Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Piękno muchy

Piękno muchy

12.12.2017
Czyta się kilka minut
KSIĄŻKI W TYGODNIKU | URSZULA ZAJĄCZKOWSKA, poetka: Kiedyś przyszła do nas upita sąsiadka. Weszła pod moje łóżko, za szczeniakiem. Kompletnie straciła kontrolę. Dla mnie było to wtedy przerażające, ale teraz wiem, że ona wreszcie chciała dotknąć czegoś ładnego.
JUSTYNA CIEŚLIKOWSKA DLA „TP”
K

Katarzyna Kubisiowska: Jakie według Pani jest najpiękniejsze zwierzę?

Urszula Zajączkowska: Chyba mucha. I to plujka. Zwykle postrzegana jest jako irytujący, latający owad roznoszący zarazę. Dla mnie to ruchomy punkt w przestrzeni o zainteresowaniach całkowicie odmiennych niż nasze. Ona chce tego, czym my gardzimy, o czym chcemy zapomnieć. Chce padliny, jej smrodu. Całą ją rozdrabnia na cząstki elementarne świata, przenosząc formę jakiegoś opuszczonego ciała w zupełnie inne istnienie. Taki owadzi Charon.

Trudno tego owadziego Charona uznać za pięknego.

Padlina zwierzęca jest dla człowieka piekielnie cuchnąca, w przeciwieństwie do przyjemnego całkiem smrodku, który wydziela rozkładająca się roślina w kompoście albo w zwykłym kopczyku liści. Mucha jest koniecznością w świecie ciągłego umierania, padania, zdychania. Jej larwa, bo to ona po nas sprząta, przypomina czuły, biały wałeczek. Z jednej strony ma otwór gębowy, z drugiej oddechowe przetchlinki, czyli jakby nos. To pewnie ukłon w stronę higienistów. A gdy taką larwę położymy na dłoni, rozpaczliwie chce z niej uciec.

Dlaczego?

Bo tkanki żywe są jej niepotrzebne. Ona szuka martwicy. Larwa wielbi umarłe, zlizuje i połyka to, co brzydkie. A gdy nie ma już nic i gdy jest na to pora, gdzieś w kącie zamienia się w poczwarkę. Potem przechodzi metamorfozę i po prostu odlatuje. Ta przemiana jest niezwykła. Przecież zwierzę od padliny mogłoby być galaretowatym potworem, z mordą i zębami, zasysającym wszystko, mlaskającym i ciamkającym, a w rzeczywistości jest istotą przede wszystkim bardzo małą. Jej szczegóły metaboliczne są prawie niewidoczne: ma błyszczący odwłok i geometryczne oczy. Oczy jak latarnie, którymi widzi wszystko, obejmujące 360 stopni świata.

Uhm...

Mucha żyje około miesiąca. Ale z punktu widzenia intensywności mnożenia jest wieczna. Co robię, gdy mucha wpadnie do pokoju? Usiłuję ją wypuścić przez okno. Często wtedy wlatują nowe... A czy zauważyła pani, że gdy człowiek podnosi rękę, to ona ucieka? Co się musiało w ciągu tych milionów lat wydarzyć w jej życiu, że ona w takiej sytuacji nauczyła się odlatywać? Oczywiście mucha bez przerwy ginęła i ginie. Zgodnie z prawem Darwina przeżywa jednostka, której uda się uciec. Jej geny zostają podane dalej. Gdy podnoszę rękę i widzę, jak mucha natychmiast ucieka, swoje myśli kieruję w stronę przeszłości. Widzę wydarzenia, które ją tego nauczyły. Pomysł na wiersz „blednę” przyszedł mi do głowy w momencie, w którym z regału spadła książka, a ja, w atawistycznym odruchu, natychmiast kucnęłam. Zareagowałam tak, jak reaguje mucha.

Pierwsza część tego wiersza idzie tak: „wnet zza pleców trach! słyszę. / moje kolana ugięte. / a ja skryta i blada, ale przygotowana, / bo tego ciosu od milionów lat wyglądająca, / podskórnie czująca. gotowa. / on przodków / miał zabić. widać, że / nie zabił / i mnie teraz też nie zabił”.

