Po co nam polscy intelektualiści?

Trudno dziś dostrzec próby tworzenia nowych języków opisu rzeczywistości, widać zaś jak na dłoni zdumiewający nawrót do idei tak archaicznych, że przyjmujących formę złowieszczej groteski.

10.08.2015

Czyta się kilka minut

 /
/

Czesław Miłosz pytał kiedyś, „czy w ogóle ma istnieć literatura polska, jeżeli znikną specyficzne polskie problemy i zostaną jedynie ludzkie, takie jak wszędzie”? „Może i nie powinna – odpowiadał – ale jest pisana po polsku, a język niesie ze sobą całą przeszłość ludzkiej wspólnoty”. Podobnie moglibyśmy zapytać, czy w ogóle ma istnieć polski intelektualista, skoro żyjemy w globalnym świecie, w którym problemy są „jedynie ludzkie, takie jak wszędzie”? Może nie powinien, może wystarczą nam „głosy z zewnątrz”, o których pisała u początku tej debaty Magdalena Nowicka, albo „międzynarodowa klasa intelektualna”, wspomniana przez Agatę Bielik-Robson, do której polskie elity intelektualne, zwłaszcza te młode, tak często chcą należeć?

Może. Tyle że tak jak literatura polska nie ma sensu bez mierzenia się z polskim, szczególnym doświadczeniem, które wyraża się w języku, tak samo nie ma sensu zajmowanie się współczesnym stanem polskich intelektualnych elit, jeśli nie wniknie się w problem języka, w jakim myślą i mówią o polskiej wspólnocie. Brak tego języka, na co słusznie wskazuje Bielik-Robson, prowadzi do przekształcenia naszej indywidualnej, kulturalnej mowy w dyskurs zdepersonalizowany i technokratyczny, a stąd krótka już droga do powszechnego społecznego zgłupienia i oddania się w ręce beznamiętnych ekspertów. Czy dziś żyjemy w obliczu takiego zagrożenia? Czy mamy do czynienia z kryzysem elit?

Możliwe, że jest jeszcze gorzej: że nie można już mówić o kryzysie, czyli stanie pewnego przesilenia, w którym jedna forma zamienia się w drugą, należy zaś mówić o etapie dostosowania się do sytuacji pokryzysowej, w której jak po wybuchu pozostaje nam tylko zbierać resztki i próbować budować coś nowego od początku. Dowodem na to, że przespaliśmy prawdziwy kryzys, a dziś, stojąc na zgliszczach, obserwujemy jedynie półobłąkany taniec żywych trupów, jest właśnie stan współczesnego – stwarzanego przez intelektualistów – języka rozmowy o polskiej wspólnocie. Języka, który nie tylko daje nam do ręki narzędzie opisu świata, lecz także – w sytuacji zagrożenia lub bezradności – napędza nasze emocje i daje siłę do działania.


Elity w dołku

Kryzysowi polskich elit poświęciliśmy „Temat Tygodnika” w jednym z poprzednich numerów. 

Tekst Magdaleny Nowickiej, wywiad z Agatą Bielik-Robson oraz kolejne głosy na temat stanu polskich elit do czytania na stronie tygodnikpowszechny.pl/elity-w-dolku.

Weź, czytaj!


Wampiryzm Michnika

Kryzys języka często wiąże się ze zmianą polityczną i pokoleniową. Mówi też o tym Agata Bielik-Robson, kiedy opisuje własne biograficzne przeżycia. Jej osobiste poszukiwania nowego języka opisu „innej rzeczypospolitej” łączą się zatem z doświadczeniem młodzieńczej walki z komunizmem i romantycznym poczuciem „solidarności i zbiorowej identyfikacji”. Tym wszystkim, co – jak twierdzi Bielik-Robson – polska inteligencja, zwłaszcza ta skupiona w „Gazecie Wyborczej”, po 1989 r. porzuciła na rzecz postawy antyromantycznej i „coraz mniej skrywanej wrogości i niechęci” do „ciemnogrodu”. To właśnie – jak rozumiem Bielik-Robson – był dla niej moment swoistego przełomu, kryzysowego przesilenia, w którym zerwanie z paradygmatem romantycznej solidarności przeciw wspólnemu komunistycznemu wrogowi, symboliczna pierwsza ze „zdrad” Adama Michnika, stało się początkiem „nieuchronnego zjazdu w dół w relacjach z elitą”.

Zaskakująco pogrobowcami tej już przebrzmiałej, wydawałoby się, idei pokoleniowego konfliktu z Michnikiem (a szerzej: całą III RP) stały się nowe pokolenia polskich intelektualistów, których reprezentuje w „Tygodnikowej” debacie Michał Łuczewski. On także pragnie wbić osinowy kołek w serce Michnika, w którym nie widzi już jednak politycznego wampira, spijającego krew ze swoich ofiar, które później porzuca, ale raczej zdrajcę-technokratę w typie Leszka Balcerowicza.

Tego pierwszego oskarża przy tym o współudział w „niszczeniu podmiotowości” młodych, pogardę i sprzedanie się wielkiemu biznesowi. I nie byłoby w tym wszystkim może nic dziwnego – ot, kolejny spór starych z młodymi – gdyby nie fakt, że to, co w przypadku Agaty Bielik-Robson i jej współtowarzyszy można uznać za autentyczną tragedię pokolenia NZS-u, niezrozumianego przez nowe elity III RP, w przypadku Łuczewskiego i jemu podobnych – tak po prawej, jak i lewej stronie intelektualnej sceny – zamienia się w farsę.

