Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

My, obywatele

My, obywatele

11.11.2013
Czyta się kilka minut
Kreml napuszcza konserwatywną większość Rosjan na postępową mniejszość. Podziały społeczne się pogłębiają, a niepopierający władzy Rosjanie odwracają się od niej jeszcze bardziej.
Ivan Brażkin, Protestacyjne karaoke, 2011 r. Fot. Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie
M

Masowe protesty, które wybuchły w Rosji pod koniec 2011 r., nie zakończyły się dla demonstrantów pomyślnie. Kreml przekonał się, że ich siła nie jest duża. W politycznym życiu kraju rozpoczęła się jednak nowa epoka – cechuje ją osłabienie legitymizacji reżimu, postępujące tarcia wewnątrz elit, twardszy kurs władz wobec społeczeństwa oraz rosnące niezadowolenie Rosjan z polityki Kremla i większe zainteresowanie obywateli polityką.
Oddawajcie wybory!
Wybuch obywatelskiej aktywności w grudniu 2011 r. tylko pozornie był niespodziewany. Społeczne nastroje dojrzewały od kilku lat, a przerodziły się w sprzeciw wówczas, gdy zaistniały ku temu okoliczności.
Wzrostowi społecznego fermentu sprzyjała trwająca w latach dwutysięcznych względna wolność ekspresji oraz rozwój gospodarki „postindustrialnej” – głównie w Moskwie. Właśnie w stolicy wykształciło się nowe, nieradzieckie społeczeństwo. Ludzie ci chcą się rozwijać i sami o sobie decydować; dążą do sukcesu, są profesjonalistami wolnymi od radzieckiego paternalizmu.
W tym patrzącym na Zachód i liberalnym środowisku coraz powszechniejszy jest również altruizm – to nawyk, który pozwolił tej grupie osiągnąć sukces, dlatego też postanowiła zaszczepić go wśród osób słabszych i potrzebujących pomocy. Latem 2010 r., kiedy ogromne pożary trawiły lasy w centralnej Rosji, właśnie ta część społeczeństwa pokazała, że potrafi prędko się zorganizować i efektywnie współdziałać.
Rozkwit podobnych inicjatyw przypadł na czas „tandemokracji” – rządów prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i premiera Władimira Putina. Wówczas w kraju błyskawicznie rozwijały się portale społecznościowe, a pomyślna koniunktura na rynku ropy naftowej sprzyjała rozwojowi gospodarki i wzrostowi dochodów Rosjan. Nie bez znaczenia był także pewien duch wolnomyślicielstwa, który towarzyszył głowie państwa i jej otoczeniu.
Aktywność „nieradzieckich Rosjan” była „zadaniowa”: koncentrowali się na konkretnych sprawach, nie stawiając przed sobą dalekosiężnych, a tym bardziej politycznych celów. Nie tworzyli praktycznie własnych struktur organizacyjnych, brakowało wśród nich wyróżniających się liderów.
W tej atmosferze zaplanowane na grudzień 2011 r. wybory parlamentarne wzbudziły większe zainteresowanie niż w poprzednich latach. Jesienią 2011 r. pojawiła się spora liczba obserwatorów-wolontariuszy, chcących kontrolować procedurę głosowania i podliczania głosów – wielu z nich przyznawało, że jeszcze niedawno polityka niewiele ich obchodziła.
Przyszedł 4 grudnia, dzień wyborów: wolontariusze zderzyli się z bezczelnymi fałszerstwami i zostali ostro potraktowani przez policję. Doświadczenia te wywołały mocne, emocjonalne reakcje u tych, którzy do niedawna uważali, że polityka ich nie dotyczy.
Pierwsza demonstracja przeciwko fałszerstwom odbyła się już kolejnego dnia i została ostro stłumiona. Nie zważając jednak na represje, nieustające wezwania do wyjścia na ulice (m.in. na portalach społecznościowych) i wyrażania niezadowolenia sprawiły, że ku zdziwieniu samych protestujących (i jak można przypuszczać – również Kremla) na moskiewskich ulicach 10 grudnia protestowało już ok. 30 tys. obywateli. Wydarzenia mające miejsce w stolicy sprowokowały podobne akcje także w innych miastach, choć rzecz jasna na mniejszą skalę.
Tylko wariat jest przeciw
Przez kolejnych kilka miesięcy w Moskwie nie ustawały mityngi, marsze, akcje w duchu occupy czy piesze i samochodowe „spacery”. I co prawda jądrem protestów nadal pozostali „nieradzieccy Rosjanie”, jednak przekrój uczestników akcji znacznie się poszerzył: byli wśród nich nacjonaliści i lewicowcy.
