Pochwała minimalizmu

Czyta się kilka minut

Jeśli za interesami nie stoją pryncypia lub za pryncypiami interesy, jest się skazanym na politykę nieskuteczną.”
Condoleezza Rice (doradca ds. bezpieczeństwa George'a W. Busha)

To paradoks, ale ludzie, z kręgu których wyszła idea Polski jako orędowniczki wolności ludów i niepodległości państw między Polską a Rosją uważają, że III Rzeczpospolita zapomniała albo nie chce wcielać w życie tej idei. Wielokrotnie pisali o tym Jerzy Pomianowski i śp. Redaktor Jerzy Giedroyc, współtwórca razem z Mieroszewskim tej koncepcji. Tymczasem, jeśli w polskiej polityce zagranicznej istnieje jakaś doktryna oprócz integracji z Zachodem, to właśnie doktryna polityki wschodniej, opartej o wizję, sformułowaną w kręgu paryskiej „Kultury” kilkadziesiąt lat temu. Wtedy, gdy ZSRR miał się świetnie, Polska była dominium Moskwy, a władze PRL były jak najdalsze od prowadzenia suwerennej polityki zagranicznej - Mieroszewski pisał, że Polska musi stać się rzecznikiem niepodległości Ukrainy, Białorusi i Litwy (tzw. UBL), w tym Ukrainy z Lwowem i Wilnem jako stolicą Litwy.

W uznaniu odrębności i prawa do suwerenności Ukraińców czy Białorusinów Mieroszewski widział podstawowe czynniki dla ułożenia trwałych stosunków politycznych na wschód od naszych granic i tym samym rozwiązania piekielnych geopolitycznych dylematów Polaków: mieszkańców kraju między Rosją a Niemcami. W niepodległości „UBL” Mieroszewski i Giedroyc upatrywali zabezpieczenie przed rosyjskim imperializmem, a w aktywności politycznej Polski na tym obszarze - zasadniczy atut naszej pozycji międzynarodowej wobec Zachodu.

MIEROSZEWSKI I TRZECIA RP
Jeśli się przyjrzeć temu, co konstytuowało polską politykę zagraniczną w odniesieniu do wschodnich sąsiadów przez ostatnie 10 lat, to nieuprzedzony obserwator bez trudu odnajdzie w działaniach kolejnych rządów niepodległej Polski rdzeń idei Giedroycia-Mieroszewskiego. Począwszy od roku 1989, polska dyplomacja wykonała olbrzymią pracę nad uregulowaniem stosunków ze wschodnimi sąsiadami. Zaczęło się od śmiałej praktyki tzw. „polityki dwutorowości”, gdy nawiązywano kontakty na szczeblu oficjalnym z republikami związkowymi sypiącego się, ale wciąż istniejącego ZSRR, co potem zaowocowało przy nawiązywaniu stosunków z niepodległymi już państwami „UBL”. W pierwszej połowie lat 90. uregulowano prawno-traktatowo relacje między Polską a tymi krajami oraz Rosją, wyrzekając się sporów terytorialnych, otwierając granice, minimalizując konflikty na tle mniejszości narodowych.

I jeśli dzisiaj możemy stwierdzić, że między nami a naszymi sąsiadami nie istnieją żadne poważne kontrowersje narodowościowe czy istotne spory międzypaństwowe, to zawdzięczamy to w pierwszej mierze sprawności i determinacji polskiej dyplomacji w tym okresie. Oczywiście zdarzały się potknięcia, jak zwlekanie z podpisaniem traktatu z Litwą (co w sercach konserwatystów litewskich posiało nieufność co do intencji Polski, której ślady można odnaleźć i dziś). Ale regułą ostatniej dekady było popieranie suwerenności nowych wschodnich sąsiadów i wierne sekundowanie wszelkim przejawom ich prozachodnich aspiracji.

A wcale tak być nie musiało, gdyż na innym polu (równie istotnym dla Polski), jakim było zagwarantowanie bezpieczeństwa przez członkostwo w NATO, pojawiały się pomysły niebezpieczne, jak słynne NATO-bis Lecha Wałęsy czy trwająca do 1993 r. niechęć lewicy do idei członkostwa Polski w Sojuszu. W polityce wschodniej nic takiego nie miało miejsca i żadna z liczących się partii nigdy nie naruszyła konsensusu, jakim było przekonanie o wadze niepodległości krajów między Polską a Rosją dla naszego bezpieczeństwa. Niewątpliwie w tej jednomyślności wydatnie pomogli nam Rosjanie sprzeciwem wobec rozszerzenia NATO i używaną regularnie retoryką neoimperial-ną, co tworzyło sytuację braku alternatywy dla polskiej polityki na Wschodzie.

