Reklama

Nocleg w Lindau

Nocleg w Lindau

17.04.2017
Od rana pada pod litewską granicą. Jezioro marszczy się, jakby przebiegał je dreszcz. Fale dżdżu przetaczają się przez szary grzbiet wód.
Widok z Lindau na Alpy Fot. Domena publiczna
D

Dwa dni wcześniej był zielony Bug. Nieokiełznana i najpiękniejsza z rzek. Z wysokiego kolejowego mostu koło Olendrów widać było mocarne wiry. Na dzikich wyspach leżały zwały drewna naniesione wysoką wodą. Tam też padało. Od zachodu ciągnęły granatowe chmury pełne deszczu i gradu. Już się niby coś zieleniło, żółkło i pyliło. Jednak pejzaż był gąbczasty i ciężki od zimnej wody. Gdyby go przekroić, ciekłoby i ciekło. Musiało nadejść ciepłe, żeby zaczęło rosnąć. Drożdże temperatury i światła musiały dopiero wejść, rozpuścić się w tej jeszcze półżywej materii. Tak było dwa dni wcześniej, gdy snuliśmy się właściwie bez celu wzdłuż nieopanowanej rzeki z jej piaszczystymi łachami, martwymi odnogami, zastoiskami, czarnym błotem, bagiennym odorem i nieczynnymi jeszcze przeprawami promowymi. Patrząc to z jednej strony, to z drugiej na przeciwległy brzeg, aż po Mielnik, po Niemirów, po...

Chcesz czytać więcej?

Wykup dostęp »

Załóż bezpłatne konto i zaloguj się, a będziesz mógł za darmo czytać 6 tekstów miesięcznie! 

Wybierz dogodną opcję dostępu płatnego – abonament miesięczny, roczny lub płatność za pojedynczy artykuł.

Tygodnik Powszechny - weź, czytaj!

Więcej informacji: najczęściej zadawane pytania »

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum
Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Komentarze

Versteh’ einer diese Polen …  W moim przypadku wyglądało to trochę inaczej. Do Niemiec trafiłem w roku 1989. W przekonaniu że zachód jest moim właściwym miejscem przeznaczenia oraz że ten zachód na mnie czeka i ponieważ jest mu przykro, że byłem zmuszony w wyniku nieszczęśliwego zbiegowiska okoliczności pożyć trochę na wschodzie, to dopomoże mi w otrząśnięciu się z jego resztek, albo też nauczy czego potrzeba i pozwoli szybciej powrócić do Polski która kiedyś tam, przed wojną, była przecież na zachodzie. Przy czym gdyby ktoś podówczas chciał żeby określił czym jest zachód a czym wschód, to nie potrafiłbym tego oczywiście zrobić. Musiałem się tego dopiero powoli dowiadywać.

Skończyło się poszukiwaniem własnej tożsamości. Kiedy w każdym razie czekając na przesiadkę na austriackiej prowincji – do Austrii trafiłem później - postanowiłem posiedzieć sobie pod drzewem to szybko okazało się że jest to generalnie niemożliwe. Ok. znalazłem co prawda drzewo i usiadłem pod nim. Ale siedząc pod nim rozejrzałem się dookoła i zorientowałem się że ta prowincja jest na tyle zurbanizowana, zniwelowana i zagospodarowana, że ma wytyczone drogi i ścieżki, że wszyscy poruszają się po niej samochodami a jak chcą sobie gdzieś posiedzieć to jadą na urlop do Włoch i siedzą tam na plaży, że czułem się tam jak najzwyczajniej nie na miejscu. Zaraz też wstałem i grzecznie udałem się na dworzec, bo miałem poczucie że ktoś mnie pod tym drzewem zobaczył i że lokalny posterunek policji już wie, że w okolicy wałęsa się jakiś intruz. Oczywiście westchnąłem w tym momencie do składu EN 57 i podróży w Bieszczady, do gitary ogniska i szlaku. I niech spod popękanych płyt wyłazi na peronie trawa i najlepiej żeby kładka była cokolwiek zardzewiała. Z drugiej strony do Polski wjeżdża się z południa przez Zebrzydowice, a pierwszym większym dworcem są Katowice. Kto wracał z zachodu i widział o 5 nad ranem dworzec w Katowicach w całym jego zapuszczeniu ten wie co oznacza słowo Weltschmerz. W każdym razie nie czułem się bynajmniej jak dzikus. Bardziej kląłem po cichu, ok. Germanie. Znani jesteście z produkcji kolejek i makiet do nich. Ale że sobie zamieniacie świat realny w makietę, no to chyba was gdzieś pogięło. Z drugiej stronie Polanie. Dobra, tacy z was luzacy niby, ale czy tkwienie po kolana w błocie to naprawdę taka radocha ?. Może by jednak się zebrać, posprzątać i zbudować chodnik 

