O jednym wierszu

Słońce na mrozie. Ulice pokryte białym nalotem. Na oponach, na bokach aut wilgotne strupki soli. Przenikliwy wiatr spycha ludzi na siebie, sprawia, że tłoczą się na przystanku coraz ciaśniej. Z daleka wiata wygląda jak dymiący piecyk.
Czyta się kilka minut

Bardzo długo byłem dzieckiem. Bardzo długo lubiłem chodzić na sanki. Już nawet nie wypadało, żeby taki wysoki gramolił się pod górkę, zawadzał innym wystającymi nogami, wywracał się na śliskim jak malcy. Uwielbiałem to, moja wyobraźnia sprawiała, że robiłem się mniejszy, a zjazd, który w rzeczywistości się kurczył, wciąż był satysfakcjonująco długi. Uparcie broniłem swojego prawa do tego, żeby nie opuszczać świata, w którym było mi dobrze, w którym „mokry” i „zmarznięty” oznaczało „szczęśliwy”. Wracałem do domu z odsłoniętą szyją, czując, jak mróz wsuwa mi pod rozchełstane ubranie swoje piekące palce. „Od mrozu się nie choruje”, mówiła pani doktor.

Potem mogłem jeszcze trochę pojeździć z własnymi dziećmi. Ale zrobiłem się ciężki i sanki na ogół szybko grzęzły w śniegu, a my jechaliśmy dalej na samych pośladkach. Zresztą taki wielgachny ojciec, taki big friendly giant, to na małej zjazdowej górce raczej niebezpieczeństwo niż atrakcja. Trzeba wiedzieć, kiedy się wycofać.

Mało było zimy tej zimy, więc kiedy przyszła, należy szybko się na nią napatrzeć, napstrykać zdjęć, a przede wszystkim nawciągać jej zapachu. Byłem akurat na Podhalu, kiedy w jedno popołudnie spadło kilka metrów śniegu. Gdy pada taki śnieg, od razu robi się ciszej. Psy chowają się w budach, ludzie w domach, auta w garażach. Nieliczne samochody ubijają na drodze to, co napadało. Miasto bardzo szybko otrzepuje się ze śniegu, ale wieś inaczej. Zamiast go brudzić i roztapiać, cierpliwie buduje z niego obwarowania. Domy stoją za wysokimi zlodowaciałymi murami, które chronią okna od wiatru. Rozświetlone światłem telewizorów okna wyglądają z daleka jak zakopane w śniegu komórki, na które ktoś nagle zadzwonił.

W takich chwilach przypomina mi się najpiękniejszy wiersz o śniegu, jaki kiedykolwiek czytałem. Nie o mrozie, zimie, zimnie, zimowych zabawach. Wiersz o uporczywym, padającym śniegu, który przesłania sobą wszystko tak bardzo, że w końcu sam staje się wszystkim. Więc teraz, kiedy za oknem mam skurczone mrozem miasto, w którym od kilku dni nie padało i którego budynki w silnym słonecznym świetle wyglądają jak białe domy z obrazów Hoppera, czytam jeszcze raz „Śnieg”, którego autorem jest Piotr Sommer:


Rano padał rzadki śnieg.
Szliśmy Doliną Białego
pod górę.
Śnieg gęstniał.
Mijaliśmy ludzi
idących w obie strony.
Kiedy wróciliśmy, padał śnieg.
A po obiedzie, przed zejściem
w dół, do miasta,
i po powrocie z miasta, też,
też padał śnieg.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

Ilustracja na okładce: Przemysław Gawlas & Michał Kęskiewicz dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 06/2012