Można zatem powiedzieć, że w Polsce panuje powszechna zgoda co do wagi niepodległości Ukrainy dla polskiej racji stanu, wsparcia aspiracji Litwy do NATO i UE, podtrzymywania nadziei w białoruskich demokratach. Zgoda panuje także co do niedopuszczalności rozmów z Rosją o krajach sąsiedzkich „ponad ich głowami”. W doktrynie Giedroycia i Mieroszewskiego było to jednym z najcięższych grzechów, jakie Polska może popełnić wobec własnych sąsiadów i własnej racji stanu.

Skąd zatem wspomniana na wstępie krytyka i inne głosy, poddające surowej ocenie polską aktywność na Wschodzie - jak choćby ostatnia debata komisji spraw zagranicznych na temat stosunków z Rosją i polityki wschodniej? Myślę, że bierze się ona z narastającego poczucia bezradności,albo też z niezadowalających polskie aspiracje efektów tejże polityki.

Rozgoryczenie to jest pochodną złudzeń, które żywiliśmy wobec obszaru Międzymorza. Złudzeń, które żywiła nie tyle polska dyplomacja, ile w ogóle polskie elity polityczne, szczególnie wywodzące się z kręgu czytelników „Kultury” paryskiej. Warto opisać te złudzenia, gdyż ich weryfikacja może sprzyjać efektywności polityki zagranicznej i myślenia o celach, możliwych do osiągnięcia na Wschodzie.

ZŁUDZENIE I: HISTORIOZOFICZNE
Przez pokolenia przyzwyczailiśmy się do myśli, że Polska wiedzie wielowiekowy spór z Rosją o przynależność cywilizacyjną obszaru między etniczną Polską a Rosją. Wykład takiego rozumienia roli Polski ogłosił jakiś czas temu Stefan Kieniewicz w „Arkanach”. W tym przekonaniu utwierdzały nas nie tylko materialne świadectwa obecności Polski na Kresach, „wypisy z historii”, ale i znaczna część literatury, że nie wspomnieć o słynnym wierszu Puszkina „Słowiański spór”.

Tymczasem problem przedstawia się w ten sposób tylko z polskiej perspektywy. Dla Rosji Polska jako realny przeciwnik „równy rosyjskim bogom nocy”, nie istnieje. A 70 lat komunizmu plus dziedzictwo Rosji carskiej na przeważającej części obszaru Ukrainy czy Białorusi powodują, że dla tych społeczeństw Polska jako alternatywny, historyczny ośrodek cywilizacyjno-polityczny nie występuje w świadomości społecznej.

Dla elit rosyjskich polska obecność NA obszarze Międzymorza (państw bałtyckich, Ukrainy i Białorusi) jest niczym innym, jak wysługiwaniem się interesom zachodnich mocarstw, a nie samodzielną polityką zagraniczną, będącą jakąś ciągłością historyczną.

ZŁUDZENIE II: SPOŁECZEŃSTWA OBYWATELSKIE
Co więcej, po roku 1989 mimo wielu wewnętrznych dyskusji na ten temat, utraciliśmy zdolność percepcji zjawiska, jakim był komunizm - i to nie w Polsce czy na Węgrzech, ale i w Związku Sowieckim. Nie jesteśmy wyjątkiem. W większości refleksji naukowo-analitycznych ostatniej dekady zanikło pytanie o naturę tego systemu i jego skutki społeczne. Toteż daje się zauważyć skłonność do oceny społeczeństw b. ZSRR w oderwaniu od przecież niedawnej rzeczywistości sowieckiej. Stąd obecna w wielu organizacjach międzynarodowych i ośrodkach analitycznych Zachodu absurdalna „transformacjologia” (spadkobierczyni równie nieudanej sowietologii) nie zadaje pytań dotyczących rzeczywistości społecznej, lecz tworzy rankingi państw według schematów postępów w reformach wolnorynkowych i stopnia „zakorzenienia” instytucji demokratycznych, abstrahując od komunizmu jako podstawowego doświadczenia tych krajów. Tymczasem to, czemu poddane były narody Ukrainy, Białorusi czy Rosji, było presją ustroju totalitarnego o sile rażenia, która będzie trwała w strukturach społecznych jeszcze przez pokolenia.