Gdy ta książka spadła z regału, a ja zastygłam w przykurczu, z miejsca zobaczyłam swoich włochatych przodków, którzy przed wiekami, zapewne w bezwzględnych warunkach – wśród latających kamieni, badyli, kości – właśnie kucali, chowali głowę. Dzięki temu przeżyli, a potem hojnie się rozmnożyli, no i jestem. Powinnam być im wdzięczna.

To jak w oczach muchy może wyglądać odpędzająca ją ludzka ręka?

Jest cieniem i wachlarzem wzburzającym powietrze. A cień w świecie wydaje mi się arcyciekawy. Nie tylko językowo jest naszpikowany znaczeniami. To echo zmiany światła w otoczeniu, które może oznaczać, że coś się zbliża albo nawet już jest obok. Rozpoznawalność kształtów i geometrii to u zwierząt wyższa szkoła. Te mniej rozwinięte często operują właśnie smugami światłocienia i swoistym węchem – jak muchy odczytujące konkretne cząsteczki z powietrza. Podnosząc dłoń, zaciągamy cień, poruszamy powietrze. Mucha to widzi, mucha to czuje, wie, że musi uciec.

Opędzamy się od niej, bo chce zjeść nasz posiłek.

Według nas ona wchodzi w nasz świat. Niestety, ludzie są tak nieznośnie egocentryczni, i to nie tylko w pojęciu obszarowym. To szalenie pierwotne. Myślimy: to mój pokój, mój ogród. Ale też: to są moje zwyczaje, to moje myślenie. Uciekaj stąd. I jeszcze się boimy, że mucha na tych swoich stópkach przenosi straszne choroby. Czasem przenosi. Ale przecież musi być też burza i pożar. Dajmy spokój z tą przesadną higieną. To ona nas wykańcza.

Mucha cały czas hałasuje.

Wydaje dźwięk w irytujących częstotliwościach. Dla ludzi jest ona w ogóle paskudna. Jak ją widzą, to stają im przed oczami kupa, tyfus i śmierć.

Zdradziliśmy zwierzęta?

Czytałam niedawno „Zwierzęta w okopach” érika Barataya. Bolesna lektura. 11 milionów koniowatych, 100 tys. psów, 200 tys. gołębi – to szacunkowe liczby zwierząt, które w czasie I wojny służyły w szeregach walczących armii. Po raz pierwszy zwierzęta na tak wielką skalę zaciągano do wojsk, by służyły człowiekowi: nosząc, ciągnąc, pilnując, chroniąc, informując... Opowieść Barataya dotyczy wielkiej zdrady człowieka wobec zamordowanych milionów zwierząt.

Wcześniej człowiek udomowił zwierzę.

Dał mu bezpieczny kąt i karmę. Ale potem wciągnął w swoją ludzką wojnę. Upiorny pomysł: sprowadzić dzikie konie z Ameryki Północnej, przeganiać je wonnymi preriami na Wschodnie Wybrzeże, następnie wpakować w ciasny statek i wrzucić na europejski front. Podobnie postępowano z psami (zbierane były głównie ze schroniska). Najpierw je szkolono. Zwierzęta coś takiego traktują jako zabawę i wyraz miłości. Potem skazywano na śmierć na froncie. Baratay od samego początku książki podkreśla, że odcina się od jakichkolwiek antropomorfizacji. Ale w kilku miejscach daje do zrozumienia, że zwierzęta wojny to męczennicy.

Możliwe jest pisanie o zwierzętach bez antropomorfizacji?

Język ogranicza, nie daje wielu możliwości spojrzenia na świat spoza jego znaczeń. I bardzo silnie wynika z samej kultury. Istotne jest też to, że żyjemy ze zwierzętami w jednej przestrzeni. Kilka miliardów lat temu wyewoluowaliśmy z jednego przodka. Jesteśmy częścią wszechświata, ulepieni z tych samych pierwiastków. Podobnie myślimy i reagujemy na świat.

