Odcienie emigracji

O tym, że emigracja nie zawsze musi być "mordercza", i o XI Festiwalu Muzycznym Polskiego Radia rozmawiają Małgorzata Małaszko-Stasiewicz, dyrektor Festiwalu, oraz Marcin Gmys, jego konsultant programowy. Rozmawiał Maciej Janicki
Czyta się kilka minut

Maciej Janicki: Tegoroczny festiwal starał się pokazać, jak pojęcie "emigracja" zmienia się w różnych sytuacjach historycznych...

Małgorzata Małaszko-Stasiewicz: Chodziło właśnie o pokazanie różnych jego odcieni. Definicji emigracji jest - jak wiadomo - wiele, różne są też rodzaje stojącego za nią przymusu - polityczny, ekonomiczny, ale też artystyczny, gdy np. muzykowi "za ciasno" było w Warszawie czy Krakowie. Jednak w przypadku Korngolda albo Weilla podstawowe były po prostu uwarunkowania polityczne, zagrożenie wojną, nadciągający totalitaryzm.

Marcin Gmys: Patrząc rygorystycznie, E.T.A. Hoffmann nigdzie nie wyemigrował. Jednak przyjeżdżając na dwa lata do Warszawy, znalazł się w zupełnie obcym kulturowo środowisku.

Jak kompozytorzy w różnych sytuacjach emigracyjnych konstruowali swoją muzyczną tożsamość?

MMS: Na przykład Poniatowski chłonął styl włoski, dziedzictwo całej Europy, i dzięki temu osiągnął dużą popularność. W świadomości Europejczyka był ciekawszy od - dla nas, Polaków ważniejszego, a w Europie mniej znanego - Stanisława Moniuszki.

MG: Podobnie Janiewicz wyjeżdżając do Wiednia doskonale przyswaja sobie wzorce haydnowsko-mozartowskie. A jednak w Koncercie skrzypcowym wprowadza jako finał Rondo alla polacca. To tęsknota za ojczyzną? Ciśnienie konwencji? Bobrowicz, ewidentny emigrant polityczny, pozostaje w kręgu wpływów opery włoskiej, które krzyżują się z reminiscencjami tańców polskich. W jego przypadku jest to raczej zabieg świadomego oglądania się wstecz za ojczyzną. W finale Kwartetu Różyckiego znajdujemy autocytaty z okresu warszawskiego. Może to kartka z albumu emigranta? Kurt Weill natomiast to przykład dramatycznego poszukiwania zupełnie nowej tożsamości na obcej ziemi. Po przyjeździe do Stanów Zjednoczonych całkowicie zerwał z mową ojczystą. Próbował stać się twórcą amerykańskim, stworzyć rodzaj idiomu opery amerykańskiej i ostatecznie dopiął swego.

Czy festiwal pokazuje tych, którym się nie udało?

MG: Wszyscy się lepiej lub gorzej odnaleźli. Wynika to po części z faktu, że prezentujemy wielu kompozytorów-wirtuozów - a w większości byli to ludzie sukcesu, nawet jeśli droga do niego była kręta, niekiedy pełna kompromisów. Festiwal, wyjąwszy Fontanę, który popełnił samobójstwo, zawiera dość optymistyczny przekaz. Można było zachować własne "ja", nawet jeśli należało je na pewien czas ukryć głęboko w szufladzie.

MMS: Jedynie Korngold to przypadek dość szczególny.

MG: Tak. Wspaniale rozwijająca się kariera i potem dramatyczna decyzja o wyjeździe do Stanów Zjednoczonych. Tam dość powszechnie interpretuje się jego twórczość jako obniżenie lotów, hollywoodzkie spłaszczenie własnego idiomu. A przecież cały czas w twórczości Korngolda mamy dzieła ambitne - Koncert skrzypcowy i przede wszystkim najwybitniejszą wśród utworów emigracyjnych - Symfonię. Wyraz tęsknoty do świata porzuconego w Europie, do tradycji wielkiej symfoniki i opery, na którą w dobie awangardy lat 50. nie było zapotrzebowania.

Dlaczego festiwal nie pokazuje emigracyjnej inności jako nieporozumienia?

MMS: Może dlatego, żeby nie ulegać stereotypom. I tak wychodzą tutaj niebezpieczeństwa i upiory różnych czasów. Pokazujemy też to, że emigracja nie zawsze musi być "mordercza", łączyć się z upokorzeniami, nieprzystosowaniem. To tylko jeden z odcieni tego pojęcia.

MG: Poza tym język muzyczny emigrantów, jak wszystkich innych kompozytorów, jest zrozumiały na całym świecie - muzyka to przecież sztuka, która nie wymaga translacji. Pisarz źle przełożony jest natychmiast skazany na artystyczny niebyt. Kompozytorowi jest po prostu łatwiej.

Czy ten festiwal może odegrać jakąś rolę w wielokulturowej Europie, w której trudno o dialog, a łatwo o konflikt?

MMS: Nie miałam ambicji, żeby tworzyć festiwal, który ma funkcjonować na tak wysokim poziomie. Mamy przecież kłopoty, żeby przedrzeć się przez elementarz muzyczny. Dlatego pokazujemy na przykład nieznane oblicze Henryka Warsa. Ale także sylwetki dotąd nieobecne - Bobrowicza, Poniatowskiego. Dbamy też o to, żeby wykonywaną muzykę zarejestrować. A jeśli festiwal da jakiś asumpt do tego, żeby pomyśleć, jak wiele nas łączy, a jak niewiele dzieli na gruncie muzycznym - to może to przeniesie się też na inne sfery życia.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 41/2008