Istnieje w Europie przekonanie, że naszym pierwszoplanowym obowiązkiem politycznym jest oddziaływanie w kierunku ukonstytuowania się w państwach post-sowieckich - a szczególnie tych bliskich granic Europy - społeczeństwa obywatelskiego według wzorów zmian, które przeszły kraje Europy Środkowej. Ten postulat ma w sobie coś z inżynierii społecznej, gdzie względny sukces jest, owszem, możliwy, ale w kategoriach pokoleniowych (30-60 lat). Zgadzam się w pełni z tezą o kluczowym znaczeniu przemian społecznych na Wschodzie dla bezpieczeństwa Polski, ale nie sądzę, aby dało się uczynić z niej postulat polityczny, który można przełożyć na pragmatyczne działanie o obliczalnych skutkach. Kiedy w roku 1991 na wschód od polskich granic powstawała niepodległa Białoruś czy Ukraina, przyjmowaliśmy ten fakt jako naturalną kontynuację procesu wolności ludów, który wcześniej ogarnął Europę Środkową - i automatycznie przykładaliśmy do sytuacji w tych krajach nasz system wartości.

Tymczasem po 9 latach, które upłynęły od tych wydarzeń, rzeczywistość prowincji ukraińskiej czy białoruskiej jest bliższa czasom sowieckim niż codzienności prowincji w Czechach czy Polsce. Odnoszę czasami wrażenie, że takie kategorie jak niepodległość czy suwerenny byt narodu są słowną grą elit tych państw, a nie powszechnym przekonaniem o wartości tych pojęć. I trudno się temu dziwić, skoro codzienny horyzont historyczny świadomości społeczeństw tych krajów wyznacza „Wielka Wojna Ojczyźniana”, która jest tutaj głównym punktem odniesienia, oraz upadek Związku Sowieckiego jako moment załamania się elementarnego bezpieczeństwa socjalnego i fizycznego.

Ilustracją tego zjawiska jest pomnik „Matki-Ojczyzny” dominujący nad Kijowem. 30-metrowy posąg z tytanu, przedstawiający kobietę trzymającą miecz i tarczę z sowieckim godłem, górujący nad miastem i kompleksem klasztornym Ławry Peczerskiej, kryje u podstawy olbrzymiemuzeum martyrologii ukraińskiej republiki radzieckiej w czasie najazdu hitlerowskiego. Jedynym akcentem zmiany w stosunku do wszechobecnej symboliki komunistycznej w muzeum jest sztandar z tryzubem wiszący w holu. Miejsce to - obowiązkowy punkt wycieczek szkolnej dziatwy z całej Ukrainy - jest też celem nowożeńców, którzy po ślubie składają kwiaty w hołdzie pokoleniom Wielkiej Wojny.

Poinstruowany przez przyjaciół, poprosiłem o zawiezienie pod „babę” (jak część kijowian nazywa monument), po czym zostałem surowo skarcony przez 20-letnie-go taksówkarza, że może mnie zawieźć, ale pod pomnik „Matki-Ojczyzny”. Ojczyzny z godłem na tarczy, pod którym władza sowiecka spowodowała na Ukrainie wielki głód z milionami ofiar, porównywalnych do ofiar wojny. Notabene, na Ukrainie właśnie ustanowiono święto „Hłodomoru” jako święto państwowe. To pomieszanie symboliki odzyskanej suwerenności z sowiecką przeszłością jest integralną częścią świadomości społecznej i politycznej państw postsowieckich.

Osobny problem to kwestia języka. I na Ukrainie, i na Białorusi język rosyjski przez ostatnie 70 lat zdobył pozycję dominującą. Jeśli nawet władze w Kijowie podejmują wysiłki dla przywrócenia ukraińskiego jako podstawowego języka komunikacji społecznej, to i tak przegrywają z rosyjskojęzyczną popkulturą, zalewającą cały obszar postsowiecki.