To znaczy?

Rzęski u bakterii poruszają się dzięki wzbudzeniu elektrycznemu. W naszym przypadku ruch następuje również w wyniku działania elektronów w mięśniach. Elektrofizjologiczne jest też myślenie.

Jesteśmy zanurzeni w jednej przestrzeni, rządzonej prawami termodynamiki, która, jak twierdził Feynman, ma swój kształt. Dlatego wszystko jest tak bardzo do wszystkiego podobne. Może więc nasza twórczość, mowa i w ogóle myślenie to wciąż tylko kolejne dowody na istnienie jedności wszechświata, którą wyrażamy każdym gestem, słowem, a nawet emocją.

W sumie to dobrze, że czasem nieco antropomorfizujemy naturę. Nauka operuje językiem drętwym, jednoznacznym, dusznym. Niech więc ludzie tworzą ten język, niech on żyje, niech się pojawi coś poza tymi słodziakami, pusiami i dziubkami.

Po śmierci bliskiego mi człowieka dwa moje koty świetnie wyczuły mój smutek i w geście solidarności nie schodziły z moich kolan.

Bo istnieje u zwierząt rodzaj energii, naukowo niemierzalnej, więc na razie niewidzialnej. Chodzi o coś z pogranicza emocji i czasu, którego fragment został dany wszystkim istnieniom na ziemi. Wydaje się, że zwierzęta wiele z tego potrafią odebrać. Żyją w rzeczywistości nie tylko rządzonej instynktami i wypełnianej prawidłami ewolucji. Chociażby słonie – one przeżywają żałobę po śmierci jednego ze swoich. Dorosłe w milczeniu kładą trąby na umarłym ciele, a małe ryczą. Bliskość naczelnych z człowiekiem przejawia się też przez emocje. Zwierzęta potrafią żartować i przytulać się, być złośliwe i kapryśne. Z perspektywy ewolucji – tych paru milionów lat – różnica fizyczna między nami a zwierzętami czy mikroorganizmami wydaje się być naprawdę duża. Gdy jednak oddalimy się w stronę Marsa albo Księżyca, odrębności znikają, są nieistotne. Widać jedynie falę życia, poruszającą się mozaikę: jedne kostki są czarne, inne czerwone, jedne są większe, inne mniejsze, jedne krótkotrwałe, inne istnieją dłużej. Wystarczy zmienić perspektywę, by granice znikły.

A co z czasem?

Z punktu widzenia życia Słońca to nas przecież nie ma i nigdy nie było. Jesteśmy zaledwie błyskiem organizowania się jakiejś niskiej energii. Dla mnie to mocny argument za tym, by żyć, jak chcę, by żyć dobrze, szukając też wspólnego pierwiastka między człowiekiem a innymi istnieniami. Ale my cały czas chcemy na świat patrzeć wyłącznie z własnej perspektywy.

Podobno człowiek najlepiej sobie wyobraża te rzeczy, które jest w stanie zmieścić w dłoni.

Mucha mieści się w dłoni, a człowiek jest nią mało zainteresowany.

Bo ona jest zbyt mała, przez to niepokojąca, trzeba do niej podejść jeszcze bliżej. Zwykle się wie, że mucha ma jakiś nos, oczy, łapki, ale mało kto ma świadomość, że ona ma też potylicę czy biodro. Zwykle widzi się w niej wyłącznie dziwny, czarny punkt, który wydaje wkurzający dźwięk. Zakładamy, że tam nie ma ani serca, ani krwi. A tak naprawdę przez miliony lat muchy przelały mnóstwo tej krwi i wiele było też ich pękniętych serc.

Ale i muchy mają dobre chwile: na wojnie, podczas której dominuje właśnie rozkład. To też dobry moment dla szczurów, wszy i pcheł.

Szczur to kolejne zwierzę, któremu człowiek jest niechętny. A wszy i pchły skutecznie potrafią uprzykrzyć życie.

