Jesteśmy zaiste niepocieszeni. Garść naprawdę znakomitych, zarówno w formie, jak i w treści, wizji prezydenta RP na temat przydomowych lotnisk oraz małych i dużych samolotów padła z naszego punktu widzenia zbyt wcześnie. Za wcześnie, to znaczy że dziś, gdy pochylamy naszą siwą głowę nad niniejszą pracą piśmienną, koncepty te zostały już po wielokroć przez innych omówione, a żartom i krotochwilom końca nie było ani nie ma. Słowem, mamy kłopot. Wynikający z braku tzw. świeżości tematu, bo ile i jak długo można robić sobie jaja z tego niesamowitego człowieka? Ktoś powie, że bez ustanku. Nas jednak bezustanność – z niewielkimi wyjątkami – mierzi.
Z tegoż powodu, czyli przez niesprzyjający nam kalendarz przemówień prezydenta RP, ominęła nas możliwość ocenienia jego dawniejszych, choć podobnych widzeń. Nie omówiliśmy wypowiedzi pełnych, jak zawsze, emfazy i uniesienia, prezentowanych w osobliwej manierze aktorskiej, ni to wiecowej, ni to kościelnej, wygłaszanych w nieokiełznanym uwielbieniu, szokującym napięciu bądź w straszliwym gniewie. Zsumujmy naprędce: z tego, co pamiętamy, prezydent, posługując się czymś, co wedle swego mniemania posiada, czyli autorytetem i warsztatem aktora, oceniał m.in. ustrój sądów, demokrację i parlamentaryzm, detale historii Polski i innych krajów na planecie. Nasrażał się w sprawie twórczości filmowej i literackiej, dobrotliwie składał rymy, wołał o budowanie oczek wodnych, wyrażał się na temat klimatu, paliw kopalnych, mówił o upodobaniach spożywczych, o ludziach innej orientacji, innej niż polska narodowości, religii i koloru skóry. Pamiętamy jego jeremiadę na temat żarówek i technologii led, pamiętamy takoż, że nawet śpiewał a cappella w towarzystwie małżonki. Oto nie omówiliśmy ani jednego z tych występów, a każdy był przecież wart przynajmniej tysiąca słów, od skrzętnej analizy osobowości po sporządzenie spisu osobliwości jego mimiki, konstruowania przezeń zdań podrzędnych i złożonych, tonacji, akcentowania, impostacji, ruchu gałek ocznych, gestykulacji, po przeanalizowanie znaczeń słów, ruchu scenicznego, po sygnalizację o charakterze psychologicznym, aż po scenografię tła.
No więc wszystkie te wspaniałości nas ominęły. Mamy zatem słuszne poczucie krzywdy, bowiem, jak tu każdy – od Odry i Nysy Łużyckiej po nadbużańskie łęgi – urodziliśmy się z nożem w plecach i w największej we wszechświecie przestrzeni, w której unosi się aura wszechpretensji o wszystko i do wszystkich. Mamy więc pretensje, że prezydent RP wypowiada się, z punktu widzenia naszego kalendarza zobowiązań piśmiennych, zawsze o kilka dni za wcześnie. Rzucają się wtedy na produkty jego umysłowości i jego najbliższych współpracowników rzesze jajcarzy. Dla nas zaś zostają sucharki produkowane przez J. Kaczyńskiego, M. Morawieckiego bądź B. Szydło, co – każdy tu teraz łacno przyzna – jest i krzywdzące dla nas, i zubażające felietonistykę polską.
Na koniec wypada wyrzec zdanie nienowe, ale może obowiązkowe. Obecny prezydent RP, pełniący swój urząd już po raz drugi, jest liderem rankingów zaufania publicznego. Niemal połowa społeczeństwa bezgranicznie ufa panu prezydentowi. Należy z szacunkiem podchodzić do tych deklaracji. Też dlatego, że obok listy polityków obdarzonych zaufaniem widnieje zawsze spis tych, którym społeczeństwo za grosz nie ufa. Tu prowadzi niemal zawsze i od zawsze J. Kaczyński. Czy ktoś rozumie, dlaczego dwu najważniejszych głosicieli tego samego światopoglądu, opowiadających niemal to samo, tymi samymi słowami, cokolwiek, na dowolny temat, różni to i tylko to? Może najwyższy czas usiąść nad – dajmy na to – oczkiem wodnym i wśród rytmicznego rechotu płazów zastanowić się, co znaczy wzbudzać w Polsce zaufanie i czym ten stan się różni od wzbudzania nieufności. Dopiszmy to do klasycznego zestawu Wielkich Polskich Pytań.
„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.















