Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Pobożne babcie gasną powoli

Pobożne babcie gasną powoli

11.06.2018
Czyta się kilka minut
„TP” 20 / 2018
W

W związku z publikacjami, również w „TP”, na temat starości i starzenia się społeczeństwa naszła mnie refleksja na temat prostego, codziennego przemijania.

To przemijanie starych kobiet, których imiona znowu stają się dziś modne.

Antoniny, Marie, Franciszki, Zofie. Nigdy nie poddawały się trendom: trzeba walczyć, żyć, domknąć domowy budżet. Dom, działka, dzieci. To przez lata był ich cel. We wszystkim, co robiły, przyświecała im rodzina. Teraz powoli gasną. Choć jeszcze tli się w nich życie, jedną nogą są już po drugiej stronie. Wierzą, że czeka tam na nie dawno zmarły mąż, przedwcześnie zmarłe dzieci i dobry Bóg.

Porządek dnia odmierza im rytm modlitwy. Zakonny tryb narzuciły sobie same. Gdy nad ranem budzi je ból połamanych osteoporozą żeber, nie patrzą na zegarek. Wiedzą, że to czas na godzinki. Potem rytuał jak u sióstr Łazarza – nakładanie szmat. Najlepiej te z dobrej tetry. Miękkie, dobrze wchłaniające maści i balsamy.

Coraz słabsze, same przed sobą wstydzą się swojej niedołężności. Jedzą w ukryciu, bo źle dopasowane sztuczne zęby sprzyjają mlaskaniu. Wyniszczony, aluminiowy widelec drży w wykręconych palcach. Pali je zgaga i wstyd, że są nieestetyczne przy jedzeniu. Takie dobre obiady robiły dawniej. Dziś nie chcą jeść. Zasuszają się. Podświadome anorektyczki.

Jak średniowieczne ascetki przedkładają modlitwę nad obiad. Bo już piętnasta. Jak jeść, kiedy wybiła Godzina Miłosierdzia Bożego? W zniszczonych palcach przekładają wyświechtane różańce. Pachnione sztuczną różą, takie „od Ojca Świętego”, te z Częstochowy, Kalwarii, Lichenia...

Oczyma duszy już widzą swoje nagrobki, ale w głębi duszy nie chcą odejść. Maniakalnie łykają tabletki. Terapie umacniają wiarą. Łykają przepłacone nalewki sygnowane świętymi i zakonnikami. Suplementy beatyfikacji do kupienia za jedną piątą ich żebraczej emerytury po mężu. Swoich świadczeń nie mają. Zahukane przez teściów, mężów i ojców, nie pracowały zawodowo.

Teraz, jeszcze przed wiecznym spoczynkiem, starają się odpoczywać. Ale odpoczynek je męczy. Nawet najlepsze siedzisko nie zamortyzuje bólu dziewięćdziesięciu paru lat trudnego życia. Czasem się uśmiechają, ale to uśmiech kwaśny jak winny ocet.

Nie są same, ale dzieci i wnuki nie umieją towarzyszyć im w codziennym wygasaniu. Nikt nie zrozumie fascynacji wykrochmaloną garsonką przygotowaną na ostatni rejs. Ubraniem, które regularnie poddawane jest zabiegom upiększającym. Siebie odświeżyć już nie mogą, ale sukienki do trumny muszą być wiecznie młode.

One same dziś przypominają swoje własne książeczki do modlitwy. Wyświechtane i pomięte. Pomarszczone jak wysłużone latami strony litanii. Spięte gumką codziennej rutyny, która chroni je przed rozsypką.

To ostatnie takie kobiety.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

I wciąż są po tej bardziej pożądanej (w głębi duszy) stronie egzystencji, którą dawno temu porzucić musieli ich mężowie, nie nacieszywszy się emeryturami. Zresztą też żebraczymi, bo renta rodzinna dla wdowy to 85% uposażenia, jakie byłoby należne małżonkowi. Jest w tym jakiś paradoks, że osoby głęboko religijne wyżej cenią to niełatwe, a na starość niemal nieznośne życie niż ludzie prawdopodobnie nie liczący na żadne inne, jak ten australijski biolog, który w wieku 104 lat zupełnie świadomie poniósł trudy ostatniej w życiu podróży do Szwajcarii, gdzie poddał się eutanazji. Jak określić ten paradoksalny splot woli życia i tęsknoty za stanem, do którego jedyna droga wiedzie (jak wierzą) poprzez tę "gewünschte Stunde".

zwyczajny egzystencjalny strach przed śmiercią i totalna porażka wtresowanej "wiary" - a przypadek Australijczyka może co najwyżej służyć potwierdzeniu tezy, że życie w rozumnej prawdzie to także życie bez tego lęku