Po bez mała 10 latach zajmowania się tym obszarem w Ośrodku Studiów Wschodnich mam wrażenie, że jesteśmy świadkami zaledwie początku drogi, prowadzącej społeczeństwa Ukrainy czy Białorusi ku samoświadomości narodowej, wypełnionej instytucjami i procedurami obywatelskimi. Oczekiwanie więc od tych społeczeństw reakcji zbiorowych, przekreślających jednoznacznie sowiecką przeszłość jest zupełnie nieuprawnione. Tym samym nie można oczekiwać na tym obszarze przemian politycznych, podobnych do tych w Europie Środkowej. Nie znaczy to wcale, że kraje te są „skazane” na sowiecko-rosyjską przyszłość. Po prostu, wymaga to o wiele więcej czasu, niż nam się chciało wyobrazić.

ZŁUDZENIE III: INSTYTUCJE DEMOKRATYCZNE
Kiedy próbujemy określić charakter państw powstałych na gruzach ZSRR, takich jak Ukraina, Rosja czy Kazachstan, jesteśmy skazani na nieprzystawalność formy do treści.

Pozornie są to kraje demokratyczne: ich władze są wyłaniane w drodze wyborów, istnieją parlamenty i formalnie niezawisłe sądy. Są konstytucje, gwarantujące swobody obywatelskie i prawa człowieka. Ale praktyka sprawowania władzy różni się radykalnie od konstytucyjnych ram prawnych. Normą takich państw jak Ukraina czy Rosja jest absolutna dominacja władzy wykonawczej w życiu publicznym, koncentracja władzy w zakresie formalnych i nieformalnych uprawnień w rękach jednego człowieka (prezydenta), przy równoczesnym rozmyciu i nieczytelności procesów decyzyjnych i odpowiedzialności politycznej. Normą jest także eliminowanie przeciwników politycznych, czy ograniczanie możliwości swobodnego działania gospodarczego.

Fasadowość demokracji powoduje, że o ile nie mamy problemu z kwalifikacją Białorusi jako państwa autorytarnego, to przy Ukrainie pojawia się więcej znaków zapytania. Przykładem choćby sposób reelekcji prezydenta Kuczmy, w trakcie której obóz prezydencki przy wsparciu oligarchów (ludzi wielkiego przemysłu i kapitału) de facto wyeliminował wszelką konkurencję, rozbijając od wewnątrz zagrażające mu partie polityczne i przejmując w sposób administracyjny kontrolę nad mediami. Nie jest przypadkiem, że we wszystkich krajach WNP, z Ukrainą włącznie, pozycja parlamentów i rola partii jest bardzo słaba. Wobec tamtejszej rzeczywistości społecznej stawianie wymagań, aby państwa te wypełniły „demokratycznym duchem” swoje instytucje, jest doprawdy żądaniem zbyt wygórowanym.

Zmiany, jakie dokonały się za Bugiem na początku lat 90. - kiedy powołano parlamenty, instytucje prezydenta, ustanawiano ordynacje wyborcze - były zmianami formalnymi i nie pociągnęły przekształceń świadomości społecznej i zakorzenienia wartości demokratycznych. W przyszłości będziemy więc skazani na współpracę w obszarze Międzymorza i dalej na wschód z organizmami państwowymi, które będą się radykalnie różnić od systemów politycznych Europy Zachodniej. Ludzie polityki i władzy w tych państwach będą dla nas długo jeszcze środowiskami znacznie bardziej obcymi niż szczupłe kręgi „tradycyjnych przyjaciół Zachodu” w tych krajach: inteligencji, opozycji demokratycznej, ugrupowań liberalnych.

Musimy pogodzić się z faktem, że na Ukrainie marginalizacji politycznej uległo pokolenie „szesdiesiatników”, będących niegdyś trzonem „Ruchu” (podstawowej siły demokratycznej pierwszej połowy lat 90.), i że demokratyczna opozycja białoruska będzie zawsze marginesem, bezwpływu na politykę. Partnerami dla Polski są i długo jeszcze będą ludzie władzy czy działacze gospodarczy, wywodzący się z dawnej nomenklatury KPZR, których siła i znaczenie jest pochodną oligarchizacji życia gospodarczego i politycznego w Rosji czy na Ukrainie.

