„Nastroje przedolimpijskie przedstawiają się niezbyt różowo” – donosi Henryk Szatkowski w „Przeglądzie Sportowym”. Pod ręką mam książkę Daniela Lisa „Pierwsza drużyna” i to z niej pochodzi zacytowane zdanie, a dziennikarska korespondencja jest z roku 1926. Zbliżające się igrzyska jawiły się Francuzom raczej jako problem niż okazja do świętowania. Polski dziennikarz nie ma jednak wątpliwości, że „Paryż wystąpi godnie”, bo „Olimpiada jest ideą francuską”.
Jak sytuacja wygląda dziś?
– Tak, nie, nie – brzmią krótkie odpowiedzi mojej mieszkającej pod Paryżem cioci. Pytam, czy mieszkańcy uciekli ze stolicy na czas igrzysk, czy miejscowi cieszą się z imprezy oraz czy czują się w tym czasie bezpiecznie. – Dla mieszkańców Paryża perspektywa przyjazdu milionów turystów jest przerażająca, wyjeżdżają z miasta. Mają dość problemów, a jednocześnie boją się, że coś może się stać.
Rzeczywiście, policja jest tu na każdym kroku, a gdy piszę „na każdym kroku”, proszę to brać dosłownie.
– Nigdy nie widziałem tylu funkcjonariuszy, ale to wcale nie sprawia, że czuję się bezpieczniej – mówi mi Majorien. Średnio 35 tys. przedstawicieli sił bezpieczeństwa wewnętrznego ma zapobiec ewentualnym zamachom terrorystycznym. Francuski wywiad informuje, że nie zidentyfikował na razie żadnego zagrożenia dla imprezy. Innego zdania jest szef MSZ Izraela, który ostrzega Francuzów przed atakiem ze strony „irańskich grup terrorystycznych”. Tak czy owak w piątek centrum Paryża przypominało twierdzę.
– Są tu tylko obcokrajowcy i policja – zapewnia mnie Majorien. Francuz denerwuje się, że tłumy policjantów to jedynie „PR Macrona”. Inny mieszkaniec miasta nie jest pewien, czy organizatorzy stają na wysokości zadania.
– Ulice wyłączone z ruchu, trudny dostęp do transportu – wymienia, gdy pytam go o wątpliwości.
Cały czas przypominają się słowa Henryka Szatkowskiego, zwłaszcza gdy uciekających z miasta paryżan dotyka paraliż sieci TGV. Jak informują francuskie media, w miniony weekend mniejsze lub większe opóźnienia miały dotknąć blisko 800 tys. podróżnych.
W tle tych problemów odzywa się echo niedawnych wyborów parlamentarnych. Miejscowi mówią o „marazmie zmieszanym z mętlikiem”: prezydent nie nominuje nowego premiera, przed końcem igrzysk najprawdopodobniej nie będzie nowego rządu, obowiązuje pewien rodzaj zawieszenia broni między partiami.
Ale Letnie Igrzyska Olimpijskie są już okazją do świętowania dla Polski, tym bardziej że właśnie mija sto lat od debiutu reprezentantów naszego kraju na tej imprezie. W Paryżu Polacy najprawdopodobniej zdobędą swój 300. medal olimpijski, jesteśmy już o krok.
W niedzielę kajakarka Klaudia Zwolińska, medalistka mistrzostw świata, wywalczyła krążek numer 299, srebro. Jeszcze przed igrzyskami zapowiadała, że presja działa na nią mobilizująco, a wczoraj tylko to potwierdziła.

– Jestem dumna – mówiła, gdy dotarła do pierwszego historycznego Domu Polskiego w Pavillon Royal. Polski Komitet Olimpijski chwali się tym projektem od miesięcy, budynek znajduje się w Lasku Bulońskim. Ma to być miejsce spotkań, może przyjść tutaj każdy, kto tylko wykupi bilet. Także dziennikarze chwalą miejscówkę, mają tu wygodną przestrzeń do pracy, możliwość spotkania sportowców, którzy zwykle są raczej nieuchwytni. Dom Polski podziwiają również kibice, z którymi udało mi się zamienić kilka słów. Tym, którzy nie załapali się na bilet na stadion, daje możliwość wspólnego kibicowania.
Tłumy Polaków spotykam oczywiście na meczu siatkówki.
– To powinien być nasz sport narodowy – przekonuje jedna z kibicek. Siatkarze są w Paryżu bohaterami, nikt nie dopuszcza nawet myśli, że nasza reprezentacja wyjedzie z Francji bez medalu. Na razie bez większego wysiłku pokonała Egipt. Wygrały także siatkarki, ale ich bój był trudniejszy, bo naprzeciwko stanęła drużyna z Japonii.

Trwa także podróż Igi Świątek, brak medalu najlepszej polskiej i światowej tenisistki byłby sensacją. W końcu tenisowa rywalizacja odbywa się na kortach Rolanda Garrosa, gdzie Polka wygrywała już czterokrotnie.
Ale na kortach w Paryżu król jest jeden. Odnoszę wrażenie, że Francuzi traktują go jak swojego, co chwilę krzycząc „Allez Rafa”, czasem odpowiadają im na to nieśmiało Hiszpanie, upominając się o swojego rodaka: „Vamos Rafa!”. Wszyscy doskonale wiedzą, że to ostatnie występy sportowca, który za moment będzie kończył karierę.
Gdy pływak Lukas Märtens pierwszy dopływa do mety, słyszę radość niemieckich kibiców. Na basenie wszystko działa jak w zegarku – prezentacja zawodników, start, meta, szybko do szatni lub strefy dla dziennikarzy, bo zaraz wchodzą kolejni. Jednak po występie Lukasa jeden głos długo nie milknie, słychać wrzask i głośny płacz. Parę rzędów za mną siedzą rodzice sportowca. Matka ściska niemiecką flagę, ojciec macha niebiesko-białą flagą piłkarskiego 1. FC Magdeburg. Podczas ceremonii wręczenia medali, gdy Märtens ściska krążek stojąc na najwyższym stopniu podium, płacze on i jego rodzice, a ja wraz z nimi.
Za moment znowu się wzruszę, z powodu kolejnej matki. Kobieta siedzi tuż obok mnie, co chwilę się dotykamy, bo na pływackiej arenie jest ciasno.
– To mój syn! – mówi, gdy Evgenii Somov wywoływany jest przez spikera. Pływak zajmuje swój tor, kobieta oddaje telefon koledze, a sama „płynie” z synem. Evgenii nie dostaje się jednak do finału. Ja, zaaferowana tym, co dzieje się dookoła, orientuję się, że to Rosjanie, teraz już wiem, dlaczego są bez flag. Niby nie ma ich na tych igrzyskach, ale jednak są, pod szyldem „AIN”, występują jako „Indywidualni Sportowcy Neutralni”. Nikt ich nie wygwizduje, podobnie zresztą jak reprezentantów Izraela. Dla ludzi zgromadzonych w hali La Defense liczy się tylko sport, a może raczej – człowiek. Wielka polityka musi poczekać.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.



















