Niech wszyscy wiedzą tyle samo...

Czyta się kilka minut

Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu przedstawiło kolejny pomysł na wyrównywanie szans młodego pokolenia: obowiązkowa dla wszystkich szkół - tak publicznych, jak niepublicznych - „siatka godzin”, czyli sztywna regulacja, ile godzin w tygodniu ma być przeznaczone na poszczególne przedmioty.

Dotąd szkoły prywatne i społeczne mogły realizować materiał z poszczególnych przedmiotów według własnych programów autorskich. Był to zresztą jeden z najważniejszych powodów ich powstania: opracowanie programu nauczania, uwzględniającego w pierwszej kolejności talenty, zainteresowania i potrzeby uczniów (oraz szanującego ich prawo do wolnego wyboru), a nie wymogi urzędników. Ministerialne podstawy programowe, zawierające obowiązkowy materiał z każdego przedmiotu, były wskaźnikiem tego, co uczniowie musieli wiedzieć po ukończeniu kolejnego etapu kształcenia. Ile potrzebowali na to godzin, zależało w szkołach niepublicznych od kreatywności nauczycieli i zdolności uczniów, którzy zaoszczędzone godziny mogli przeznaczyć na naukę przedmiotów potrzebnych na maturze czy do egzaminów na studia.

Skoro było tak dobrze, dlaczego zaczęto poprawiać? Urzędnicy MENiS twierdzą, że chodzi o to, by uczniowie po różnych szkołach mieli porównywalną wiedzę. „Cykl nie krótszy, wymiar nie niższy” - jak napisano w projekcie nowelizacji ustawy oświatowej, która ma wprowadzić obowiązkową siatkę godzin. Oczywiście, reguły powinny być jednakowe dla wszystkich - tyle że na etapie wyników nauczania, a nie ich osiągania. Rzecz w tym, że urzędnikom łatwiej sprawdzić, czy odbyła się narzucona liczba godzin i „materiał został zrealizowany”, niż opracować wiarygodne sposoby weryfikacji wiedzy, jaką podczas tych godzinach przekazano. To po pierwsze.

Po drugie, i ważniejsze: jeśli uczniowie mają posiąść porównywaną wiedzę (i mieć zbliżone szanse podczas egzaminów do następnych etapów kształcenia), to dlaczego wysiłki ministerstwa nie skupiają się na tym, by dzieci ze szkół publicznych (zwłaszcza tych wiejskich, bo tu dysproporcje są największe) mogły uczyć się tak, jak dzieci ze szkół prywatnych? To też zbyt trudne? Tylko w takim razie, po co nam ministerstwo, które mnoży biurokratyczne byty, zamiast zajmować się rozwiązywaniem rzeczywistych problemów, przerastających możliwości jednostek? Bo tak się składa, że jeśli w polskiej edukacji ostatnich lat dokonało się coś ważnego, to było to w głównej mierze zasługą „Siłaczek” - jednostek, które bez odgórnych dyrektyw zakładały szkoły społeczne, pisały nowe podręczniki nie mogąc doczekać się jednolitych podstaw programowych i wymagań egzaminacyjnych; ludzi, którzy mieli odwagę wprowadzać coś nowego i trudniejszego.

Cały artykuł dostępny tylko dla subskrybentów

„Tygodnik Powszechny” – jedyny polski tygodnik społeczno-kulturalny.
30 tys. Czytelniczek i Czytelników. Najlepsze Autorki i najlepsi Autorzy.
Wspólnota, która myśli samodzielnie.

Najlepsza oferta

Czytaj 1 miesiąc za 1 złotówkę dzięki promocji z

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po miesiącu promocyjnym. Rezygnujesz, kiedy chcesz

Wypróbuj TP Online: 7 dni za darmo

  • Nieograniczony dostęp do treści w serwisie i wersji audio artykułów
  • Tematyczne newslettery i dodatkowe publikacje tylko dla subskrybentów
  • 29 zł miesięcznie po zakończeniu okresu próbnego
  • Wymagane podpięcie karty. Rezygnujesz, kiedy chcesz

TP Online: Dostęp roczny online

ilustracja na okładce: Nikodem Pręgowski dla „TP”

Artykuł pochodzi z numeru TP 9/2003