REALNA MAPA MIĘDZYMORZA...
Prawie 10 lat od upadku ZSRR na wschód od Polski dominującym czynnikiem politycznym i gospodarczym pozostaje Federacja Rosyj ska. Państwa powstałe na gruzach imperium przez ostatnią dekadę nie zdołały zerwać zależności gospodarczych, które łączyły je z dawną metropolią. A w kwestiach fundamentalnych dla ich egzystencji gospodarczej (jak surowce energetyczne) są w pełni uzależnione od Moskwy. Z wyjątkiem państw bałtyckich, w krajach postsowieckich panuje system polityczny różniący się od systemów politycznych demokracji liberalnych Zachodu. Elity sprawujące władzę polityczną i gospodarczą w większości nie wykazały woli zmian stosunków gospodarczych, zrywających z sowieckim modelem społeczno-ekonomicznym. Powoduje to utrwalenie struktur społecznych i mechanizmów gospodarczych, pogłębiających kryzys cywilizacyjny tego obszaru.

Polska jest sąsiadem krajów, których niepodległość wprawdzie nie jest kwestionowana i wydaje się trwałym elementem mapy Europy. Ale granica z Ukrainą, Białorusią czy obwodem kaliningradzkim jest granicą narastającego kontrastu cywilizacyjnego: granicą światów, w których obowiązują zupełnie inne reguły i standardy życia codziennego. Z perspektywy Warszawy jedynymi podmiotami państwowymi, z którymi możemy prowadzić obliczalną politykę zagraniczną, są Litwa i Ukraina.

Białoruś pod rządami Łukaszenki wpisała doktrynalnie ścisły związek z Rosją jako cel swej polityki zagranicznej i wewnętrznej, i jeśli nie jest dziś państwem na prawach republiki związkowej Federacji Rosyjskiej, to tylko przez niechęć Moskwy do przejmowania odpowiedzialności za 10 mln Białorusinów i ich rozpaczliwie autarkiczną gospodarkę. W przypadku Białorusi Polska ma więc za sąsiada państwo i społeczeństwo, żyjące w postkomunistycznym rezerwacie. Nie należy się spodziewać, aby Białoruś mogła w dającej się przewidzieć przyszłości zasadniczo zmienić swoje podporządkowanie Rosji, i to niezależnie od tego, kto jest prezydentem w Mińsku.

W przypadku Ukrainy mamy do czynienia z sytuacją zupełnie inną. Dotąd, mimo że Ukraina nie podjęła żadnych istotnych zmian wewnętrznych i od dekady znajduje się w stanie „dryfu” między Moskwą a Zachodem, państwo to skutecznie broniło się przed rosyjską dominacją: najpierw przeciwstawiając się rosyjskim inicjatywom w ramach WNP, potem prowadząc skuteczną politykę, utwierdzającą suwerenność Kijowa. Równocześnie podobieństwo procesów gospodarczych i społecznych do tych, które zachodziły w Rosji spowodowało wykształcenie się na Ukrainie systemu oligarchicznego, uniemożliwiającego reformy gospodarki.

W Polsce istnieje silne przekonanie, że jak długo Ukraina będzie państwem niezależnym od Rosji, tak długo nie będzie możliwe odrodzenie imperium rosyjskiego. Toteż rządy w Warszawie i Kijowie określają swe stosunki jako strategiczne, a polscy politycy z prezydentem na czele są rzecznikami Ukrainy na forum międzynarodowym, zwracając uwagę na jej kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Europy. Problem w tym, że - wg formuły Miero-szewskiego - „siła polskiego ambasadora w Moskwie powinna być funkcją znaczenia polskiego ambasadora w Kijowie”.

...I JEJ KONSEKWENCJE
Jednak mimo olbrzymiej pracy, jaką państwo polskie wykonało, by zacieśnić stosunki z Ukrainą, nasze realne instrumenty wsparcia są słabe, a możliwości oddziaływania na wewnątrzukraińskie przemiany - prawie żadne. O przyszłości relacji Ukrainy z Rosją decydować będziestopień autonomizacji ukraińskiej gospodarki od rosyjskiego kapitału i oderwania się Ukrainy od postsowieckiego modelu oligarchizacji przemian gospodarczych. Tymczasem ostatnio jesteśmy świadkami uruchomienia na Ukrainie procesu prywatyzacji, w którym wiodącą rolę gra kapitał rosyjski, albo legalnie przejmujący wielkie zakłady o znaczeniu istotnym dla całej WNP (np. prywatyzacja zakładów gli-nokrzemianów w Mikołajewsku), albo przez podstawione firmy wchodzący w posiadanie tej części gospodarki ukraińskiej, która jest potrzebna do monopolizacji obszaru Ukrainy przez rosyjskie koncerny, jak Łukoil czy Gazprom (np. przejęcie kontroli nad rafinerią w Odessie).