Niezadowoleni nie starali się stworzyć spójnego programu, skoncentrować się wokół jakiegoś lidera czy powołać czegoś na wzór politycznej partii.
Masowe akcje uliczne stały się nowym, przyciągającym i zakrojonym na ogromną skalę projektem, któremu postępowi Rosjanie byli gotowi poświęcić czas, siły, a nawet pieniądze (inicjatywy finansowano ze środków pochodzących ze zbiórek przeprowadzanych wśród ich uczestników i zwolenników protestów). Ulicznym przedsięwzięciom towarzyszyła żywa aktywność na portalach społecznościowych – debatowano tam nad zachodzącymi procesami, zastanawiano się nad nowymi akcjami itd.
W okresie poprzedzającym maj 2012 r., a więc powrót Putina na Kreml, władze wykazywały względną cierpliwość wobec protestujących: nie zakazywano demonstracji, a policja nie używała siły i nikogo nie zatrzymywała. W tym samym czasie nie udała się jednak kremlowska kampania mająca na celu dyskredytację aktywistów oraz przedstawienie ich jako nierobów i amoralnych typków, którzy starają się obalić tradycyjne, narodowe porządki działając na zamówienie i/lub za pieniądze wrogów Rosji.
Konieczność przeciwstawienia się postępowej części społeczeństwa, która odrzuca paternalizm, zmusiła władze do przejścia na pozycje defensywne i reakcyjne. „Nowy kurs” Kremla zakładał państwowy nacjonalizm, patriotyzm na wzór radziecki, bazujący na antyzachodniości, bezwarunkowej lojalności wobec władz oraz konserwatyzmie.
Stosunek władz do niezadowolonych o 180 stopni zmieniła towarzysząca inauguracji trzeciej prezydenckiej kadencji Putina demonstracja z 6 maja 2012 r. Wówczas, po raz pierwszy od narodzin tego świeżego ruchu protestu, doszło do starć policji z protestującymi – najwyraźniej były to akcje sprowokowane. Z zarzutem wszczynania masowych zamieszek do aresztu trafiło około trzydziestu osób („sprawa Placu Błotnego”).
W lipcu 2013 r. (w tym czasie część z tych, którzy usłyszeli zarzuty w maju poprzedniego roku, nadal znajdowała się w tymczasowym areszcie) rozpoczął się proces, który po raz kolejny pokazał, że w sprawach o charakterze politycznym sąd kieruje się interesem władz. Oskarżenia o „wszczynaniu masowych zamieszek” w toku postępowania okazały się nie mieć wystarczających podstaw, jednak sąd praktycznie nie brał pod uwagę obrony i – ogólnie rzecz biorąc – nie dbał nawet o zachowanie pozorów obiektywizmu.
Na początku października miały miejsce wydarzenia przywodzące na myśl okrutne praktyki „psychiatrii represyjnej”, stosowanej w ZSRR. Jednego z oskarżonych w „sprawie Placu Błotnego”, Michaiła Kosenkę, uznano winnym, a jako że ekspertyza wykazała, że Kosenko cierpi na zaburzenia psychiczne, sąd zadecydował o poddaniu go obowiązkowemu leczeniu psychiatrycznemu.
Duma wciąż duma
W latach 2012-13 organa sądowe i ścigania władza nieraz wykorzystywała do walki z niewygodnymi osobami i organizacjami. Oprócz wspomnianej „sprawy Placu Błotnego”, ruch protestacyjny posiadał też inne symbole: prześladowania najistotniejszych działaczy – Siergieja Udalcowa i Aleksieja Nawalnego oraz sprawę Pussy Riot z lata 2012 r. (dwie uczestniczki grupy nadal odbywają karę pozbawienia wolności w trudnych warunkach; obie piszą skargi i regularnie prowadzą głodówki przeciwko brutalnemu traktowaniu).
Poczynając od 2012 r., rosyjski parlament bez mrugnięcia okiem przyjął kolejne represyjne akty prawne. Spośród nich szczególną uwagę zwracają: regulacja zaostrzająca zasady organizacji zgromadzeń; „ustawa o agentach zagranicznych” i kampania wymierzona przeciwko organizacjom pozarządowym finansowanym z zagranicy; zakaz „propagowania nietradycyjnych zachowań seksualnych wśród nieletnich”, który określa się mianem „ustawy antygejowskiej”.
Wiele z tych działań, które podejmuje się, aby ograniczyć zaangażowanie obywateli (publiczne dyskredytowanie, zastraszanie, działalność prawodawcza itd.), przerabialiśmy już w latach dwutysięcznych, jednak wówczas Kreml stosował podobne metody na mniejszą skalę. Przez ostatnie półtora roku władze sięgają po represyjne środki znacznie częściej.
