Szanowny Użytkowniku,

25 maja 2018 roku zaczyna obowiązywać Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/679 z dnia 27 kwietnia 2016 r. w sprawie ochrony osób fizycznych w związku z przetwarzaniem danych osobowych i w sprawie swobodnego przepływu takich danych oraz uchylenia dyrektywy 95/46/WE (określane jako „RODO”, „ORODO”, „GDPR” lub „Ogólne Rozporządzenie o Ochronie Danych”). W związku z tym informujemy, że wprowadziliśmy zmiany w Regulaminie Serwisu i Polityce Prywatności. Prosimy o poświęcenie kilku minut, aby się z nimi zapoznać. Możliwe jest to tutaj.

Rozumiem

Reklama

Nieoczekiwana zmiana miejsc

Nieoczekiwana zmiana miejsc

07.03.2018
Czyta się kilka minut
W Uzbekistanie, jednej z najokrutniejszych do niedawna satrapii świata, z więzień wypuszczani są ludzie wtrąceni tam za poglądy, a na ich miejsce trafiają niedawni prześladowcy – prokuratorzy i oficerowie tajnej policji.
Prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew podczas wizyty w Moskwie, kwiecień 2017 r. / Fot. Alexey Kudenko / Sputnik / East News
Prezydent Uzbekistanu Szawkat Mirzijojew podczas wizyty w Moskwie, kwiecień 2017 r. / Fot. Alexey Kudenko / Sputnik / East News
J

Jusuf Ruzimuradow wyszedł na wolność pod koniec lutego, ale wiadomość o tym ogłoszono dopiero w zeszłym tygodniu. Spędził za kratkami prawie 20 lat. Żaden inny współczesny dziennikarz nie siedział w więzieniu tak długo tylko za to, że wykonywał uczciwie swój zawód. Rok wcześniej, po 18 latach niewoli i tortur, wolność odzyskał towarzysz niedoli Ruzimuradowa i jego szef, Muhammad Bekżanow. Odkąd jesienią 2016 r. w Uzbekistanie nastał Szawkat Mirzijojew, na wolność wyszło już kilkudziesięciu więźniów politycznych, a ich miejsce za kratami zajmują zausznicy i najwierniejsi słudzy Islama Karimowa, poprzedniego prezydenta, pierwszego i jedynego, jakiego znał Uzbekistan przez pierwsze ćwierć wieku jego niepodległego istnienia.

Śladami Tamerlana

Karimow, choć należał do partii komunistycznej, zapatrzony był w Tamerlana. Nie wierzył w komunizm, tylko we władzę. Wyniesiony do władzy na burzliwych falach pierestrojki, nienawidził dziennikarzy i politycznych przeciwników, a także wszystkich, którzy stawali mu na drodze czy choćby krytykowali jego poczynania. Wyganiał ich z kraju, wtrącał do więzień, a wcześniej kazał poddawać torturom, by ich los przeraził ewentualnych naśladowców. Pod rządami Karimowa Uzbekistan przemienił się w kolonię karną, w której porządku pilnowała wszechwładna tajna policja z Narodowej Służby Bezpieczeństwa.

Urodzony w Samarkandzie, tamerlanowej stolicy, Karimow przekształcił Uzbekistan nie tylko w satrapię, ale satrapię autarkiczną, oderwaną niemalże od reszty świata. Sam mało podróżował i rzadko przyjmował u siebie zagranicznych gości. Pozamykał szczelnie granice, nieustannie kłócił się z sąsiadami, którym usiłował dyktować, jak się mają rządzić (32-milionowy Uzbekistan jest najludniejszym państwem Azji Środkowej, a uzbeckie miasta Taszkent, Samarkanda, Buchara czy Chiwa od stuleci uchodzą za metropolie regionu), nie przystępował do żadnych zagranicznych sojuszów, nie zaciągał zagranicznych pożyczek, nie wpuszczał do Uzbekistanu nie tylko cudzoziemskich dziennikarzy, ale także banków. Stał się uosobieniem współczesnego satrapy, za których kolebkę od wieków uchodzi Azja Środkowa.