Właśnie teraz na Ukrainie widać, że o roli Rosji na obszarze b. ZSRR decyduje nie rosyjska armia, nie siła dyplomacji, ale głównie możliwości ekspansji rosyjskiego kapitału, który przy ograniczonym nawet wsparciu Kremla może skutecznie „rewasalizować” kraje WNP; przykładem nie tylko Ukraina, ale też Azja Centralna i państwa Kaukazu. Tymczasem nieprzejrzy-stość reguł gospodarczych, brak reform, korupcja i oligarchizacja odstraszają zachodnich inwestorów od wchodzenia w konkurencję z Rosjanami, którzy w takich układach czują się jak ryby w wodzie.

Właśnie w najbliższych miesiącach, czy w najbliższym roku, zadecyduje się miejsce Ukrainy na mapie Europy. Tymczasem Warszawa nie posiada „w odwodzie” ani prywatnego kapitału, ani zdolności kredytowych, mogących wspomóc proces prywatyzacji na Ukrainie. Jesteśmy po prostu zbyt słabym państwem, abyśmy mogli wpływać na sytuację na wschód od Przemyśla. Poza jednym elementem, który w ostatnich miesiącach nabrał wręcz symbolicznego znaczenia: przebiegiem nowych gazociągów na Zachód.

Rosja rozpoczęła grę, w której stawką jest równocześnie i pozyskanie inwestycji zachodnich, mogących powstrzymać nieuchronny spadek wydobycia gazu z własnych złóż, i przejęcie infrastruktury państw tranzytowych, zwłaszcza Ukrainy, dla zagwarantowania sobie niskich opłat tranzytowych i monopolizacji tamtejszego rynku. Rozmowy wciąż trwają i mimo sprzecznych sygnałów napływających z Kijowa wydaje się, że Ukraińcy prowadzą zaiste heroiczne negocjacje z Rosjanami.

Propozycja Gazpromu (a także Putina!) pod adresem Polski - budowy nowego gazociągu omijającego Ukrainę - jest w tej grze elementem nacisku na Kijów. Jest to też pierwszy moment w dziesięcioletniej historii sąsiedztwa polsko-ukraińskiego, gdzie od decyzji rządu w Warszawie w istotny sposób coś zależy w sprawach ukraińskich. Jeśli w tym momencie Polski nie będzie stać na wypracowanie takiej formuły wobec rosyjskiej propozycji, która połączy polskie interesy z ukraińskimi - i to nie w warstwie werbalnej, tylko końcowej litery porozumień z Rosją i inwestorami zachodnimi - to obawiam się, że podważymy wszystkie nasze deklaracje o „strategicznym partnerstwie”, składane podczas ostatniej dekady.

POZOSTAJE LITWA
Litwa to nasz jedyny wschodni sąsiad, do którego nie odnoszą się opisane wyżej reguły państw postsowieckich. Jest to państwo w pełni demokratyczne, o gospodarce wolnorynkowej, w warstwie społecznej i politycznej podzielające podobny system wartości, aspirujące do NATO i UE. Od połowy lat 90. kolejne rządy w Wilnie widzą w Polsce sojusznika i sprzymierzeńca, z którym dobre sąsiedztwo jest kwestią litewskiej racji stanu. Jest to też państwo, z którym dzielimy ten sam kłopot, jakim jest sąsiedztwo z Kaliningradem: rosyjską enklawą, z którą chyba sami Rosjanie nie wiedzą, co począć.

Jeśli w obszarze Międzymorza w najbliższych latach czekają nas wielkie wyzwania, to będą one związane z Litwą. Pierwsze z nich to rozszerzenie NATO i UE o państwa bałtyckie, czyli przekroczenie dawnej granicy ZSRR jako „nienaruszalnej” linii wpływu Moskwy w dziedzinie bezpieczeństwa i interesów ekonomicznych - tak, jak je Rosjanie rozumieją. Drugie, ściśle powiązane z pierwszym, to przyszłość enklawy królewieckiej i wynikająca z tego polityka UE wobec krajów tzw. bezpośredniego sąsiedztwa. Właśnie ta polityka zadecyduje w przyszłości o miejscu Polski w regionie.