Dziś myślę że to czym innym idzie. Wypada mi mianowicie na to, że Polska i Niemcy/Austria rozwinęły się niejako w swym lustrzanym odbiciu. Nie jest bowiem tak, że Austryjak czy Niemiec budzą się rano i myślą – ach przystrzygł bym dziś trawnik i udał się na zebranie rady gminy, gdzie będziemy wytyczać nową drogę lokalną. On jest to takich działań właściwie zmuszany. Jeśli tego trawnika nie przystrzyże, to dostanie taki stos mandatów z lokalnego urzędu i tyle kosych spojrzeń sąsiadów że się od tego nie pozbiera. W końcu trzeba wykonywać zapisy ustaw, podług których gminom wiejskim należy nadawać poprzez planowanie przestrzenne miejski charakter muszą zostać wykonany. My zaś zachodem staliśmy się już lat temu tysiąc z okładem. Ale nie na tyle, żeby zaakceptować tę państwowotwórczą zaciekłość czy wojskowo/policyjną mentalność, właściwą w sumie przede wszystkim Germanom, bo świat anglosaski jest już bardziej przystępny o ile nie wiejski. Tak to musieli widzieć poddani Mieszka czy Chrobrego zadowoleni z przyjęcia nas do Unii, kręcący zaś nosem na jej przepisy wykonawcze, niewykonywanie których groziło natychmiastowym osadzeniem w lochach. Dlatego też gwarantowaliśmy sobie prawa. Dlatego baczyliśmy aby król nie stal się władcą absolutnym. Właściwie mieliśmy prezydenta, tyle że dożywotniego zamiast cesarza. O ile byliśmy szlachtą oczywiście. A jednocześnie sfera publiczna permanentnie myliła nam się z prywatną. Germanie skupili się w każdym razie na obowiązkach, my zaś na prawach. A prawo było moje, nie zaś sąsiada. Nie chcieliśmy państwa policyjnego i dobrze. Problemy w tym, że odrzucając je właściwie trzeba pilnować się samemu. Pilnować o tyle, żeby potrafić hamować własne widzimisie i potrafić współdziałać z innymi.

Choć z drugiej strony to zbyt jednostronne widzenie Polski. Polska bowiem, albo w tym momencie bardziej pasuje pojęcie Rzeczpospolita, miała i ma obywateli. Choćby pańszczyzna to tylko część historii. Bo byli też Księżacy z okolic Łowicza. Spodnie w paski i wycinanki nie były tu sztuką dla sztuki tylko manifestacją niezależności. Ci ludzie uzyskali swobody w ramach arcybiskupstwa gnieźnieńskiego. A dzięki temu i dobrobyt i to oni stawiali na nogi manufaktury między Łodzią i Warszawą. Tak samo przy każdym bodajże dworku na Podlasiu znajdziemy tablice upamiętniające tzw. pracę u podstaw prowadzone przez ich właścicieli. A to i tak czubek góry lodowej z podobnymi przykładami. Problem polegał jednocześnie na tym, że te lokalne inicjatywy nie spięły się nigdy tak do końca w państwo. Albo ledwo się zaczynały spinać, a państwo traciło swą suwerenność. I dziś możemy zaczynać od nowa. Wystarczy wyjść ze swoich czterech ścian, spotkać sąsiada i dbać przy okazji o język debaty publicznej.

Czyli wiadomo dokąd iść ? Tym razem pewnie się uda nazwać to państwo i staniemy się po prostu kolejnym krajem zachodu, tym razem ostatecznie. Wzbogacimy się i zajmiemy high techiem, wyrównamy szanse w wolnym czasie będziemy kosztować życia i dumać nad tym czym jest samorealizacja. Czego tu się bać ? Przed czym kulić w lesie ? Może tylko hejnał z wieży mariackiej będzie dalej niepokoił. Przypominał o tym, że melodia nie może być dograna do końca, bo urywa ją nagle strzała wypuszczona gdzieś na wschodzie. I tak samo przypominał o tym, że zachodni rozum nie do końca panuje nad emocjami. Że kto wie co siedzi w jego piwnicach. Że może właśnie w Polsce widać to jak na dłoni. Że Polska jest szelfem który powoli opada ku głębiom Azji. Że pewnie dlatego taki David Lynch o swoich projektach opowiada akurat w Bydgoszczy, bo to czego w Los Angeles musi mozolnie poszukiwać tu ma jak na dłoni. Przy czym to nie jest wcale handicap. To że prędzej pojmiemy wschód – i nie mówię tu o Moskwie, tym księstwie które zaimportowało sobie niemiecką biurokrację – tylko o Jakucji, Shaolin czy innym Taj Mahal - jest znów szansą o ile nie zaletą. Więc zostaniemy nie do końca zachodem i to z podniesionym czołem Ale co z siebie zrobimy, to już kwestie dla m.in. ludzi sztuki ,)

PS: stałem się tu właściwie regularnym gościem. Trochę mi już przez to głupio. Z drugiej strony dobry moment na pogadanie sobie o sobie. Nie moja wina, że mało kto się meldował. Zebrałem w każdym razie myśli, za co dziękuję. I jednocześnie zmykam i się zamykam 

Przeczytałem z życzliwym zainteresowaniem. Może jeszcze, Autorze, nie zmykaj i się nie zamykaj... Są tacy, którzy czekają na cd. Pozdrawiam

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]