Tylko jeden, jedyny raz pozwolił na to, by do pojedynku o władzę stanął przeciwko niemu rywal prawdziwy i niebezpieczny, a nie figurant wyznaczony spośród usłużnych dworzan. Działo się to jeszcze na samym początku jego panowania i istnienia niepodległego Uzbekistanu, w grudniu 1991 r., gdy w pierwszych prezydenckich wyborach musiał walczyć o władzę z poetą Muhammadem Salihem, przywódcą opozycyjnej partii „Erk”, odwołującej się do demokracji i wolności, ale także uzbeckiego nacjonalizmu. Według oficjalnych wyników Karimow rozprawił się z rywalem 87-13, ale przedstawiciele opozycji upierali się, że Salih zdobył co najmniej jedną trzecią głosów, a niektórzy przekonywali nawet, że wygrał elekcję. Karimow najpierw zaproponował pokonanemu rywalowi rządową posadę, godną pensję i służbową limuzynę. Salih odmówił, a gdy śledczy oskarżyli go o działalność wywrotową i zdradę państwa, wyjechał z kraju – najpierw do Azerbejdżanu, a potem do Turcji, gdzie mieszka do dziś.

Karimow zaś nigdy więcej na podobne ekscentryczności w kraju nie pozwolił. W wyborach, które rozpisywał, uczestniczyli tylko figuranci. Opozycję, zarówno tę demokratyczną, jak narodową i muzułmańską rozpędził na cztery wiatry, a ilekroć w kraju dochodziło do antyrządowych rozruchów, kazał je topić we krwi – w położonym w dolinie fergańskiej Andiżanie w 2005 r. zginęło ponad tysiąc ludzi.

Pod trwającymi od 1989 r. rządami Karimowa (dwa pierwsze lata panował jako komunistyczny sekretarz), Uzbekistan stał się więc uosobieniem najgorszej tyranii i zbrodni. Do uzbeckich więzień zamykano ludzi pod sfingowanymi zarzutami, a w niewoli poddawano najokrutniejszym torturom, żeby wymusić zeznania i przyznanie się do winy.

Nie do poznania

Jusufowi Razimuradowowi stuknęła już czterdziestka i pracował jako dziennikarz w opozycyjnej gazecie, redagowanej przez Muhammada Bekżana, brata zbiegłego do Stambułu niedoszłego prezydenta Saliha. Kiedy w 1999 r. po zamachach bombowych w Taszkencie i odpartym rajdzie przybyłych z Afganistanu uzbeckich mudżahedinów, tajna policja Karimowa urządziła nową obławę na pozostałych na wolności dysydentów, Razimuradow i Bekżan też postanowili uciec. Wyjechali na Ukrainę, gdzie poprosili o polityczny azyl, ale jeszcze tego samego roku zostali w Kijowie porwani przez szwadron uzbeckich tajniaków. Pierwszym torturom poddano ich już w samolocie, lecącym do Taszkentu. Na miejscu posłuszny władzy sąd skazał ich na 15 lat więzienia za spisek mający na celu odebranie władzy i życia prezydentowi, obalenie konstytucji. W 2014 r., kiedy upływał termin ich wyroków, obaj dostali po następne 5 lat za „złe sprawowanie”.

Dwa lata później dobiegł kres panowania okrutnego satrapy: zmarł we wrześniu 2016 r. Ponieważ następcę tyrana wybierano spośród jego premiera, ministra finansów i szefa tajnej policji, Uzbecy nie spodziewali się po nowym przywódcy niczego dobrego. Pierwsze, niespełna półtora roku panowania byłego premiera Szawkata Mirzijojewa wprawia ich więc w nieustanne zdumienie.

60-letni Mirzijojew przez 13 był u Karimowa premierem, a poddanym znanym był głównie z legendarnej porywczości i niewyparzonego języka. Prezydentura, którą oficjalnie objął po wyborach w grudniu 2016 r., odmieniła go nie do poznania.

Dotąd beształ w najgorszych słowach opozycję i wszelkiej maści nieprzyjaciół władz. Objąwszy najwyższy urząd, ostrze gniewu skierował przeciwko niedawnym towarzyszom, karimowowskim dygnitarzom. Ministra finansów, konkurenta do władzy, pozbył się natychmiast z rządu, a jego podwładnych z resortu zwyzywał publicznie od małp, psów, szczurów, złodziei, nierobów, łajdaków i durniów. Nowemu ministrowi przykazał, żeby wyrzucił z pracy co najmniej pół tysiąca wyższej rangi urzędników, a na ich miejsce przyjął młodych. Minister zwolnił ponad tysiąc.