Litwa jest wreszcie państwem, na które Polska może zawsze liczyć w kwestiach swojej polityki wschodniej, bo podobnie rozumiemy szanse i zagrożenia wynikające z naszego położenia.

Powiem więcej: wielkość i potencjał Litwy powoduje, że jest to jedyne państwo, z którym zacieśnianie stosunków jest na miarę polskich możliwości gospodarczych i odpowiedzialności politycznej. Lata niepodległej Litwy dostarczyły aż nadto dowodów na determinację i odwagę Litwinów w braniu odpowiedzialności za niepodległość własnego kraju. Litwa jest też jedynym partnerem na Wschodzie, z którym możemy wspólnie występować wobec Zachodu w kwestiach interesów bezpieczeństwa Europy na Wschodzie.

Wzrost międzynarodowego znaczenia Litwy będzie automatycznie powodować wzmocnienie naszego „wspólnego głosu”. Jeśli Litwa nie zostanie objęta drugą falą rozszerzenia NATO i nie będzie poważnie brana pod uwagę jako pełnoprawny członek UE w najbliższych pięciu latach, to stracimy jedyną szansę trwałego oparcia na obszarze Międzymorza. Dlatego wsparcie Polski dla aspiracji litewskich nie może być kładzione na tej samej szali, co stosunki strategiczne z Ukrainą: polskie możliwości oddziaływania wobec tych krajów są po prostu radykalnie odmienne.

O POLITYKĘ BEZ ZŁUDZEŃ
Jeśli chcemy w przyszłości prowadzić skuteczną politykę na obszarze Międzymorza, która nie jest zaprzeczeniem przesłania „Kultury” i zarazem nie stwarza nam poczucia rozgoryczenia i bezradności, to w pierwszym rzędzie musimy precyzyjnie określić nasze realne możliwości.

Na pewno nie należy do nich oddziaływanie na rzecz rozluźnienia relacji między Rosją a państwami WNP, bo nie mamy na to wpływu. Podobnie jak nie mamy wpływu na procesy demokratyzacyjne w tych społeczeństwach i na stopień ich samoświadomości narodowej. Państwo polskie - które niedawno ze zdumieniem dowiedziało się, że na jego terytorium jest budowana infostrada Moskwa-Berlin przy znaczącym udziale rosyjskiego koncernu Gazprom, i które na zagraniczną politykę kulturalną i uposażenie dyplomatów wydaje minimalne środki w porównaniu z większością państw europejskich - jest za słabe, aby prowadzić politykę, będącą próbą zmiany przynależności cywilizacyjnej państw Międzymorza.

Z kolei dla Rosji będziemy tylko wtedy partnerem godnym uwagi, jeśli od głosów naszych przedstawicieli w UE będzie zależeć strumień pieniędzy dla Moskwy bądź stawki celne dla jej towarów na granicach z Unią. Możemy pomóc białoruskiej opozycji czy rządowi w Kijowie w jego sporach o tranzyt rosyjskiego gazu, ale nie będziemy współdecydować, w jakim państwie będą chcieli żyć Ukraińcy czy Białorusini, i jaką tym samym opcję cywilizacyjną wybiorą. Sukces na tym obszarze możemy osiągnąć tylko z Litwą.

Taki minimalizm nie odpowiada być może naszym historycznym ambicjom, ale pomoże w starannym obliczaniu własnych interesów i możliwości na tym obszarze. A także pozwoli uniknąć rozczarowań, które rodzą się wtedy, gdy rzeczywistość nie chce się poddać naszym marzeniom.

PS. Dziękuję Zdzisławowi Najderowi, który zainspirował mnie do przemyśleń dotyczących polskiej polityki wschodniej oraz kolegom z Ośrodka Studiów Wschodnich (OSW), Tadeuszowi Olszańskiemu i Jackowi Cichockiemu, z którymi wielokrotnie „pasowaliśmy się” z dylematami opisanymi w artykule.

BARTŁOMIEJ SIENKIEWICZ - w l. 80. uczestnik opozycji demokratycznej, od 1990 r. współpracownik ministrów Krzysztofa Kozłowskiego i Andrzeja Milczanowskiego w MSW i UOP, następnie współtwórca i wicedyrektor OSW, publicysta, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego i Akademii Obrony Narodowej.

TP 52-53/2000

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”