W kremlowskim instrumentarium jest jeszcze jeden istotny chwyt – napuszczanie konserwatywnej większości Rosjan na postępową mniejszość. Władze podsycają wrogi stosunek do Zachodu, liberałów, homoseksualistów, współczesnej sztuki itd. W konsekwencji podziały społeczne wciąż się pogłębiają, a niepopierający władzy nowocześni Rosjanie odwracają się od niej jeszcze bardziej.
Ostatnimi laty legitymacja putinowskiego reżimu była możliwa dzięki ogólnej apatii, jednak wraz z powrotem Putina na Kreml owa legitymacja słabnie. Przekształcenie się rosyjskiego systemu w autorytaryzm wywołało w społeczeństwie obywatelskim niepokój i przygnębienie, jednak jeśli celem władz było, aby Rosjanie na powrót stali się apatyczni, to tego nie udało się Kremlowi osiągnąć. Wytworzony obywatelski potencjał, umiejętność wymiany informacji i pracy zespołowej, wzajemne zaufanie – to wszystko pozostało, niezależnie od represyjnej polityki władz. Część społeczeństwa nie zamierza pokornie zgadzać się na to, że warunkiem funkcjonowania w polityce jest lojalność, że można być politykiem tylko za przyzwoleniem władz. Zamiast tego w Moskwie i w niektórych innych rosyjskich miastach ludzie biorą sprawy w swoje ręce.
Tak źle i tak niedobrze
Na początku września br. w Moskwie odbyły się wybory mera, podczas których Aleksiej Nawalny – kandydat, który rzucił wyzwanie władzom – otrzymał 27 proc. głosów. Już sam start opozycjonisty sygnalizował nieoczekiwaną zmianę: przez wiele lat do uczestnictwa w wyborach nie dopuszczano „niepożądanych elementów”. W lipcu skazano go co prawda na pięć lat więzienia za przestępstwa gospodarcze, jednak pozwolono mu pozostać na wolności, aż do rozpatrzenia sprawy w sądzie wyższej instancji. Istnieją przesłanki pozwalające przypuszczać, że zarzuty wobec Nawalnego i jego „wspólnika” Piotra Oficerowa były sfabrykowane, a decyzje o zastosowaniu aresztu oraz o natychmiastowym uwolnieniu podjęto nie w sądowej sali, a na szczytach władzy.
Tak czy inaczej, Nawalny – podczas wyrazistej i dynamicznej kampanii wyborczej – wykorzystał zdobyte doświadczenie. Kampania była wspierana przez wielu wolontariuszy, a finansowana w dużym stopniu z datków prywatnych osób.
Wszystko wskazuje na to, że „na górze” doszło do ostrego sporu: jedni chcieli wysłać opozycjonistę za kratki, pozbywając się w ten sposób niewygodnego rywala, ­inni uważali, że start Nawalnego w wyborach sprawi, iż te będą powszechnie uznane, co z kolei obniży nastroje protestacyjne.
Kreml miał niełatwy orzech do zgryzienia: oba warianty były ryzykowne. Aresztowanie Nawalnego mogło doprowadzić do demonstracji, a jego uczestnictwo w wyborach dawało mu szansę na zwiększenie popularności – mógłby się w rezultacie stać już nie tylko działaczem społecznym, ale politykiem z własnym elektoratem.
Ten sam dylemat powrócił w październiku, kiedy sąd wyższej instancji rozpatrzył apelację Nawalnego: pozostawił wyrok pięciu lat pozbawienia wolności w mocy, warunkowo zawieszając wykonanie kary. Opozycjonista pozostał więc na wolności, ale jest pewien haczyk: decyzją sądu Nawalny nie może zajmować się polityką, w przeciwnym razie trafi do więzienia. Ponadto wszczęto przeciwko niemu inne postępowania.
Ważne jest jednak, że kampania Nawalnego pokazała, jak zmienić zaangażowanie obywatelskie w polityczne. To doświadczenie niewątpliwie przyda się w przyszłości: zarówno Nawalnemu, jak również – co ­jeszcze istotniejsze – społeczeństwu.
Dziś rosyjskie władze wciąż mają nad społeczeństwem ogromną przewagę: finansową, siłową czy informacyjną. Kremlowi coraz trudniej przychodzi jednak zachowanie politycznego monopolu, który wywalczył sobie na początku poprzedniej dekady.

przełożył Zbigniew Rokita

MARIA LIPMAN jest pracownikiem Moskiewskiego Centrum Carnegie i redaktorem naczelnym pisma „Pro et Contra”.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]