Zaraz potem prezydent zabrał się za prokuratorów. „Nie ma na świecie większych od was złodziei” – powiedział podczas transmitowanej „na żywo” w telewizji narady z pracownikami Prokuratury Generalnej. – „Jesteście krwiopijcami bez sumienia”. Przy okazji zrugał też policjantów i celników, a wkrótce ogłoszono, że prokurator generalny Raszidżan Kadyrow został aresztowany i będzie sądzony za nadużywanie władzy, szantaż i korupcję. Wyrzuceni z pracy i aresztowani zostali też zastępca prokuratora generalnego, szef wydziału do walki z przestępczością zorganizowaną i doradca Karimowa od spraw tajnych służb  i policji.

Zwalnianych i aresztowanych dygnitarzy Mirzijojew zastępuje swoimi ludźmi. W pierwszym roku prezydentury wymienił wicepremierów, ministrów, prokuratorów, gubernatorów, burmistrzów i komendantów policji w Dżizzaku (rodzinne strony prezydenta), Nawoju, Andiżanie, Taszkencie, Bucharze, Samarkandzie, Chorezmie. Przywrócił do łask i otoczył się dygnitarzami i przedsiębiorcami represjonowanymi za czasów Karimowa.

Krojenie królestwa bezpieki

W końcu zabrał się też za wszechobecną i wszechwładną bezpiekę, której poprzednik dał całkowicie wolną rękę, byle zapewniła mu spokojne rządy i święty spokój. Korzystając z przyzwolenia tyrana, tajna policja przejęła na własność całe uzbeckie państwo i jego gospodarkę, przeniknęła ministerstwa, wkraczając krok po kroku w ich kompetencje, narzuciła nadzór nad obywatelami, ubezwłasnowolniła przedsiębiorców i kupców, wzięła pod kontrolę nawet bazary i „czarny rynek”, zapewniając szefom Narodowej Służby Bezpieczeństwa nie tylko nieograniczoną władzę, ale i pokaźne fortuny. Nowy prezydent postanowił im to wszystko odebrać. Inaczej nie byłby przywódcą, ale jedynie ich marionetką na uzbeckim tronie.


Czytaj także: "Strona świata" - komentarze i analizy Wojciecha Jagielskiego w specjalnym serwisie "TP"


Kawałek po kawałku przykrajał królestwo bezpieki. Pogodził się z sąsiadami, przejmując kontrolę nad polityką zagraniczną. Uprościł przepisy, regulujące działalność prywatnych przedsiębiorców, a liberalizując prawo walutowe uwolnił biznes i znaczną część rynku spod kontroli bezpieki. Kazał złagodzić restrykcje, dotyczące działalności organizacji pozarządowych, także zagranicznych i rodzimych, otrzymujących wsparcie z zagranicy. Zabronił tajnej policji inwigilować imamów i mułłów z legalnych meczetów i zarządził, żeby wykreślić prawie 20 tysięcy ludzi z niekończącej się „czarnej listy” osób podejrzewanych o działalność wywrotową i religijny fanatyzm. Wpisanie na tę listę umożliwiało tajnej policji aresztowanie i więzienie ludzi bez nakazów sądowych oraz niewypuszczanie ich poza granice państwa. Kazał też wypuścić na wolność politycznych więźniów (tak oto zwolnieni z więzienia zostali 64-letni już dziś Ruzimuradow i Bekżan), a nawet zaprosił do Uzbekistanu Wysokiego Komisarza NZ ds. Praw Człowieka, jordańskiego księcia Zeida Ra’ada al-Husajna.  

Doszło do tego, że w raporcie oceniającym przestrzeganie praw człowieka w roku 2017, nie znajdująca dotąd dla Uzbekistanu słów potępienia organizacja Amnesty International postawiła go za wzór do naśladowania, a pół tysiąca ośmielonych polityczną odwilżą uzbeckich intelektualistów w otwartym liście do prezydenta wezwało go, by pozwolił wrócić Muhammedowi Salihowi ze stambulskiego wygnania. Za Karimowa rzecz nie do pomyślenia.

