Niech wszyscy zobaczą. Czy w czasach wyścigu o uwagę nawet najgorsza sława jest lepsza niż żadna?

Łatwo zrzucać winę za usterki naszego świata na rzeczywistość zapośredniczoną przez ekrany i sterowaną przez algorytmy. Ale co wtedy, gdy ten sposób zawodzi?
Czyta się kilka minut
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP
Olga Drenda / Fot. Maciej Zienkiewicz dla TP

Wielkie opowieści naszej kultury uczą, że ciężar zbrodni szybko spada na winnego, przynosząc mu przerażenie, poczucie winy, a przede wszystkim chęć ukrycia się przed konsekwencjami. Ten lęk dopada Makbeta, prześladuje Kaina; od wizji kary straszliwsza bywa wiedza, że świadomość własnego czynu nigdy nie opuści sprawcy. Zbrodniarz ma śmiałość porwać się na czyjeś życie, ale gdy dociera do niego, co się stało, próbuje się schować, uciec, kluczy i zaprzecza. W zwyczajnym życiu przestępca również często stara się o alibi, próbuje się zamaskować, ewakuować się za granicę, a w każdym razie niechętnie przyznaje się do winy. Za zuchwałością i poczuciem wszechmocy podąża tchórzostwo i wicie się jak węgorz: tak podpowiada przynajmniej zgromadzona wiedza i, powiedzmy, odruch zdroworozsądkowy. Ale w tej wiedzy zbiorowej coś zgrzyta i jest to zgrzyt o charakterze technologicznym. Nie jestem szczególnie aktywną czytelniczką kroniki kryminalnej, ale od pewnego czasu, gdy natrafiam na informacje o aktach przemocy – i to wokół nas, w naszych własnych miejscowościach i dzielnicach – zwracam uwagę na to, że sprawcy albo nic nie robią sobie z monitoringu, albo wręcz sami nagrywają swoje czyny, dając się rozpoznać z nazwiska i twarzy, tym samym oszczędzając pracy organom ścigania. Nie trudzą się z ukrywaniem tożsamości, tylko sami szarżują wprost na kamerę. I to, jak na ironię, w czasach, gdy sporo mówi się o niebezpieczeństwach cyfrowej inwigilacji. Ktoś po prostu chce być rozpoznany.

Odruchowo można pomyśleć, że to bezmyślność, awaria umiejętności dostrzegania połączeń przyczynowo-skutkowych. Ale gdy podobny scenariusz zbyt często się powtarza, taka odpowiedź staje się łatwa. Nie wątpię, że istnieją ludzie, dla których zabijanie innych może być źródłem satysfakcji, a na pewno czynem popełnianym bez specjalnej refleksji. Aby jednak mogli realizować swoje upodobania w pełnej jawności, potrzebne są szczególne warunki, to znaczy bezprawie lub rządy terroru.

W czasach ekspansji ekstremistów z tzw. Państwa Islamskiego dokumenty z egzekucji służyły sianiu przestrachu na całym świecie, miały informować, że ci ludzie są zdolni do wszystkiego. Film Joshuy Oppenheimera „Scena zbrodni” pokazuje, że ze swoimi uczynkami można czuć się znakomicie, gdy tylko powstanie ku temu odpowiednia atmosfera. W krajach, w których gangi cieszą się pozycją poza oficjalnym prawem, zdjęcia okaleczonych ciał to rodzaj pocztówki dla wroga czy dla nielojalnego brata, by nie czuł się zbyt bezpiecznie. Ale Polska roku 2024, czy kraje o podobnym do naszego statusie, do takich zakątków świata nie należą i zasadniczo – choć oczywiście zdarzają się przypadki dyskusyjne czy bulwersujące – konsekwencją winy jest nieszczególnie atrakcyjny ciąg dalszy. Gra nie wydaje się pod jakimkolwiek względem warta świeczki.

Można spekulować, że działa zasada rozproszenia odpowiedzialności: jeśli podobnych przypadków będzie wystarczająco dużo, to łatwiej będzie uniknąć konsekwencji, bo nie da się wyłapać wszystkich. Albo klucz „z Herostratesa”: przekonanie, że w czasach wyścigu o uwagę nawet najgorsza sława może uchodzić za lepszą niż żadna, albo że przesyt wrażeniami w obecnym szybkim i pełnym bodźców świecie prowadzi do poszukiwania innego typu ekscytacji.

Łatwo zrzucać winę na rzeczywistość zapośredniczoną przez ekrany, sterowaną przez algorytmy i zapewne spieszymy się, by to tam szukać przyczyn wszelkich usterek w naszym świecie. Jest w tym zapewne jakaś racja, ale mnie zastanawia – i to coraz częściej – usterka kluczowa. Człowiek, który czyni zło, ale próbuje ratować swoją skórę, szanuje przynajmniej jakieś życie: swoje własne. Ktoś, do kogo zapewne dociera cień świadomości, że jest rejestrowany, albo który robi to sam i jest mu wszystko jedno, co stanie się dalej – musi nie poważać żadnego życia, w ogóle. Nie tylko traktuje innych ludzi jak postacie typu NPC w grze, które może usuwać do woli ze swojej drogi, ale postrzega tak również siebie samego. Może więc w tych chwilach ekstremalnej głupoty widzimy przebłysk czegoś naprawdę przerażającego, prawdziwego nihilizmu: zobojętnienie wobec jakiegokolwiek życia, nie wyłączywszy własnego, bez motywu i bez sensu. Wielkie opowieści naszej kultury nie mają odpowiedzi na takie przypadki, bo wywodzą się ze świata wiary w los i nadprzyrodzone byty potężniejsze od człowieka. Tymczasem wobec podobnych zdarzeń można uznać, że jedyną taką siłą może być bezwład.

Jest bezpiecznie? // Fot. Olga Drenda

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Najniższa cena przed promocją 29,90 zł

1.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 1.00 zł

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz
0.00 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką 29.90 zł

TP Online: Dostęp roczny online

Grafika na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru Nr 27/2024

W druku ukazał się pod tytułem: Bezwład