzo rozumiem, dlaczego w sposób rozłączny omawia się żądania niemieckich wypędzonych i sprawę Polaków wygnanych z ziem, które nam zabrano.

18.01.2004

Czyta się kilka minut

Chętnie się za to, zwłaszcza w telewizji niemieckiej, przypomina, że na tych ziemiach obywatele narodowości polskiej nie stanowili większości, mieszkało tam natomiast wielu Białorusinów, Ukraińców (zwanych we Lwowie Rusinami), Litwinów i Żydów, których Niemiec wygubił. Rozumiem, że ma to osłabiać nasze, czyli państwa polskiego, prawa. Jest to ciekawa argumentacja, której nie stosuje się jakoś na przykład wobec Francji, gdzie mieszka dziś pięć i pół miliona muzułmanów i niewiasty muzułmańskie życzą sobie chodzić z głowami obwiązanymi chustą, ani wobec samych Niemiec, gdzie nikt nie proponuje utworzenia ponadpaństwowego regionu łużyckiego. W jeszcze większej mierze dotyczy to Stanów Zjednoczonych, których południe od strony Meksyku tak gęsto się zaludnia przybyszami hiszpańskojęzycznymi, że w niektórych urzędach trzeba już porozumiewać się po hiszpańsku. Stosowanie takiej podwójnej miary jest najzupełniej nieusprawiedliwione.

Staram się śledzić telewizję niemiecką, nie tę kolorową zupę rozrywkowo-reklamową, ale programy poważniejsze. Jedna z ostatnich edycji tak zwanego Klubu Prasowego poświęcona była nauce niemieckiej. Sześcioro dyskutantów - pięciu panów i jedna pani - biadało nad upadkiem tej nauki i nad tym, że najzdolniejsi uciekają z Niemiec za ocean, zasilając potencjał amerykański. Dziwnie mi było słuchać ich narzekań, zachowując bowiem proporcje, nad sytuacją polską należałoby co najmniej włosy rwać (jeśli kto ma) i szaty rozdzierać. Bodajże profesor Łukasz Turski, choć nie on jeden, pisał, że mamy dużo uczelni, które są wyspecjalizowane wyłącznie w udzielaniu dyplomów, niestety bez pokrycia w wykształceniu. Podniesienie standardów jest bardzo trudne, a domaganie się, jak to uczynił rektor Uniwersytetu Jagiellońskiego, by jego podwładni nie brali drugiej posady, nie ma ustawowego uzasadnienia, poza tym nie bierze pod uwagę faktu, że pracownicy nauki ledwie wiążą u nas koniec z końcem.

Dochodzi do tego dziwne rozbicie naszej kultury. Przypadkowo dowiedziałem się, że w książce poznańskiego krytyka i historyka literatury Przemysława Czaplińskiego zatytułowanej “Mikrologi ze śmiercią" jest tekst o mnie. Znaleźć tę książkę w Krakowie okazało się jednak rzeczą niemożliwą i dopiero dzięki telefonowi Jerzego Jarzębskiego przysłał mi ją sam autor. Pisze w niej o Czechowiczu, Grochowiaku, Herbercie, Lemie, Brandysie, Konwickim, Herlingu-Grudzińskim, są tam też Stasiuk i Olga Tokarczuk. Z wielką satysfakcją te “Mikrologi" czytałem, co nie znaczy, bym się z wszystkim sądami Czaplińskiego godził, ale jakość intelektualna jego pisarstwa budzi uznanie i zasługuje na wysoką ocenę.

Nie było jednak najwidoczniej szans zrównania kosztów wydania tej książki przez jej sprzedaż, została więc dofinansowana przez Uniwersytet Poznański oraz Komitet Badań Naukowych, a w dodatku jej dystrybucja pozostawia wiele do życzenia. Pojawiają się rozmaite pozycje, o których się w ogóle nie usłyszy, jeśli nie dostarczą ich znajomi. Mamy w kulturze wyraźną tendencję odśrodkową: nie jest wcale tak, by się intelektualne i twórcze wysiłki koncentrowały w stolicy, a co gorsza, nie ma żadnej wymiany informacji. Ktoś coś sobie dłubie w Poznaniu, ktoś inny w Szczecinie, a w Krakowie nikt poza fachowcami o tym nie wie.