I w drugą stronę. Istnieje grupa zwierząt zredukowanych do ikonek: sarna to sarenka, a łoś to wielki misiek ze śmiesznymi łopatami. Nie zapominajmy o wiewiórkach i ich uroczych kitkach oraz orzeszkach trzymanych w łapkach. A to wszystko są jednak zwierzęta, które mają swój charakter i instynkty.

Ukończyła Pani Wydział Leśny w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, choć początkowo chciała Pani studiować weterynarię.

Tak, ale na szczęście poczta zgubiła maturę. Niespełniony pomysł na weterynarię zaczął się od mojego psa. Wymarzyłam go sobie w drugiej klasie podstawówki. Ojciec zapytał: „Co chcesz dostać za dobre stopnie?”. Ja: „Psa”. Ojciec: „Takiego pluszaka?”. Dopytywał, bo mieszkaliśmy w ciasnym mieszkaniu w bloku: rodzice, moje rodzeństwo i ja. „Nie, żywego”.

Pojechaliśmy do Warszawy na stadion Skry, gdzie przyjeżdżali ludzie ze wsi, którzy sprzedawali szczeniaki. Spodobał mi się kundelek z białymi łapami. Taka sympatyczna, puchata suczka. Nazwałam ją Saba. Urocza kulka. Tylko że ta kulka wyrosła na niemiłosiernie wredną sukę, która warczała na wszystkich wkoło, włącznie ze mną.

Pies z wyrazistą osobowością.

Potężną. Sądzę, że Saba miała psychiczny defekt. Nie dawaliśmy jej powodów do agresji: nie przekraczaliśmy jej psich granic, nie sprawialiśmy bólu. A ona gryzła, i to zawsze w tyłek. Kiedyś miała cieczkę i uciekła. Nie mieliśmy pojęcia o czymś takim jak sterylizacja. Ogromnie przeżywaliśmy tę rozłąkę, dla mnie to był koniec świata. Ale pewnego dnia tata zobaczył Sabę chudą i cieszącą pysk. Zaprowadziła go do miejsca, w którym wykopała dół i oszczeniła się. Zabraliśmy tych dziesięć małych piesków do naszego mieszkania. Tato zrobił kojec. Było zoo.

W naszej klatce w bloku były dwie meliny. Kiedyś przyszła do nas upita sąsiadka. Byłyśmy z siostrą same; sześciolatka i ośmiolatka. Ta pani weszła pod moje łóżko, za szczeniakiem. Patrzyłam na jej spódnicę i wystające nogi. Kompletnie straciła kontrolę. Dla mnie było to wtedy coś przerażającego, ale teraz wiem, że ona wreszcie chciała dotknąć czegoś ładnego.

Saba żyła 12 lat. Umierała na raka. Trzeba było ją uśpić i była przy tym najodważniejsza osoba z mojej rodziny – mama. Śmierć i odchodzenie stało się mi znacznie bliższe dzięki temu, że blisko był ze mną mój pies.

Od zawsze zbierałam z okolic potrącone koty i potłuczone ptaki. Przynosiłam je do znajomego weterynarza, który leczył je za darmo. Gdy dowiedział się, że wybieram się na weterynarię, kazał mi przyglądać się operacjom. Raz byłam świadkiem składania skrzydła gołębiowi. Widziałam otwartą kość. A weterynarz robił to bez znieczulenia.

Dlaczego?