W grudniu i styczniu doszło do ostatecznej rozprawy z bezpieką. Jeszcze latem na dożywotnie więzienie i półtora miliarda dolarów grzywny skazany został zastępca szefa bezpieki Szuchrat Guljamow. Karimow odznaczył go orderem „Bohatera Uzbekistanu”. Mirzijojew odebrał mu generalski stopień, nazwał łajdakiem, złodziejem i zdrajcą.

W grudniu prezydent zwolnił kolejnych zastępców szefa bezpieki i zapowiedział w parlamencie, że tajna policja nie będzie dłużej państwem w państwie, a jej obowiązki i zakres władzy zostaną na nowo określone w specjalnej ustawie. Ostatniego dnia stycznia w Taszkencie ogłoszono, że do dymisji podał się Rustam Inojatow, szefujący od 1995 r. Narodowej Służby Bezpieczeństwa, „szara eminencja” w Taszkencie, uważany za „ostatniego stalinistę” w całym b. ZSRR. Kilka tygodni wcześniej w Uzbekistanie ujawniono, że 72-letni uzbecki „czekista” niedomaga na zdrowiu, a jego rodzina, przede wszystkim syn Szarif i szwagier Bachtiar Irgaszew zbudowała sobie w Austrii biznesowe imperium i posiada nieruchomości tam warte dziesiątki milionów dolarów. Po ustąpieniu ze stanowiska szefa bezpieki, Inojatow w nadzwyczajnym trybie dokooptowany do grona senatorów, którym przysługuje przywilej immunitetu. Dymisję Inojatowa uznano w Uzbekistanie za drugie po śmierci Karimowa najważniejsze wydarzenie w historii państwa.

To się okaże

Uzbecy zachodzą w głowę, czy uwolnienie z więzienia dziennikarza Ruzimuradowa, wtrącenie za kratki prokuratora generalnego i wiceszefa bezpieki oraz dymisja „uzbeckiego Berii” oznaczają, że i do ich kraju zawita w końcu demokracja, czy też może przyprawiające o zawrót głowy zmiany za rządów Mirzijojewa są jedynie próbą kapitalnego remontu starego reżimu, po którego zakończeniu wszystko wróci do dawnej postaci, a nowe okażą się jedynie nazwiska dygnitarzy. Tak właśnie zdarzyło się po sąsiedzku, w kraju Turkmenów, gdzie po śmierci satrapy Saparmurada „Turkmenbaszy” Nijazowa nastał jego osobisty dentysta Kurbanguli Berymuhammedow. Tam też spodziewano się wielkich zmian, a skończyło się na tym,  że „Turkmenbaszę – Wodza Wszystkich Turkmenów” zastąpił „Arkadag – Opiekun”. Cała reszta pozostała po staremu.

Czytasz ten tekst bezpłatnie, bo Fundacja Tygodnika Powszechnego troszczy się o promowanie czytelnictwa i niezależnych mediów. Wspierając ją, pomagasz zapewnić "Tygodnikowi" suwerenność, warunek rzetelnego i niezależnego dziennikarstwa. Przekaż swój datek:

Autor artykułu

Reporter, pisarz, były korespondent wojenny. Specjalista od spraw Afryki, Kaukazu i Azji Środkowej. Ponad 20 lat pracował w GW, przez dziesięć - w PAP. Razem z wybitnym fotografem...

Dodaj komentarz

Usługodawca nie ponosi odpowiedzialności za treści zamieszczane przez Użytkowników w ramach komentarzy do Materiałów udostępnianych przez Usługodawcę.

Zapoznaj się z Regułami forum

Jeśli widzisz komentarz naruszający prawo lub dobre obyczaje, zgłoś go klikając w link "Zgłoś naruszenie" pod komentarzem.

no nie, nie wyobrażam sobie mimo wszystko, żeby Polska musiała czekać na śmierć swojego dziada-dyktatora i jeszcze obawiać się jego następców
Zaloguj się albo zarejestruj aby dodać komentarz

© Wszelkie prawa w tym prawa autorów i wydawcy zastrzeżone. Jakiekolwiek dalsze rozpowszechnianie artykułów i innych części czasopisma bez zgody wydawcy zabronione [nota wydawnicza]. Jeśli na końcu artykułu znajduje się znak ℗, wówczas istnieje możliwość przedruku po zakupieniu licencji od Wydawcy [kontakt z Wydawcą]