Zaimponował mi ten Australijczyk. Prawdopodobnie był samotny, a ze przyzwyczaił się do kontrolowania swoich spraw, postanowił je kontrolować do końca. Pewnie nie dozyje tak sędziwego wieku, niemniej mam podobny problem - jak odejść godnie i zapewnić moim szczątkom godny los. Z paniami opisanymi w artykule nie wiąże mnie nic poza płcia i wiekiem:)))

walczyła razem z nim córka, która po wszystkim nazwała śmierć ojca jego ostatnim wkładem w życie społeczeństwa. On sam w ostatnich wywiadach mówił, że ma pełne poparcie rodziny dla swej decyzji. Ciekawy jest szerszy kontekst tej sprawy. O Goodallu było głośno - oczywiście mówimy o rozgłosie poza jego dziedziną zawodową - już w 2016, kiedy uniwersytet poprosił go o zwolnienie stanowiska honorowego adiunkta (honiorary research associate) z powodu podeszłego wieku i związanego z tym ryzyka dla samego siebie. 102-letni wówczas naukowiec odwołał się (a jednak!) od tej decyzji i, dzięki poparciu społecznemu, sprawę wygrał. Niestety, w ciągu ostatniego roku jego stan uległ pogorszeniu, przy czym lekarze twierdzili, że bardziej chodziło tu o stan psychiczny niż "obiektywną" kondycję fizyczną. W istocie największy problem z przeprowadzeniem eutanazji polegał na wydostaniu go ze szpitala, dokąd trafił po próbie samobójczej. Na zdrowy rozum, podchodząc do życia w ten sposób należałoby popełnić samobójstwo (najlepiej bezboleśnie i higienicznie w klinice eutanazyjnej) ZANIM człowieka ogarnie rozpacz i zniechęcenie. W przypadku Goodalla pewnie byłoby to 101 lat, ale np. Oscar Niemeyer mając 103 lata otwierał (dzięki transmisji wideo, bo nie był już w stanie przylecieć z Rio) swoje ostatnie dzieło - centrum kultury w Aviles. Zmarł dwa lata później, nie wątpię, że mając w szkicowniku parę idei na przyszłość. Jak wyczuć ten moment, żeby przez spóźnioną decyzję nie zepsuć sobie na sam koniec jakości życia? Z drugiej strony widzimy, jak bardzo pragną żyć ludzie w obiektywnie znacznie gorszej sytuacji niż staruszek z Australii: niepełnosprawni, obłożnie chorzy itd. Może to mądrość Natury, a może nadnaturalna, że człowiek został wyposażony w swoisty mechanizm homeostazy emocjonalnej, tak że różnica w subiektywnym odczuciu szczęścia pomiędzy samotnym kaleką na piątym piętrze czynszowej kamienicy bez windy a pięknym i bogatym półbogiem Hollywood nie jest tak wielka, jak można by oczekiwać. I nie zawsze prawo do decydowania o własnym życiu jest tak proste. Co wiemy o "jakości życia" ludzi, których nie ma jak o to zapytać? Czy wiecznie uśmiechnięty, ale upośledzony umysłowo człowiek jest szczęśliwy? Czy osobie w depresji zamiast dobrych rad i farmaceutyków nie powinniśmy po prostu pomóc rozstać się ze światem, jak twierdzi, że chce? Nie powiem, żebym miał zdecydowaną opinię na ten temat.

nam nie trzeba wiele wiedzieć o jakości życia innych - wiemy co trzeba o s w o i m życiu, i z tym życiem będziemy mieli problem gdy nam juz wystarczająco mocno zbrzydnie

Chyba sprawa jest prosta, a jedynie nasze spętanie systemem etycznym ja komplikuje. Mój były dyrektor, profesor, historyk pracował do lat 80-ciu i dopiero prezydent Warszawy Kaczyński go zwolnił z dyrektorskiego stanowiska (bynajmniej nie ze względu na podeszły wiek,a raczej na karierę w PRL-u). Później żył samotnie z pomocą pani-Ukrainki, która robila mu zakupy, gotowała i sprzątała co jakiś czas. No i tabuny przyjaciół i dawnych współpracownikow, którzy go odwiedzali. Przychodziłysmy z koleżankami w dniu urodzin i dzień ten był zawsze dniem interesującym. Profesor snuł wspomnienia nieco wyższej klasy niż produkcje publicystyczne wiodących tygodnikow, dyskutowaliśmy o polityce, o książkach, o filmach emitowanych na kanale Ale kino+... Pewnego razu nasza dyskusja trwała na tyle długo, ze koleżanki ją przerwały mówiąc, ze już pora, zebysmy się zbierały. A Profesor na to: To nic, proszę pani, nic straconego, dokończymy nasza rozmowe za rok. Miał wówczas 101 lat. I tak się stało, wróciliśmy do rozmowy przy następnym urodzinowym spotkaniu. Profesor zmarł w wieku 102 lat przy sniadaniu. Do końca miał bystry umysł, czytał, oglądał telewizje. Kiedy odchodzi człowiek w takiej formie, chciałoby się rzec: niemożliwe, tak wcześnie? Zdaje sobie jednak sprawę, ze są ludzie, którym ciąży zycie już w wieku lat 50-ciu i wcześniej tez. I trzeba to zaakceptować

