Nikt nie kpi

Władze tego, co działo się na placu Błotnym i prospekcie Sacharowa, przestraszyły się nie na żarty.
Czyta się kilka minut

Nieprzypadkowo stanowisko stracił wówczas jeden z najbardziej wpływowych rosyjskich polityków, wiceszef prezydenckiej administracji oraz „szara eminencja Kremla” – Władisław Surkow.
Jestem skłonny podpisać się prawie pod każdym słowem, które Maria Lipman napisała o ewolucji rosyjskiego społeczeństwa w latach 2011-13. W jej artykule zabrakło jednak jednego z kluczowych czynników „zamiany miejsc”, jaka nastąpiła 24 września 2011 r. Rządzący tandem: ówczesny prezydent Dmitrij Miedwiediew i jego starszy kolega premier Władimir Putin umówili się wtedy, który z nich będzie rządził państwem przez następne pięć lat. Jestem przekonany, że właśnie ta decyzja – przekazana narodowi w taki, a nie inny sposób (dwóch mężczyzn usiadło i samodzielnie postanowiło, kto będzie stał na czele 140-milionowego państwa) – zdenerwowała wszystkich.
Pierwsze, co po wrześniowej „zamianie miejsc” poczuli ci, których Maria Lipman nazywa „nieradzieckimi Rosjanami”, to chęć natychmiastowego opuszczenia kraju. Liczne fałszerstwa podczas wyborów parlamentarnych (z grudnia 2011 r.) skłoniły ich jednak, aby na razie schować walizki i skierować swoje wzburzenie gdzie indziej: na ulicę.
Oliwy do ognia dolewały historie powtarzane przez Rosjan „nieradzieckich” po pierwszych masowych demonstracjach – krążyły pogłoski, że prezydent Miedwiediew zaczął żałować swojej decyzji o odpuszczeniu reelekcji i ustąpieniu miejsca swojemu patronowi, Putinowi. Wydaje mi się zresztą, że opowieści te nie były całkiem wyssane z palca.
Władzom nie pozostało nic innego, jak pójść na ustępstwa wobec domagających się uczciwych wyborów demonstrantów. Rzecz jasna, rezultaty wyborów nie były zweryfikowane, a parlamentarzyści nie złożyli mandatów, ale prezydent Miedwiediew, którego kadencja dobiegała końca, wykonał kilka liberalnych gestów – przywrócił obieralność gubernatorów (do 2012 r. rządzący regionami byli po prostu namiestnikami Putina) oraz zaproponował powołanie telewizji publicznej. Obie inicjatywy okazały się farsą – z projektu publicznej telewizji nikt już dziś nawet nie żartuje, a gubernatorów wywodzących się z opozycji albo pakuje się do więzienia, albo w jakiś inny sposób odstawia się na tor boczny.
Wszystko to nie zmienia faktu, że dialog między obywatelami a władzami został nawiązany i tym razem państwo musiało się bronić oraz reagować na postulaty społeczeństwa – a nie na odwrót.

przełożył Zbigniew Rokita

TIMOFIEJ DZIADKO jest prezenterem rosyjskiej telewizji „Dożd”.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 46/2013

Artykuł pochodzi z dodatku Oblicza Rosji