Zapewne uznał, że ptak stoi w hierarchii bytów wystarczająco nisko, by nie warto się specjalnie nad nim rozczulać. Rok temu po moim ogrodzie łaziły trzy kury. Były czułe. Przychodziły, by je głaskać. Jedna zaczęła chorować. Przez wakacje trzymałam ją w domu i karmiłam ręcznie. Cieszyłam się, że żyje. Coraz lepiej oddychała, ale nie wstawała. Pewnego razu z tą kurką przyjechałam do kliniki weterynarii. Śmiali się. Była dla nich za zwyczajna, gospodarska, więc gorsza od papug i kanarków, które leczyli. Powiedzieli, że nie da się jej uratować i trzeba ją uśpić. Do tej pory mam wyrzuty sumienia, że stamtąd wyszłam, że zostawiłam ją wtedy samą. Nie mogłam znieść jej spojrzenia. Oko kury wygląda jak oko ośmiornicy. Jest świadome. Kura przyzwyczaja się do człowieka. Podobnie jak gęś, która traktuje go jako towarzysza życia. Jeśli jesteś przy wykluciu z jaja gęsi, stajesz się miłością jej życia, przewodniczką i przyjacielem. Do końca! Będzie za tobą chodzić, ufając twojej mądrości i dobrym intencjom. Jak pies.

Czego człowiek może się nauczyć od kury i gęsi?

Wdzięczności. I że nie ma się co bać umierania. I że trzeba mieć koszmarną wyobraźnię, żeby uwierzyć, iż jesteśmy ważniejsi od innych istnień, a wymyślone przez nas granice są prawdziwe. ©

URSZULA ZAJĄCZKOWSKA (ur. 1978) jest poetką. Absolwentka Wydziału Leśnego Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie, adiunkt w Samodzielnym Zakładzie Botaniki Leśnej na tej uczelni, doktor habilitowana w specjalności botanika leśna. Bada anatomię, biomechanikę, areodynamikę i ruchy roślin.
Jest również absolwentką Akademii Filmu i Telewizji na kierunku montaż. Tworzy krótkie formy filmowe. Gra na flecie i bierze udział w wielu inicjatywach muzycznych. Jako poetka zadebiutowała w 2014 r. tomikiem „Atomy”. W 2017 r. została laureatką Nagrody Kościelskich za drugi tom poetycki „minimum”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Dziennikarka działów: kultura i reportaż.  Absolwentka filmoznawstwa UJ. Współautorka książek „Panorama kina najnowszego. 1980–1995. Leksykon” oraz „Lektury na ekranie, czyli mały leksykon...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Pozwolę sobie tylko zauważyć, że ludzie obojętni na "osobową" stronę egzystencji zwierząt - nie myślę tu o zboczeńcach, znajdujących przyjemność w zadawaniu cierpień, ale o wszystkich, dla których cierpienie zwierząt może być uzasadnione ludzkim interesem czy potrzebą - oraz natury szlachetniejsze, takie jak pani Urszula, zgadzają się przynajmniej co do tego, że przez świat istot poruszających się i czujących przebiega jeden fundamentalny podział. Po jednej jego stronie jest Człowiek, po drugiej - Zwierzę, czyli wszystkie inne gatunki, bez względu na rzeczywiste, ewolucyjne pokrewieństwo, czy to z sobą nawzajem, czy z Homo Sapiens. Bo przecież nikt nie zaprzeczy, że od świni do człowieka jest o wiele bliżej niż od każdego z nich do kury. A jednak świnię i kurę wrzucamy do jednej kategorii, człowieka sytuując po drugiej stronie przepaści. Nawet najbardziej antropomorfizujący miłośnicy zwierząt tak naprawdę odmawiają im ludzkich właściwości moralnych. Łatwo polubić plujkę, ale co z muchą śrubową, której larwy żrą żywych ludzi, zadając im cierpienia i śmierć? Potępimy ją, jak potępiamy człowieka, używającego zwierząt w wojnach, spowodowanych w końcu jego czysto zwierzęcym terytorializmem? I nie jest to najtrudniejsze z pytań z dziedziny "etyki ekologicznej". Pozdrawiam obie panie bardzo serdecznie.

Niezwykle ciekawa rozmowa, inspirująca, a ten komentarz poniżej warty dalszego rozważania.

Na pewno więcej niż od niejednego księdza czy biskupa, którzy z biblijnego "czyńcie sobie ziemie poddaną" uczynili usprawiedliwienie dla bezdusznego, nieraz bestialskiego okrucieństwa wobec zwierząt i wobec Ziemi właśnie.
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]