„To ostatnie takie kobiety.” Opisuje Pani kobiety wirtualne, takie jakie chciały by być. Nie wątpię, że i takie się zdarzają, ale to tylko garstka, tym którym starość nie odebrała jasności umysłu, a silny charakter pcha je do aktywności - jakiejkolwiek. Po przekroczeniu dziewięćdziesięciolatki, człowieka dopada demencja starcza, tylko nieliczni zachowują jeszcze nieco energii życiowej. Nie ma nic fajnego w starości, jest jeden wielki strach, przed wszystkim, a szczególnie przed śmiercią. Proszę nie gloryfikować tak tych staruszek, opiekuje się jedną z nich, znam też wiele historii z pierwszej reki i mniej więcej orientuje się jak to wygląda. Choć urodziły się i wychowały przy lampach naftowych, a o lekarzu to nawet nie słyszały w dzieciństwie, przemożna wiara w magiczną moc pigułki i telewizora, zastępuje im cały świat. Już dawno nie mają pojęcia co tak naprawdę im dolega i na co biorą całą masę pigułek, nie wiedzą o czym w telewizorze opowiada spiker, ważne aby grał głośno i nieprzerwanie. Mózgi już dawno zostały im wyprane przez toruńską rozgłośnię, dlatego zupełnie nie mają o czym rozmawiać z wnukami, nawet z dziećmi. Zdrowaśki klepią bezmyślnie, są egoistkami, zupełnie nie przyjmującymi do wiadomości, że dzieci nimi się opiekujące też mogą mieć własne życie. Starość spędzają w samotności, bo ich upierdliwość odstrasza odwiedzających gości. Najgorsi w ich mniemaniu są osoby, które musiały swój świat wywrócić do góry nagami, aby im zapewnić opiekę, wikt i opierunek. Potrafią perfidnie oczerniać własne dzieci, że o nie nie dbają, że się nimi nie zajmują, że je krzywdzą. Kłamią i oszukują gorzej jak dzieci i w dodatku robią to strasznie nieudolnie. Kiedyś dawno temu, gdy słyszałem opowieści jak to rodzina znęca się nad seniorem, szlak mnie trafiał, dziś po prostu nie daję temu wiary, musiałbym się przekonać na własne oczy. Ostatnio jest trochę spokoju, ale od jesieni ubiegłego roku, niemal co miesiąc, a czasami częściej odprowadzałem na cmentarz seniorów rodziny i znajomych, wszystkie historie ich odchodzenia są podobne, ich rodziny z ulgą przyjmowały ich śmierć.

zdumiewające jest podejście kościoła do dramatu starości i śmierci - jeszcze niedawno nie tylko dewotki powtarzały w kółko jak mantrę "od nagłej a niespodziewanej śmierci zachowaj nas Panie" - dziś chwała Bogu wyszła z mody ta ponura śpiewka, okrutny żart z legionów ofiar demencji i paraliży, ludzie otrząsają się powoli z religijnej hipnozy, coraz więcej marzy, by odejść szybko i bez bólu - jednak wciąż na przekór nie tylko zdrowemu rozsądkowi, ale i zwyczajnemu ludzkiemu współczuciu, bez cienia empatii kościół promuje i przymusza do jak najdłuższego przedłużania tych chwil cierpienia - ludzi zazwyczaj starych, bezbronnych, słabych, wycieńczonych juz wieloletnim nieraz cierpieniem - jakby sam Szatan czuwał nad tym misterium ludzkiego upodlenia, męki i udręki - a jakże, dumnie wymachują biskupi nad umierającymi w bólu i poniżeniu transparentami z ich jedynym pocieszeniem - "swoim cierpieniem włączasz się w zbawczą mękę Chrystusa na Krzyżu" - no jakże trzeba nienawidzić człowieka, by mu taki los zgotować, i jeszcze potrząsać Krzyżem nad tym tragicznym dance macabre - zaiste, diabelska to robota
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]