Zagrypiony, czytałem ostatnio jeszcze raz książkę Andrzeja Zawady o Dwudziestoleciu międzywojennym. Widać w niej ówczesną supremację intelektualną Warszawy, choć nakłady i wtedy nie były wysokie. Dzisiaj ogólnopolskich pism kulturalnych, jak przedwojenne “Wiadomości Literackie", w ogóle nie ma. Nie jest to normalne. Powinien istnieć jakiś trzon intelektualny; nie mówię o sowieckiego pochodzenia pojęciu inteligencji, ale pewnej wspólnocie łączącej na przykład kadrę uniwersytecką i rozmaite inne zawody wymagające wykształcenia. Tymczasem znajduje się ona w rozsypce. By móc od władzy czegoś zażądać, trzeba być górnikiem i pójść w sto tysięcy luda na Warszawę, by porzucać trochę kamieniami.

Chciałbym wystrzegać się popularnego w Polsce utyskiwania i narzekania, czegokolwiek jednak tknąć, rozpada się jak wyschnięta purchawka. Nie mówię już o służbie zdrowia, z którą nie wiadomo co będzie, zwłaszcza że Trybunał Konstytucyjny zakwestionował legalność jej obecnego ustroju. Ekonomicznie jestem człowiekiem bardzo niedokształconym, może więc pytania moje są naiwne. Przeczytałem jednak, że prezydent Krakowa zamierza budować drogi oraz rozbudowywać to i tamto, powiększając istniejący już deficyt. Gdyby mnie zabrakło pieniędzy, to bym ich po prostu nie miał, miasto widocznie może żyć na kredę. Jak to się robi? Trzeba chyba znaleźć banki, które dadzą pożyczkę, oczywiście na wysoki procent - kto go spłaci i jak?

Perspektywy związane z naszym wejściem do Unii mienią się w oczach, są, jak to mówią Francuzi, changeant, zmienne. Najpierw nam tłumaczono, że lex retro non agit i porządek ustanowiony przez państwa zwycięskie w Poczdamie nie może zostać po kilkudziesięciu latach wstecz unieważniony. Teraz słyszymy, że wejście do Unii skutkować będzie serią procesów dotyczących własności na Ziemiach Zachodnich. Na szczęście siedzimy w Krakowie i Niemcy nam tu na razie nie zagrażają.

Niemcy zresztą nie mają się gospodarczo nazbyt świetnie i wraz z Francją są rugane przez władze unijne za nadmierny deficyt. Wszyscy są niezadowoleni, tyle że to, co dla jednych jest czymś w rodzaju ziarnka groszku pod pierzynami baśniowej królewny, co na nich spała, dla innych jest naprawdę bolesne - jak dla nas, którzy jesteśmy w porównaniu z Zachodem biedakami.

Peter Scholl-Latour, niemiecki znawca spraw arabskich, powiedział bezpośrednio po ataku na wieże Manhattanu, że demokracja ocaleje, o ile przestanie być demokracją. Jego proroctwo po części się spełnia: odciski palców pobierane w Stanach Zjednoczonych od przyjezdnych, przymusowe ich fotografowanie... Warunki, na jakich uzyskuje się wizę wjazdową, są obostrzone, a kiedy się już doleci do Stanów, wcale nie wiadomo, czy nie zostanie się odprawionym z powrotem, w dodatku bez możliwości odzyskania studolarowej opłaty.

Byłoby nieźle, gdybyśmy za wysłanie kontyngentu do Iraku doczekali się czegoś więcej prócz dobrych słów. Zdjęcie z Polaków obowiązku wizowego niczym strasznym by Amerykanom nie groziło: nie ma u nas raczej ekstremy islamskiej. Ale świat zamiast zmierzać ku globalizacji i porozumieniu, zdaje się pękać, co mnie mało zachwyca.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Autorskie newslettery premium
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
89,90 zł
© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]

Artykuł pochodzi z numeru TP 03/2004