Romantyczne błota

Bo tak jak pokolenie stanu wojennego, które najpierw zostało wyposażone w tradycyjny język polskiej romantycznej wspólnoty, po czym razem z tym językiem – notabene w latach 80., a Bogiem a prawdą już nawet przed wojną, de facto martwym – zostało porzucone i sponiewierane, tak pokolenie Łuczewskiego zdaje się nie tylko nie wyciągać krytycznych wniosków z doświadczenia swoich nauczycieli, ale brnie jeszcze głębiej w polskie romantyczne błota. Mało tego: to, co dla Agaty Bielik-Robson było politycznym i biograficznym wstrząsem, który mimo to pozostawił po sobie jakąś ożywczą intelektualną resztę w postaci refleksji nad lepszą formą romantyzmu, kluczowego języka, w jakim opisujemy polską wspólnotę, dla Łuczewskiego i jego kolegów zamieniło się w gest w swej istocie groteskowy – buntu przeciwko dziadkom (którzy – o paradoksie! – ze swoim konserwatyzmem mogliby może nawet wejść w role rodziców chrzestnych dzieci nowych buntowników) i umacniania trwałego już w Polsce archaizmu ojczyzny, którą „racz nam wrócić, Panie”, tyle że w wersji zombie.

W tym sensie mamy dziś do czynienia nie tyle z kryzysem intelektu, który szuka nowych odpowiedzi na stare pytanie, ile z jego kompletną kapitulacją. Bo jak nazwać, by zostawić w spokoju Michała Łuczewskiego, np. z gruntu konserwatywne wezwania Sławomira Sierakowskiego do odtwarzania zaangażowanej inteligencji, która znów wejdzie w rolę uświęconego pośrednika między skorumpowaną władzą a ogłupiałym społeczeństwem? Albo propozycje Jana Sowy, który pragnie – przeciwnie – likwidacji elit, pełniących jego zdaniem funkcję hamulcowego w drodze do prawdziwej, bezpośredniej demokracji? Jak wreszcie traktować naszych nowych pozytywistów, których za Magdaleną Nowicką moglibyśmy nazwać pieszczotliwe „misjonarzami pracy u podstaw”, jeśli nie jako zwykłych oportunistów, którzy w imię życiowego pragmatyzmu – wicie, rozumicie – są gotowi tanio sprzedać resztki swojego intelektualnego prestiżu? Między jednym a drugim występem w mediach, a później między wódką a zakąską nie mają przecież czasu na czytanie książek (wystarczy ściąga z „The Economist”)!

Intelektualista na rynku

Oczywiście łatwo zżymać się na niedostatki elit, kiedy nie bierze się pod uwagę całego kontekstu rzeczywistości. A ta – jak zwykle – skrzeczy. Z jednej strony mało kogo dziś obchodzą opinie intelektualistów, zwłaszcza jeśli sprowadzają się do elokwentnego podsumowywania newsów. Z drugiej – praca intelektualna w ramach gospodarki rynkowej jest obiektywnie trudniejsza niż w dawnym ustroju. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu intelektualistów myśli dziś częściej o tym, jak dołączyć do wyższej klasy średniej, niż o tym, jak i o czym pisać nowe książki. Dochodzi do tego zdumiewająca wręcz niechęć do nie tyle nawet kłótni między różnymi grupkami intelektualistów, ile w ogóle do jakiegokolwiek kontaktu między nimi. To zaś prowadzi do tego, że młodzi intelektualiści mówią dziś przede wszystkich do swoich własnych, wąskich publiczności, gromko przy tym pohukując, jak są ważni, jak wiele zrobili i jak bardzo lepsi są od innych.

Od razu zaznaczam, że nie twierdzę, jakoby w Polsce nie toczyła się jakakolwiek intelektualna rozmowa, jakoby nie ukazywały się ciekawe i potrzebne książki, wywiady itp. Powiedzieć tak znaczyłoby obrażać się na – nie tak znowu szarą – rzeczywistość. Ale mimo to, mimo napływającego do kraju szerokiego strumienia nowych idei, nie dostrzegam – może poza paroma wyjątkami – poważnych prób tworzenia zupełnie nowego języka opisu polskiej wspólnoty i polskiej rzeczywistości. Tym zaś, nie polityką, winien się zajmować polski intelektualista. Widzę za to – co przyjmuję z coraz większą zgrozą – nawrót do najbardziej archaicznych polskich idei, takich jak mit ofiarniczej inteligencji, zagrożonej ojczyzny, skorumpowanych, antydemokratycznych elit czy niepodmiotowego społeczeństwa, które to idee mogły jeszcze znajdywać wyjaśnienie w czasach niewoli, przywoływane jednak dziś przyjmować mogą już tylko formę złowieszczej groteski. ©

ADAM PUCHEJDA jest historykiem idei, literaturoznawcą, publicystą, stałym współpracownikiem tygodnika „Kultura Liberalna” i miesięcznika „Znak”.

Dziękujemy, że nas czytasz!

Wykupienie dostępu pozwoli Ci czytać artykuły wysokiej jakości i wspierać niezależne dziennikarstwo w wymagających dla wydawców czasach. Rośnij z nami! Pełna oferta →

Dostęp 10/10

  • 10 dni dostępu - poznaj nas
  • Natychmiastowy dostęp
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
10,00 zł

Dostęp kwartalny

Kwartalny dostęp do TygodnikPowszechny.pl
  • Natychmiastowy dostęp
  • 92 dni dostępu = aż 13 numerów Tygodnika
  • Ogromne archiwum
  • Zapamiętaj i czytaj później
  • Wybrane teksty dostępne przed wydaniem w kiosku
  • Także w formatach PDF, EPUB i MOBI
79,90 zł

Artykuł pochodzi z numeru TP 33/2015